Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (272) / 2015

Magdalena Piotrowska-Grot,

DROGA DO TEORII/LITERATURY (TERRY EAGLETON: 'TEORIA LITERATURY')

A A A
Stawianie pytań o to, czym jest literatura oraz jak „zmierzyć” literackość, nie stanowi innowacyjnego przełomu. Pytanie to przewija się przez teksty filozoficzne i teoretycznoliterackie na przestrzeni wielu dziesięcioleci, a zapewne towarzyszyło tworzeniu literatury i mówieniu o niej niedługo po tym, jak powstały pierwsze poematy. Oczywiście jednak interesuje nas przede wszystkim zmienność perypetii etykietki „literatura” w czasach nowożytnych, ktokolwiek zaś poświęcił temu zagadnieniu choć trochę czasu, wie, że konkluzja doprowadziła do zawieszenia czy wręcz unieważnienia jej statusu. Nie szufladkujemy więc literatury, nie oceniamy stopnia literackości, nie oddzielamy dzieł od arcy-dzieł, poddajemy po prostu teksty kultury procesowi lektury, uwalniając czytelnika, badacza i samą literaturę od ograniczających przyporządkowań.

Warto jednak zadać sobie zupełnie inne pytanie, mianowicie o to, co doprowadziło nas do owego czytelniczego liberalizmu i dlaczego nie można, wręcz nie powinno się, ustalać systemu metrycznego dla literackości. Jednym z badaczy, jak sam siebie określa – filozofów literatury, który w sposób najbardziej otwarty, właściwie bezpardonowy wyjaśnia, dlaczego nie możemy szafować literacką etykietką oraz jak mówić o teorii literatury, kiedy nie ma granic literatury, jest Terry Eagleton. Polskie wydanie książki „Teoria literatury. Wprowadzenie” przypomina o jednym z najważniejszych zagadnień, jakie napędzają pracę pokoleń literaturoznawców.

Językowe wycieczki – dokerzy z Glasgow/profesorowie z Oxfordu

Kluczowa dla zrozumienia sposobu postrzegania przez Terry’ego Eagletona materiału badawczego, jakim jest literatura, okazuje się dokładna, ale jednocześnie niepozbawiona dystansu lektura wstępu do omawianej książki. Poza wyrafinowaną krytyką formalizmu i wszelkich następstw teoretycznego oddzielenia literatury od społecznych struktur i dziedzin życia znajduje się w owym „Wprowadzeniu” sieć niewyrażonych wprost wskazówek dotyczących pozostałych części pracy. Przed rozpoczęciem lektury należy jednak pamiętać, iż nowością jest jedynie polskie tłumaczenie książki, a nie jej treść. Pierwsze wydanie pojawiło się w Wielkiej Brytanii w roku 1983 (kolejne rozszerzone wydanie to rok 1996), zaś dopełnieniem spojrzenia brytyjskiego profesora na kondycję literaturoznawstwa i samej literatury jest wydana dokładnie dwadzieścia lat później pozycja „After Theory” (polskie tłumaczenie ukazało się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej w roku 2012). Większości polskich literaturoznawców główne tezy omawianej książki są więc znane, nie jest jednak bezpodstawne wydanie polskiego tłumaczenia „Teorii literatury”, a lektura tej książki podkreśla w wielu miejscach żywotność poruszanych w niej problemów. Wszak same badania nad literaturą i walka o pierwsze miejsce na podium pomiędzy teorią literatury, historią literatury a sztuką interpretacji nie uległy przedawnieniu.

