Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (271) / 2015

Maciej Duda,

MIĘDZY WIDZENIEM I PATRZENIEM (AGNIESZKA KŁOS: 'GRY W BIRKENAU')

A A A
Pisarstwo Agnieszki Kłos jest dziwne. Jakby powstawało trochę przypadkiem, przy okazji robienia czegoś innego, prawdopodobnie przy okazji fotografowania, ponieważ narracja większości opowiadań autorki „Całkowitego kosztu wszystkiego” zdaje się odzwierciedlać wyostrzone i powiększone w soczewce kadry, fragmenty rzeczywistości. Jej kolejne opowiadania prezentują nierzeczywiste i odklejone od codziennego spojrzenia obrazy. Czytając „Gry w Birkenau”, ma się nieodparte wrażenie ulotności. Kontakt z narratorką i oglądanymi przez nią bohaterkami zdaje się być przejściowy. Jakby czytelnik znajdował się na przystanku autobusowym, czekał na kurs swojej linii i nagle przysiadła się do niego obca kobieta, która zaczyna opowiadać swoją historię. Słuchaczowi towarzyszy wówczas dyskomfort i ciekawość; dlaczego ja – myśli sobie; czego ona ode mnie chce – nie rozumie i pyta sam siebie; a jednocześnie już słucha, już jest w jej opowieści. Jednak zanim zrozumie, a raczej usłyszy, zanim słowa do niego dotrą, zmienią się w obrazy, kobieta zdąży pójść dalej. Bez pozdrowienia, bez kontaktu ze słuchającym. Po prostu go zostawi. Nie tyle ze swoją historią, co w tej historii. W takim przypadku trudno sobie przypomnieć, na który autobus się czekało i gdzie się miało jechać. Tak jest z lekturą kolejnych opowiadań Kłos. Odciągają od codzienności, jednocześnie nie proponując ucieczki.

Powyższy opis najpełniej oddaje moją lekturę „Gier w Birkenau”. Lekturę, która jest pewnym zagubieniem i w formie, i w strukturze, i w fabule. Kłos konsekwentnie, na przekór rynkowi, wydawcom i czytelnikom, którzy wciąż szukają skończonych opowieści, wybiera i odnajduje się w małej formie, w opowiadaniach, w obrazkach, w kilku zdaniach. Zestawiając te drobnostki w jednym tomie, nie uzależnia ich od siebie. Nie wytycza struktury, środka, centrum. Owszem, tytułowe opowiadanie znajduje się dokładnie w połowie, ale co z tego? Każdy fragment to właściwie ponowne, osobne, opisane powyżej spotkanie na przystanku albo w przewie między panelami kolejnej konferencji, gdzie przy kawie spotyka się obserwowaną wcześniej uczestniczkędyskusji i nagle słyszy się „Wszyscy ludzie podzielili się na kosmonautów i żołnierzy” (s. 92) albo „Zaroiło się od Kadafich w sieci” (s. 94). Pierwsze zdanie i już słuchasz, już jesteś zaintrygowany, zaciekawiony, ale jeszcze niewiele rozumiesz. Opowieść jest krótka, bez wyjaśnienia, bez didaskaliów. Po kilku minutach po prostu się urywa. Na następną przerwę wychodzisz więc z nadzieją, że będzie jakiś ciąg dalszy. Nic z tego. W tym niezrozumieniu pojawia się próba uszeregowania, kto tu jest odklejony od rzeczywistości: ja czy narratorka? O czym są te wszystkie opowieści? Nagle jakiś szczegół brzmi znajomo, znajdujesz klucz, wskazówkę, ale dopiero gdy cofniesz się o dwa kroki, dostrzeżesz całość. Nagle okaże się, że narratorka narysowała realne miejsca, tylko miara, skala była zupełnie inna niż ta codzienna. Spojrzenie było tak bliskie, że realne zostało odkształcone i przysłonięte szczegółem, w ten sposób udziwnione. Dopiero przy poszerzeniu kadru miejsce wyda się znajome. To dlatego w tekstach Kłos Poznań przestaje być Poznaniem, Wrocław Wrocławiem, Berlin Berlinem, a Rawicz Rawiczem. Na czas opowieści stają się innymi miejscami-miastami. Należałoby więc zapytać, gdzie właściwie znajduje się narratorka, która podróżuje do Birkenau, Posen czy wraca do Breslau? W jakim wymiarze, w jakiej, czyjej historii?

