Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (271) / 2015

Radosław Pisula,

ASFALTOWA DŻUNGLA (BATMAN: ROK ZEROWY - MROCZNE MIASTO)

A A A
„Rok zerowy” Scotta Snydera stanowi śmiałą próbę zmierzenia się z genezą Batmana. Po kilku latach pracy nad przygodami Nietoperza oraz nakreśleniu niezłych („Black Mirror”, „Trybunał Sów”), jak i mniej udanych („Miasto Sów”, „Śmierć rodziny”) opowieści amerykański scenarzysta zasłużył sobie na słowa uznania. Tym razem autor postanowił pokazać pierwsze miesiące działalności Mrocznego Rycerza w Gotham City oraz jego zjawiskową walkę na umysły z Riddlerem, który już dawno nie miał do odegrania tak ważnej roli.

W poprzednim albumie śledziliśmy przebieg dziewiczego starcia Wayne’a z tajemniczym Red Hoodem stojącym na czele zamaskowanego gangu. Jak się okazało, młody, buńczuczny oraz kipiący testosteronem miliarder trochę przeliczył się ze swoimi umiejętnościami. Niestety, bohater nie ma czasu na spokojne przemyślenie podjętych decyzji i posypanie głowy popiołem, ponieważ miasto staje się celem ataku ze strony (skądinąd znanego protagoniście) genialnego Edwarda Nygmy. Złoczyńca bierze metropolię szturmem i realizuje diabolicznie skomplikowany plan, który stawia Gotham i jego mieszkańców w patowej sytuacji. Ucieczka jest niemożliwa, a jedyna droga wyjścia wiedzie przez konfrontację, polegającą na zadaniu Riddlerowi takiej zagadki, na którą łotr nie będzie w stanie odpowiedzieć. Ale jak przechytrzyć kosmicznie inteligentnego stratega, który potrafił pokonać samego Batmana? Na szczęście liżący rany obrońca miasta w asyście pewnego wąsatego stróża prawa postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.

Drugi tom „Roku zerowego” jest grubszy od poprzedniego, ponieważ zbiera dwie części trzyaktowej historii – „Mroczne miasto” oraz „Dzikie miasto”. I właśnie w owym rozciągnięciu opowieści leży jeden z największych problemów serii. Snyder miał ciekawy pomysł, który w pewnym momencie zaczyna się rozłazić, przez co misterny plan Riddlera sporo traci na dramaturgicznej wartości. Pozbawienie miasta prądu nie robi bowiem takiego wrażenia, jak finałowe „zdziczenie” metropolii. Średnio interesująco wypadła także rewitalizacja pierwszego nadnaturalnego złoczyńcy, z którym Batman starł się jeszcze w latach 40.

Warto mieć jednak na uwadze fakt, że nie jest to historia o Mrocznym Rycerzu, do której przyzwyczaiło nas kilka ostatnich dekad i klasyczny, nadal fenomenalny „Rok pierwszy” Franka Millera. W albumie Snydera Batman nie jest miejską legendą. Od samego początku działa nawet w świetle dnia, pojawia się w otoczeniu ludzi, jego relacja z Gordonem opiera się na spotkaniach także poza dachem posterunku, a ikoniczny kostium poddawany jest nieustannym modyfikacjom, przez co bohater bardziej przypomina futurystycznego MacGyvera niż postrach nocy. Jednak Snyder na tyle konsekwentnie kładzie w swoich fabułach nacisk na „gadżeciarską” stronę mitologii Nietoperza, że nie mam z tym problemów. Dzięki takiemu rozwiązaniu dostajemy bowiem naprawdę świeżą wersję genezy Mrocznego Rycerza, a nie tylko odcinanie kuponów od arcydzieła Millera, mimo iż autor „Trybunału Sów” wesoło nawiązuje do klasycznych sekwencji i rekwizytów (pojawiają się nawet słynne fioletowe rękawiczki). Klimat poprzednich – zazwyczaj mocno kameralnych – opowieści o początkach Batmana zostaje tutaj zastąpiony przez blockbusterowy przepych. Oczywiście cały czas obserwujemy przemianę Wayne’a z wojowniczego młokosa w inteligentnego oraz kalkulującego każdy swój ruch pogromcę zła, jednak jeszcze większą uwagę autorzy zdają się poświęcać samemu Gotham. Miasto cierpi i odradza się razem z bohaterem; jest integralną postacią dramatu, a nie tylko wystylizowaną sceną kryminalnej opowieści.

