Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (271) / 2015

Przemysław Pieniążek,

NIE UFAJ NIKOMU (NOVEMBER MAN / ZANIM ZASNĘ)

A A A
Wydania DVD
Inspirowane prozą Billa Grangera szpiegowskie kino akcji oraz psychologiczny dreszczowiec wywiedziony z bestsellerowej (opublikowanej także w naszym kraju) powieści Stevena J. Watsona – dwa przyzwoicie skrojone dzieła, koncentrujące się na temacie (szeroko rozumianego) zaufania, zdrady i manipulacji.

Listopadowy żniwiarz („November Man”)

Początkowo Pierce Brosnan nie był zainteresowany występem w kolejnym filmie szpiegowskim. Gwiazdor poszukiwał bowiem repertuaru, który (pod pewnym względem) uwolniłby go od dość ograniczonego wizerunku odtwórcy roli agenta Jej Królewskiej Mości – Jamesa „007” Bonda. Brytyjczyk zmienił jednak zdanie, gdy poznał prozę Billa Grangera, szczególnie zaś jego powieściowy cykl o perypetiach Petera Devereaux: charyzmatycznego i diabelnie skutecznego „cyngla” CIA. Aktor dostrzegł w postaci tytułowego November Mana (swoistego ucieleśnienia nieubłaganej kostuchy) materiał do stworzenia wyrazistej kreacji. Scenarzyści Michael Finch (mający w dorobku między innymi „Predators” Nimróda Antala) oraz Karl Gajdusek (współpracujący z Josephem Kosinskim przy „Niepamięci”) przygotowali zbilansowany skrypt, sprawnie łączący wątki z różnych książek zmarłego w 2012 roku pisarza i dziennikarza, przede wszystkim koncentrując się na tomie „There Are No Spies”, czyli siódmym w kolejności epizodzie emocjonujących przygód wywiadowcy.

Autorzy uwspółcześnili oryginalną opowieść, zastępując między innymi zimnowojenny kontekst odniesieniami do konfliktu zbrojnego w Czeczenii (1999-2009). Co ważne jednak, uchwycili esencjonalne treści prozy Grangera, łączącej w sobie elementy stylu i problematyki bliskiej twórczości Johna le Carré, Toma Clancy’ego oraz Roberta Ludluma. Decydując się na udział w projekcie, Brosnan postawił ultimatum godne Jasona Bourne’a: film ma wyreżyserować Roger Donaldson albo ekipa grzecznie rozchodzi się do domów. Pomijając przyjaźń od lat łączącą obu panów, aktor bardzo dobrze wspominał współpracę z Australijczykiem na planie katastroficznej „Góry Dantego” (1997). Stopień zaufania do mieszkająco na stałe w Nowej Zelandii twórcy zasadniczo nie powinien dziwić: wszak Donaldson dał się poznać jako wyjątkowo solidny rzemieślnik, bez problemu odnajdujący się w najróżniejszym repertuarze. W dorobku niespełna siedemdziesięcioletniego filmowca odnajdziemy bowiem dzieła kostiumowe („Bunt na Bounty”, 1984), zimnowojenny dreszczowiec („Bez wyjścia”, 1987), przykłady kina sensacyjnego („Białe piaski”, 1992, remake „Ucieczki gangstera”, 1994, „Rekrut”, 2003), a także dzieła wpisujące się w poetykę horroru SF („Gatunek”, 1995), dramatu politycznego („Trzynaście dni”, 2000) lub przeżywającego drugą młodość heist movie („Angielska robota”, 2008). Czy jednak ze starcia z „November Manem” reżyser wyszedł obronną ręką?

