ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (272) / 2015

Marek Lyszczyna, Michał Kopaniszyn, Szymon Padoł,

BLIŻEJ NIEBA

A A A
Marek Lyszczyna: „THX GOD” to niezależny film dokumentalny prezentujący rozmaite formy duchowości w różnych częściach świata. Opowiedzcie więcej o tym przedsięwzięciu.

Michał Kopaniszyn: Widziałeś film…

M.L.: Tak, widziałem…

M.K.: …mogłeś zatem poczuć, że opowiadamy nie tylko o duchowości, lecz także o rożnych sytuacjach, które spotkaliśmy na swojej drodze. Wyruszyliśmy z plecakami do Indii i nie wiedzieliśmy dokładnie, co się wydarzy. Wybraliśmy się do Nepalu, żeby przejść się po górach, zbalansować się, wziąć wdech, odpocząć od miejskiego chaosu… Najpierw mieliśmy roboczy tytuł „Outside of God”, który przekształcił się w „THX GOD”.

M.L.: Czyli film był dodatkiem do podróży?

Szymon Padoł: Raczej na odwrót. Najpierw była podróż, ale jeszcze w Katowicach czuliśmy, że będziemy się nudzić, że coś trzeba robić…

M.K.: Przygotowaliśmy się do tego, że nie jedziemy tylko na wycieczkę, chcieliśmy kręcić.

S.P.: Ale najpierw był sam pomysł. W Katowicach stwierdziliśmy, że sama podróż to nuda. Byliśmy przygotowani do nakręcenia materiału, ale nie konkretnych rzeczy, nie wiedzieliśmy, co nas spotka.

M.K.: To był także specyficzny moment w naszym życiu. Nie w takim znaczeniu, że mieliśmy jakiś wspólny scenariusz. Osobiście wyrwałem się z miejskiego chaosu i emocjonalnego kryzysu. Ta podróż dużo zmieniła. Składały się na nią dwa etapy. Wróciliśmy, mieliśmy pół roku przerwy i ponownie wyruszyliśmy. Zmieniliśmy się; zmienił się też cel filmu – i dobrze. W drugiej podróży pojawiła się inna dynamika, inny stopień skupienia – dało nam to szersze spektrum, zarysowało scenariusz. Wyruszyliśmy w konkretne miejsca bez scenariusza, planowania scen czy umawiania się. Jechaliśmy, wchodziliśmy w teren, w temat, poznawaliśmy ludzi i tak to się działo.

M.L.: Czyli daliście się prowadzić?

M.K.: Tak, daliśmy się prowadzić, zaufaliśmy sobie, przestrzeni, nie mieliśmy komórek, żadnej komunikacji, byliśmy sami, razem na końcu świata…

M.L.: Film dzieli się na kilka części. Przybliżcie nam ich znaczenie.

M.K.: Wszystko ułożyło się w montażu. Tego materiału było bardzo dużo, wiedzieliśmy, że chcemy zrobić film o duchowości, z muzyką, taki set audiodidżejski, ale nie wiedzieliśmy, jak poprowadzić widza. Zaczęliśmy klasyfikować ujęcia do folderów, to nam bardzo pomogło. Szymonowi dodatkowo pomogły szkice dźwiękowe, budowane w oparciu o repetycje pewnych fraz, rozmów. Tak tworzyła się jakaś historia. Dopasowaliśmy to do rozdziałów, które oczywiście też się zmieniały. Mieliśmy na przykład na końcu rozdział „Stilness” – zatrzymanie, bezruch – ale on w końcu wypadł, został rozdział „Outside”…

S.P.: To był fragment symbolicznie mówiący o śmierci. „Stilness” nie jest rozdziałem, tylko kontynuacją tego, co dzieje się poza ciałem, wejściem w absolut…

M.K.: Nie ma tego rozdziału w filmie, ale jest w naszych głowach.

S.P.: Chcieliśmy go dać, kombinowaliśmy w montażu, ale jakoś nie wychodziło.

M.K.: Czyli są dwie bramy: „Inside” – wprowadzenie do życia, do filmu – i „Outside”, wyjście, wylogowanie się. Religie właśnie o tym przecież mówią; ludzie praktykują je głównie dlatego, że zadają sobie pytanie, dlaczego tu jesteśmy i dlaczego odchodzimy. To taki wewnętrzny paradoks, który każdy odczuwa mimo religijnych praktyk i wsparcia różnych grup. Ludzie wciąż starają się odpowiedzieć na te pytania. Patrzyliśmy na to z boku, nie byliśmy ani nie jesteśmy w żadnym z tych ugrupowań. Analizowaliśmy chłodnym obiektywem kamery, jak to wszystko wygląda. Patrzyliśmy, czy to ludziom pomaga, czy jest poukładane czy bardziej chaotyczne… Przyglądaliśmy się temu.