Słowo wykorzystane powyżej – drobnostka – wydaje się tutaj kluczowe. Drobnostka to coś nieważnego, małego, pozornego, a jednak skupiającego całą uwagę, często niosącego potencjał zmiany perspektywy i kompozycji. Drobnostką nazwać można każdy kolejny tekst zawarty w tomie „Gry w Birkenau”. Drobnostką nazwać można każdy kolejny motyw, czy to będzie zapomniana w podróży piżama, czy niedomykające się okno w hotelowym pokoju. Wszystkie te drobnostki odkształcą przestrzeń przemieszczającej się obserwatorki. Te drobnostki będą też denerwować, bo – jak okruchy – nie dadzą się złożyć w całość, a jednocześnie zostaną nam podane na talerzu. Równocześnie więc przywoływać będą coś, czego już nie ma, czego nie da się odzyskać, odbudować, stworzyć, ale też skojarzą się z czymś, co da nam szansę dalszego istnienia. Wszystko to spowoduje pewne załamanie i zagubienie między tym, co było, i tym, co jest. Wszystko to nasunie także pytanie, czy aby wszelkie okruchy powinny być zaserwowane na jednym talerzu.

Niby bohaterka każdorazowo znajduje cel podróży: a to udział w kolejnej uroczystości, a to zaproszenie na kolejny festiwal, ów cel wydaje się jednak tylko pretekstowy, ponieważ narratorka zdaje się poruszać w zupełnie innej przestrzeni niż ta, do której została zaproszona. Jej wzrok skupiony na szczegółach z jednej strony rozrzedza coś, co nazwać można rzeczywistością, z drugiej zaś przyszpila jej fragment, jakby wydobywa go z całości, uwypukla, przez co czytelnik ma wrażenie, że znajduje się w onirycznej, nieprawdziwej wizji. Narratorka jednocześnie widzi i czuje. Jeśli to staje się celem jej podróży po miastach, można by ją nazwać flaneurką, która pokazuje nam nieznaną powierzchnię dobrze znanych miejsc. Jej miasto to miasto zapachów, dymów, budek z frytkami, dyskontów, emigrantów, obcokrajowców, wszystkich tych, którzy wymazywani są z pierwszego planu, których nie widzimy, bo pozostać mają klasowo przezroczyści, niezauważeni. Trudno pozbyć się wrażenia, że smród spalonego tłuszczu unoszący się w centrum miasta, wydobywający się z komina knajpy z szybkim kurczakiem, jest znakiem dymów znad Birkenau.

Opis wątku klasowego, ekonomicznego, ale też tożsamościowego to klucze, które można przykładać do zebranych w tomie narracji. Narratorka opowiada o swoich kolejnych miłościach. Bez transgresji, woalu. Po prostu opisuje kobiety, z którymi się spotyka lub chciałaby się spotykać. Ów wątek nałożony na onirycznie prezentowane przestrzenie, choć właściwie często konturowy, wydaje się bardzo mocny, stały, a nawet skonkretyzowany i oddzielony od innych, wyraźnie skontrastowany np. z wątkami dotyczącymi mężczyzn.

Po zamknięciu okładek „Gry w Birkenau” wszystkie powyższe tropy okazują się jednak zbieżne. Miasta, których niby nie ma, a jednak są domem, okruchy niby niepotrzebne, a jednak sycące, martwa pomnikowa przestrzeń Birkenau, a jednak pełna seksualności. Narratorka opowiadań Kłos łączy melancholię czy raczej utratę z życiem. Utrata i tęsknota jej nie zatrzymuje. Jest w tym coś dziwnego, co daje jej możliwość ruchu i patrzenia, a nawet widzenia między przestrzeniami. Być może dlatego jej narracja wydaje się odległa, a obdarowany nią słuchacz lub czytelniczka długo nie wie, co z nią zrobić, próbuje ją zrozumieć, przyszpilić i wciąż mu się wymyka. Bo chyba nie o zrozumienie tu idzie, może o patrzenie i czucie, a może o gest powtórzenia narracyjnego łączenia śmierci z życiem. Może dlatego „Gry w Birekanau” to książka, której nie ma, bo też trudno znaleźć język, by opisać pisarską wsobność Kłos. Wsobność językową, wsobność obrazowania i wsobność formy, które intersekcjonalnie przecinającym się wątkom seksualności, pochodzenia i ekonomii zapewniają zupełnie inny niż dotychczas ukazywany w literaturze polskiej obraz.
Agnieszka Kłos: „Gry w Birkenau”. Fundacja im. Tymoteusza Karpowicza. Wrocław 2015.