Początek tego szpiegowskiego dreszczowca jest co najmniej obiecujący. Kluczowy aspekt zawiązania akcji ma miejsce w Czarnogórze A.D. 2008, gdzie Peter Devereaux wraz ze swoim „uczniem”, Davidem Masonem (Luke Bracey), ma zapewnić ochronę amerykańskiemu ambasadorowi. Niestety, przez niesubordynację protegowanego kula dosięga Bogu ducha winne dziecko, zaś sam mentor odnosi ranę (nie tylko na własnym honorze). Pięć lat później spotykamy Listopadowca (ksywka zaproponowana przez autora niniejszego tekstu) w malowniczej Lozannie, gdzie prowadzi kafejkę, ciesząc się zasłużoną emeryturą. Koniec wypoczynku zapowiada nieoczekiwana wizyta byłego szefa, Johna Hanleya (Bill Smitrovich), który z właściwym sobie wdziękiem zachęca bohatera do wypełnienia „ostatniego” zadania. Celem misji jest przechwycenie pracującej dla CIA Natalii Ulanovej (Mediha Musilovic), która ma dojście do kompromitujących materiałów oraz zna nazwisko osoby potrafiącej zidentyfikować kandydata na Prezydenta Federacji Rosyjskiej, Arkady’ego Federova (Lazar Ristovski), jako zbrodniarza wojennego z czasów drugiego konfliktu zbrojnego w Czeczenii. Przyparty do muru generał – korzystając z usług bezwzględnej zabójczyni Alexy (Amila Terzimehic) – dyskretnie eliminuje wszystkie osoby powiązane z jego niechlubną przeszłością. Devereaux wyciąga Ulanovą z opresji (warto wspomnieć, że kobieta jest matką jego dziecka), jednak sukces akcji jest połowiczny. Do akcji wkracza bowiem grupa agentów CIA, mających za wszelką cenę uniemożliwić przejęcie Natalii przez Rosjan. Kula wystrzelona przez Davida Masona (kontynuującego służbę pomimo druzgocącej opinii podpisanej onegdaj przez Petera) śmiertelnie rani łączniczkę, która w ostatniej chwili przekazuje protagoniście telefon z wgranymi doń materiałami obciążającymi Federova. W tej chwili zaczyna się emocjonujący wyścig z czasem, nie mówiąc już o misternej grze pozorów, kłamstw i manipulacji.

„November Man” jest przykładem kina, które pod otoczką widowiskowej rozrywki stara się przemycić ważkie treści. Kręcone w Belgradzie dzieło Rogera Donaldsona jest zgrabnie zrealizowanym filmem akcji, bogatym w sceny ucieczek, wybuchów, pojedynków i strzelanin, w finale przypominając nieco przeestetyzowane produkcje Johna Woo. Ciekawym patentem okazało się również wykorzystanie dronów (docierających tam, gdzie helikopter nie zdoła) z zamontowanymi kamerami, dzięki czemu sceny pościgów nabrały wyjątkowej jakości. Podobnie jak adaptacje prozy le Carré’ego, recenzowane dzieło ukazuje ciemną stronę życia wywiadowców, z autopsji znających mechanizmy brudnej polityki, która pod sztandarem walki ze Złem dopuszcza stosowanie metod powszechnie uważanych za „niedemokratyczne” (mówiąc eufemistycznie). Reżyser w ciekawy sposób zarysował konflikt między (dawnym) mistrzem i jego krnąbrnym uczniem. Brosnan sprawdził się w nieco mniej jednoznacznej roli, przekonując, że Devereaux, mimo że jest kochającym ojcem, zdolny jest do nieczystych zagrań, dzięki którym dane mu będzie osiągnąć wytyczony cel. Podobnie Luke Bracey (wykorzystujący wakat po rezygnacji Bradleya Coopera) uwiarygodnia motywy działania Masona, wypływające nie tyle z odgórnych rozkazów oraz pragnienia wyrównania rachunków z Peterem, co z chęci udowodnienia mu swojej wartości.

Pomimo odczuwalnych ambicji „November Man” pozostaje jednak w tyle za „Szpiegiem” (2011) Tomasa Alfredsona czy „Bardzo poszukiwanym człowiekiem” (2014) Antona Corbijna, nie gwarantując jednocześnie wysokiego poziomu adrenaliny, w czym przodował zacny skądinąd filmowy tryptyk o życiu i twórczości przywoływanego już Jasona Bourne’a. Niemniej film Donaldsona wart jest poświęconego mu czasu, rewanżując się dobrym tempem akcji, fabularnymi twistami oraz przyzwoitym aktorstwem. Obok duetu głównych aktorów, uwagę widza mają szansę pozyskać Bill Smitrovich, epizodyczny Will Patton (szef CIA Perry Weinstein) oraz Olga Kurylenko, wcielająca się w postać Alice Fournier, zaangażowanej w niesienie pomocy uchodźcom. W ramach ciekawostki wspomnijmy, że piękna Ukrainka za sprawą swojego występu w „November Manie” miała okazję zagrać u boku kolejnego aktora, który kreował postać Jamesa Bonda (wcześniej partnerowała Danielowi Craigowi w „Quantum of Solace” Marca Forstera, 2008). Zastanawiam się także, czy zbiegiem okoliczności jest fakt, że Luke Bracey przypomina młodszą wersję Seana Beana, któremu w pamiętnym „GoldenEye” (1995) Martina Campbella przypadła w udziale rola zdradzieckiego agenta Aleka Trevelyana.