M.L.: Film porusza kwestie duchowości. Czy obecnie jest to w ogóle ważny temat? Świat jest dzisiaj bardzo materialistyczny…

S.P.: Jest materialistyczny… nawet w tych religiach. Trudno jednak oceniać to, jak i co ktoś odczuwa. Czasem odbierałem to wszystko jako mechaniczne powtarzanie pewnych czynności, pozbawione połączenia z tym rdzeniem…

M.L.: Czyli praktykujący niewierzący…

S.P.: Tak, trzeba iść na ceremonię, zrobić teatr, a ludzie nie zadają sobie pytania, po co to robią, i po co to wszystko powstało.

M.K.: To taka droga na skróty i w zasadzie nie dziwię się ludziom, że w tych pytaniach nie pozostają sami, tylko idą do grupy i tam stadnie mówią: „OK, my to przyjmujemy”. To jest prostsze. W każdej mantrze jest jednak sens, jest matematyka. W Indiach, w Nepalu… tam duchowość jest wyczuwalna w powietrzu. Wielu ludzi podchodziło do nas i pomagało nam tylko dlatego, że czuli, że robimy coś fajnego, a nie dlatego, że coś za to dostaną.

S.P.: Ale w Indiach było też dużo strachu. W Nepalu „duch jest w powietrzu” może dlatego, że to kraj bliżej nieba, w górach. W Indiach przy wyciąganiu kamery ludzie czasem reagowali strachem, że chcemy ukraść ich uczucia religijne.

M.K.: To bywało dziwne. Wylądowaliśmy w Etiopii, wśród członków plemienia Mursi, gdzie wydawałoby się, że ludzie powinni być otwarci na to, iż ktoś z kamerą przyjeżdża i coś się dzieje. Okazało się, że oni dokładnie wiedzą, za jaką kamerę jaka jest cena… i za mniejszy aparat Canona płaciliśmy mniej niż za Sony. To były bardzo branżowe targi. Innym niezwykłym incydentem było to, że dwie panie porwały mnie do swojego szałasu i chciały wziąć za mnie okup. Oczywiście, wszystko odbyło się z przymrużeniem oka, ale mimo wszystko wciągnęły mnie do tej chaty i w filmie znalazło się jedno ujęcie tam zrealizowane: małe dziecko na kolanach, pokazane w rozdziale „Inside”. To jedyne fajne ujęcie, które zrobiliśmy podczas tej wycieczki. Reszta była okupiona targowaniem się o to, ile ujęcie ma trwać, co możemy kręcić, a co nie itp. Oczywiście, to nie jest ich wina, lecz wynik skomercjalizowania wioski i całego plemienia przez turystyczne wyjazdy typu safari. Pojawia się tu pewna zależność: oni odpowiedzieli na to, kim są turyści, zrobili małpi gaj i proszę bardzo, bawimy się.

M.L.: Dokumentaliści często borykają się z dylematami natury moralnej. Myślę o relacjach z bohaterami, o tym, w jaki sposób się ich ukazuje. To także duża odpowiedzialność. Co o tym sądzicie?

S.P.: Różnie bywało, ale Michał jest mistrzem szybkich shotów, wystarczy mu piętnaście sekund. Standardowy przykład: metro już przyjeżdża, Michał coś tam zobaczył, prawie się drzwi otwierają. Michał robi shota, który na dodatek jest mastershotem…

M.K.: To jest pewna umiejętność: nie analizować, po prostu: czujesz – robisz. Jeżeli masz dobrą intencję, wchodzisz w slumsy przy torach, patrzysz w oczy żyjących tam ludzi, idziesz pewnie z kamerą. Oni wolą coś takiego niż przesadne zwracanie się do nich po angielsku, którego mogą nawet nie rozumieć i głupio się z tym czuć. Jeśli widzą, że ktoś coś kombinuje, ma w głowie upchaną historię, to ich to nie interesuje. Instynktownie wyczuwają drugiego człowieka; muszą to zresztą robić, muszą mieć włączony ten instynkt, żeby przetrwać. My, w naszych komfortowych, wielkomiejskich mieszkankach, nie musimy się o to martwić.

M.L.: Czyli uczciwość dokumentalisty polega na braku scenariusza?