Niemniej trzeba zaznaczyć, że do czerpania przyjemności z lektury konieczny jest akt zawieszenia niewiary oraz przyjęcie pewnych motywów jako integralnej części świata przedstawionego (w stylu: „bo tak ma być i już”). Skomplikowany plan E. Nygmy oraz sytuacja Gotham jawią się jako istna parada niedorzeczności i gdyby akcja nie gnała na złamanie karku, a czytelnik dostał chwilę na przeanalizowanie zaistniałej sytuacji, to całość wydawałaby się zdecydowanie bardziej pokraczna. Motyw Batmana szamoczącego się z lwami wcale tutaj nie dziwi. Czytałem wcześniej „Rok zerowy” w oryginale i fragmentaryzacja tego eposu unaoczniała jego wszelkie niedoskonałości. W zwartym wydawnictwie całość prezentuje się zdecydowanie lepiej.

Trzeba także pochwalić scenarzystę za ciekawą zabawę z postacią głównego antagonisty. Snyder wciąga zbira w mocno przerysowaną, kampową konwencję, choć Riddler z założenia jest dziwacznym tworem i od dawna potrzebował fabuły, która na nowo pozwoliłaby uwierzyć, że facet w zielonym meloniku może stanowić prawdziwe zagrożenie. Obok średniego drugiego aktu i naprawdę dobrego zakończenia (bez paru ostatnich stron, zmierzających w stronę miałkiego patosu), mamy tutaj typowe „snyderyzmy”, na czele z przegadaniem, nadmierną ekspozycją czy zachłyśnięciem się wybuchową stroną widowiska, przez co scenarzysta sam za bardzo nie wie, kiedy najlepiej zatrzymać tę karuzelę. Ale w ogólnym rozrachunku owe elementy nie przeszkadzają tak, jak miało to miejsce w finale „Miasta Sów”, a kilka rozwiązań zaskakuje swoją błyskotliwością (szczególnie pewna retrospekcja z udziałem Thomasa Wayne’a).

Zdecydowanie najlepszą stroną zbioru są rysunki Grega Capullo. Właśnie w tak przesadzonej oraz wizualnie bogatej historii artysta mógł w pełni rozwinąć skrzydła. Sekwencje wydarzeń rozgrywających się podczas burzy (z nieodłącznym nawiązaniem do „Powrotu Mrocznego Rycerza”), wygląd monumentalnych sterowców, przepiękne panoramy miasta czy widok ulic zdewastowanych przez roślinność wprost zapierają dech. Capullo chyba już na dobre oderwał metkę „zastępcy” Todda McFarlane’a, idealnie odnajdując się w dynamicznym komiksie akcji. Świetnie wspomagają go także Miki i Plascencia, który, stosując żywe kolory, nadaje całości trochę kiczowatego, ale jednocześnie niesamowicie oryginalnego stylu.

To nie jest już Mroczny Rycerz. Trudno oczekiwać, że snyderowski Wayne nagle zacznie krzyczeć, iż „jest nocą”. Ale nie ma w tym nic złego, ponieważ czytelnicy dostają w zamian powiew świeżości. Bo naprawdę nie sposób doszukać się podobieństwa do obrazu faceta w masce nietoperza i podkoszulku, przemierzającego na crossowym motocyklu quasi-postapokaliptyczne Gotham City. Scenarzysta nie chciał po raz kolejny opowiadać doskonale znanej historii. Zamiast tego sprezentował czytelnikom całkiem zgrabny komiks akcji (pomimo sporej ilości „waty” i kulejącego wstępu), który ma swój wkład w rozwój mitologii.

To bardzo dobrze narysowana oraz angażująca opowieść, której co prawda nie będzie się wspominać po latach z wypiekami na twarzy, ale która oferuje nową jakość, bawiąc się przy tym sprawdzonymi schematami. „Rok zerowy” w wielu momentach jest naiwny oraz kampowy, jednak Snyder potrafi prowadzić dynamiczną narrację oraz utrzymać „komiksowość” awanturniczej przygody, wkładając w swoją wizję sporo serca. Może to nie „mój” Batman, ale doceniam zuchwałość scenarzysty.
Scott Snyder, Greg Capullo: „Batman: Rok zerowy – Mroczne miasto” („Batman: Zero Year – Dark City”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2015.