Chociaż najnowsze dzieło Rogera Donaldsona nie urzekło amerykańskich krytyków, koszty produkcji zwróciły się na tyle, że szansa na realizację sequela jest większa niż na wygraną szóstkę w totka. Możemy więc założyć, że póki co Listopadowiec nie zakończył jeszcze swojego tańca ze śmiercią.

Sypiając z wrogiem? („Zanim zasnę”)

Czterdziestoletnia Christine Lucas budzi się każdego ranka jako tabula rasa, by przez cały dzień rekonstruować swoją tożsamość z napływających z otoczenia (głównie od kochającego i cierpliwego męża Bena) strzępów informacji. Trwająca już dekadę cykliczna amnezja bohaterki intryguje doktora Nasha, neuropsychologa, który pro bono pomaga kobiecie w żmudnej rekonstrukcji jej przeszłości. Jest jednak pewien warunek: o terapii nie może dowiedzieć się szacowny małżonek. Nagrywając, zgodnie z sugestią lekarza, kolejne „rozdziały” wideo-dziennika (kumulującego stan wiedzy protagonistki na temat jej samej, choć nie tylko), Christine odkrywa mnożące się w zastraszającym tempie rysy na obrazie zasta(wa)nej rzeczywistości. Czy zatajanie przez Bena pewnych newralgicznych faktów z ich wspólnego życia wynika z jego troski, czy raczej skrywa bardziej złowieszczy kontekst? Dlaczego mężczyzna utrzymuje, że obecna kondycja protagonistki jest konsekwencją wypadku, a nie brutalnej napaści, będącej de facto próbą morderstwa? I skąd na brzuchu bohaterki wzięły się blizny po ciąży, skoro nigdzie nie może natrafić na choćby najmniejsze wspomnienie o dziecku?

Achrononologiczny porządek opowieści, instancja (nie)wiarygodnego narratora, budowany kameralnymi środkami nastrój osaczenia oraz paranoi – stosunkowo wierna adaptacja bestsellerowego „Zanim zasnę” Stevena J. Watsona to propozycja skierowana do miłośników dreszczowców zorientowanych na temat percepcji, pamięci oraz manipulacji. Brytyjczyk Rowan Joffé – syn Rolanda, twórcy „Pól śmierci” (1984), „Misji” (1986) czy „Szkarłatnej litery” (1995) – okazuje się zdolnym rzemieślnikiem, choć jego dziełu daleko do klasyków „thrillerów mnemonicznych” pokroju „Memento” (2000) Christophera Nolana. Niemniej ta europejska koprodukcja może się podobać, w czym duża zasługa rzetelnego aktorstwa. Choć po pewnym zabiegu kosmetycznym Nicole Kidman porusza tylko wybranymi częściami twarzy (a jej fryzura w tym dziele wygląda co najmniej niekorzystnie), pochodząca z Australii aktorka przekonuje – siłą rzeczy? – oszczędną kreacją.

Słowa uznania należą się także brytyjskim dżentelmenom: Colin Firth (ekranowy Ben) oraz Mark Strong (doktor Nash) z lekkością wcielają się w powierzone role, o których, jako przeciwnik spoilerowania, nie powiem nic więcej. Dodam tylko, że występ owej trójki wiele zawdzięcza znaczącym niuansom, akcentowanym za pomocą spojrzeń bohaterów. In plus należy także potraktować powplatane do diegezy „smaczki”, takie jak słuchany przez męża Christine utwór „You Keep Me Hangin’ On” z repertuaru The Supremes (później wykonywany przez Kim Wilde), którego tekst ironicznie współgra z treścią filmu. „Zanim zasnę” może pozytywnie zaskoczyć, choć wcale nie musi – szczególnie widzów ciut lepiej zaznajomionych z prawidłami gatunku. Jednak, ogólnie rzecz ujmując, mamy do czynienia z sugestywnym utworem, którego seans zdecydowanie nie sprzyja drzemce.
„November Man” („The November Man”). Reżyseria: Roger Donaldson. Scenariusz: Michael Finch, Karl Gajdusek. Obsada: Pierce Brosnan, Luke Bracey, Olga Kurylenko, Bill Smitrovich, Amila Terzimehic, Mediha Musilovic, Lazar Ristovski, Will Patton, Patrick Kennedy. Gatunek: thriller. Produkcja: USA 2014, 108 min. Dystrybutor: Monolith Video.
„Zanim zasnę” („Before I Go to Sleep”). Scenariusz i reżyseria: Rowan Joffé. Obsada: Nicole Kidman, Colin Firth, Mark Strong, Anne-Marie Duff. Gatunek: thriller. Produkcja: Francja / Szwecja / Wielka Brytania 2014, 88 min. Dystrybutor: Monolith Video.