M.K.: W naszym przypadku: tak. Na braku logicznego myślenia i programowania filmu na rzeczywistość, na przykład wschodnią, na zasadzie: ja wiem, co oni myślą i co mi powiedzą do kamery. Zresztą działaliśmy rytmem, muzyką, skojarzeniem, symboliką – dużo było tych rzeczy, byle tylko nie wprost. Byle nie dawać ludziom do ręki mikrofonu i nie pytać: „Co myślicie o bogu?”. Takie pomysły też mieliśmy, ale od razu z nich zrezygnowaliśmy.

M.L.: Trudno nie poruszyć wątku ścieżki muzycznej. Jako soundtrack słyszymy lokalną muzykę, często sakralną, zremiksowaną z różnymi gatunkami muzyki elektronicznej. Jaki cel miał ten zabieg?

S.P.: Cała muzyka jest rodzajem remiksu; nie komponujesz muzyki od nowa. Zawsze opierasz się albo na skali albo na rytmice, którą ktoś już kiedyś wymyślił i sformatował w jakiś sposób. Nie ma więc czegoś takiego jak muzyka w stu procentach autorska, tak samo jak alfabetu i słów nie wymyślimy od nowa. Myślę, że technologia dużo nam ułatwia – możemy remiksować kogoś z drugiego końca Ziemi. Otwierają się przez to nowe pola, i to jest ciekawe. Nie chcę dopisywać do tego jakiejś historii. Po prostu uważam, że jest jedna muzyka i nie ma innej, bez względu na to, czy to heavy metal czy muzyka ludowa, czy etniczna. Fizycznie to jest poruszanie fal w ośrodku sprężystym, który odczuwamy w jakiś tam sposób; muzyka jest jakimś uporządkowaniem – tak to czuję i tym się kieruję. Teoria jest niepotrzebna. Udało się nagrać ciekawe melodie świata, czasem jeden wyraz i już można zbudować kompozycję. Niekiedy miałem wcześniej szkice i okazywało się, że w stu procentach pasują one do czegoś, co było na planie. Nie mieliśmy jednej drogi, jeżeli chodzi o tę konstrukcję, niczego nie wymyślaliśmy…

M.K.: …nie stylizowaliśmy się, Przez to, że ma bagaż didżejski, doświadczenie grania na różnych imprezach, Szymon bardzo szeroko myśli. To nie tak, że nagle zaczęliśmy robić muzykę etniczną. Przyjechaliśmy i Szymon zaczął realizować swoją muzykę, zaczął komponować w oparciu o dźwięki stamtąd i je remiksować. I tak samo było z obrazem – to też jest remiks rzeczywistości. Wykorzystując naszą wrażliwość, osobiste doświadczenia i warsztat, zremiksowaliśmy to, co nagraliśmy. I w tym może tkwią świeżość i innowacyjność: nikt nam nie kazał się stylizować. Nie mieliśmy żadnego producenta czy realizatora obrazu, w związku z czym zachowaliśmy totalną wolność. Jeżeli człowiek jest wolny, robi to, co czuje podskórnie.

M.L.: W mojej ocenie jest to film, który ma duży potencjał festiwalowy.

M.K.: Też tak czuliśmy. Wysłaliśmy go na Nowe Horyzonty, do Berlina, Rotterdamu – i nic. Zastanawiamy się, gdzie tkwi diabeł, ale nie zrażamy się. Jeżeli jakiś festiwal go „klepnie” i publiczność powie: „Tak”, to inni też się zainteresują.

S.P.: Trzeba nam przebić się na jednym festiwalu – wszystkie one działają jak piramida. Uda ci się przejść do selekcji w jednym z festiwali światowych, to gdzieś tam pojawi się info. A mniejsze festiwale patrzą na te większe i je naśladują.

M.K.: O Katowicach w ogóle nie myślimy, bo nie czujemy tu możliwości współpracy, na przykład opcji, by Silesia Film zajęła się tym filmem. Nie ma żadnego dialogu. Wszyscy wiedzą, że dwóch ludzi wyruszyło i zrobiło coś ważnego, ale nikt nie zadzwoni, nikt o nic nie spyta. W związku z tym bierzemy wszystko w swoje ręce, a że mamy zawody kreatywne, to nie sprawdzamy codziennie maili z festiwali. Tym trzeba się zajmować, zresztą sam wiesz, bo tkwisz w tym temacie…

M.L.: Tak, to wymaga pełnego zaangażowania. A jakie są wasze dalsze filmowe plany?

M.K.: Nie wiemy (śmiech). Szymon, zdaje się, ma jakiś plan na film…

S.P.: Pomysł jest. Póki co wróciłem z podróży. Mam jakieś pierwsze szkice i przymiarki do nowego projektu audio-wideo, ale za wcześnie, żeby o tym mówić.

M.K.: No właśnie, ja pracuję w reklamie, w krótkich formach filmowych, takich jak wideoklip. To są pewne pieniądze: robisz małą formę, dostajesz za to ileś tam złotych i to się zgadza. Żeby zrobić film, zaryzykowaliśmy wszystko: czas, montaż…

M.L.: …określony wkład…

M.K.: To jest ogromy rynek, który nie wydaje się zainteresowany popieraniem projektów takich jak nasz. Środowisko po prostu „kosi” schemat, cały ten filmowy matrix…  Mie wiem, czy chcę się zajmować filmem. Zobaczymy, mam pomysły na scenariusze, ale musiałyby mieć one inny charakter. Na pewno nie rzuciłbym na nic się tak jak z Szymonem, gdy pojechaliśmy i zrobiliśmy film.

S.P.: To była jednorazowa akcja. Ale fajne jest to, że udało się nam ominąć cały system produkcji filmowej. Z drugiej strony, pokazaliśmy, jak nadmiernie obudowuje się różne projekty. Większość ekipy jest niepotrzebna, skoro dwie osoby mogą zrobić wszystko, od pomysłu na scenariusz, podróże, logistykę, po zdjęcia, plany, postprodukcję…

M.K.: Jedyną osobą, jaką dopuściliśmy do projektu, był Mateusz Pirecki, który robił kolory. To było dobre: on zna się na tym; zrobiłem swoją wersję, on zrobił swoją, porównaliśmy i wybraliśmy jego propozycję. Jeden człowiek wszedł z sercem, non profit w ten projekt. A normalnie pracuje nad czymś takim sztab ludzi. To jest myślenie europejskie i amerykańskie: że musi być koncepcja, totalnie zaprojektowany sen i dopiero wtedy śnimy go. A my poddaliśmy się temu, co spotkamy, i dzięki naszej subtelności mogliśmy dojść tam, gdzie inni by nie weszli.

M.L.: Nie weszliby, gdyby wszystko przebiegało w normalnym procesie produkcyjnym.

M.K.: Tak, nie dostaliby zaproszenia.

S.P.: Rastafarianie z nami rozmawiali, kiedy trafiliśmy do jednego z ich kościołów. Gdy ludzie z BBC chcieli kręcić, oni ich nie wpuścili. Tamci stali przed bramą i płakali. A nam dali piętnaście minut. Kiedy zgasła żarówka, myśleli, że to koniec ujęć, że Bóg wyłączył światło.

M.K.: Ostatecznie to się w filmie nie znalazło: zostawiliśmy audio, a obraz był wzięty z innego kontekstu. To wszystko jest tak nasze, tak wypocone, wychodzone, tak pod skórą… Był moment kryzysu, ale wreszcie mechanizm, który stworzyliśmy, zaczął funkcjonować. Częściowo składaliśmy film w górach, w miastach i wszystko się jakoś ulepiło. Ostatecznie czujemy się zadowoleni, wyzwoleni, czekamy na ludzi, którzy zechcą być przy tym projekcie.

S.P.: Czekamy na kogoś, kto wziąłby film w swoje ręce i zajął się stroną marketingową, którą my nie potrafimy: wejściem na festiwale, projekcjami w różnych częściach świata. To jest ogromny rynek, nie mamy na to czasu. Osobiście nie posiadam umiejętności marketingowca, ale inni je mają. Mamy nadzieję, że ich znajdziemy.

M.K.: Chcemy, by duża ilość osób zobaczyła ten film. Nie mamy misji, ale chcemy się nim podzielić. Jeżeli nie będzie to festiwal, to Internet. Nie chcemy trzymać filmu na dysku. Zobaczy światło dzienne. Czasem jest tak, że kiedy wrzuci się film do sieci i zdobędzie on dużą popularność, dopiero wtedy ktoś zaczyna się odzywać.

S.P.: Jest tam też masa filmów, produkuje się ich tysiące.

M.K.: Ale takiego nie ma.

S.P.: Nasz film jest jednorazową formułą i wystarczy, żeby się przebił na jednym festiwalu przez masę filmów, które też są dobre…

M.K.: ...ale które są jednak utrzymane w pewnej konwencji…

S.P.:  Właśnie, nas wyróżnia ta konwencja…

M.K.: …albo jej brak…

S.P.: …jakaś tam jednak jest…

M.K.: Ale brak kategorii: nie wiadomo, czy to dokument muzyczny, czy krótka forma, czy długa. Towarzyszy nam jednak optymizm. Wiemy, z jaką intencją wchodzimy, i to się wydarzy. Może obniżył się nam nieco poziom entuzjazmu, ale wrócimy i do niego.

M.L.: Trzymam kciuki. Dzięki za rozmowę.