Już we „Wprowadzeniu” widoczna jest podstawowa cecha dyskursu całej książki. Eagleton to przede wszystkim badacz-uwodziciel. Wysuwane przez niego argumenty są zawsze obudowane naturalnym, umiejscowionym poza sferą podejrzeń czytelnika, logicznym wnioskowaniem. Przede wszystkim zaś to, co chce przemycić badacz w swojej narracji (odnośnie tego typu wywodu określenie to jest chyba najbardziej trafne, choć można pokusić się wręcz o określenie „snucie opowieści”), przekazane zostaje czytelnikowi w niezwykle przystępnej formie­ – z ograniczeniem do minimum znanej tylko wtajemniczonym terminologii, przy nagromadzeniu obrazków zaczerpniętych z codzienności, jak choćby analiza znaku umieszczonego przy ruchomych schodach w londyńskim metrze: „»Dogs must be carried on the escalator«. Nie jest ono tak jednoznacznie, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało: czy oznacza, że musi się trzymać psa na takich schodach? Czy nas z nich spędzą, jeśli nie znajdziemy jakiegoś zbłąkanego kundla, by go trzymać w ramionach podczas jazdy wzwyż?” (s. 25). Stawiając pod dużym znakiem zapytania zasadność terminów „literatura” i „literacki”, autor nie przekreśla jednak wagi procesu lektury, eliminuje jedynie sztuczne i zideologizowane, jak się za chwilę przekonamy, ograniczenia narzucane przez rzesze „autorytetów” w dziedzinie literaturoznawstwa właśnie.

Dla Eagletona literackość nie zna granic w takim samym stopniu, w jakim trudno jest narzucić je językowemu narzędziu, tam gdzie bowiem mamy do czynienia z językowymi komunikatami, możemy mieć też do czynienia z procesem interpretacji. Lektura wszelkich tekstów kultury (choć Eagleton nie używa tego określenia, zdaje się otwierać drogę do właśnie takiego postrzegania wszelkich językowych wytworów), jest, lub może być, w pewnym sensie badaniem literatury.

Wracając do wspomnianej krytyki formalizmu, nie jest to krytyka jawna, ale takie ukazanie błędnych i wypaczających samą literaturę oraz jej społeczne funkcje założeń przez formalistów opisanych (oczywiście celowo wyostrzone), które demaskuje praktyczną nieprzystawalność metody wobec badanego przedmiotu: „Formaliści postrzegali przeto język literacki jako zbiór odchyleń od normy (…). Choć »język naturalny« jest ulubionym pojęciem niektórych oksfordzkich filozofów, to naturalny język oksfordzkich filozofów ma niewiele wspólnego z naturalnym językiem dokerów z Glasgow” (s. 23).

W tym tonie autor wytyka błędy w teoretycznych założeniach kolejnych teorii literatury – w równym stopniu poświęcając uwagę teoretykom literatury i krytykom literackim, a główny nurt tej krytyki dotyczy przede wszystkim usilnych prób oddzielenia literatury od życia, którego jest częścią i z którego wyrasta.

Przetarte szlaki teorii – od strukturalizmu do psychoanalizy

Wbrew pozorom, jaki stwarza tytuł, książka Eagletona nie stanowi wprowadzenia do literatury, jakiego mógłby się spodziewać czytelnik. Bez bazowej wiedzy szybko i łatwo zagubimy się w kolejnych odsłonach dominujących w danym czasie metod literaturoznawczego oglądu. Jeżeli już autor przypomina podstawowe założenia na przykład strukturalizmu, robi to pobieżnie i pospiesznie, w formie notatki, nie zaś pełnego wykładu podstaw i funkcjonowania danej teorii. Można by więc zadać pytanie, co zawierają owe teoretyczne przybliżenia? Ukazują one słabe i mocne strony danej teorii, co oczywiście nie jest kluczowym składnikiem, ponieważ zdanie na ten temat czytelnik może sobie wyrobić na podstawie lektury klasycznych podręczników oraz tekstów pokazujących zastosowanie tych teorii w interpretacyjnej praktyce. Eagleton unaocznia jednak historyczny proces przemian nie tylko metod badania literatury, ale także kolejne stopnie rozumienia zagadkowości języka, zmiany i rozwój samej literatury, wymuszające niejako nowe wyposażenie warsztatu filologa. Omawiana książka to także umiejscowienie tych metodologicznych dyskursów w przestrzeni przemian społecznych, a ostatecznie uwypuklenie najważniejszego motoru przemian w obrębie dyscypliny – konfliktów pomiędzy literaturoznawcami, które, tak jak konflikty literackich pokoleń, implikują niezbędne przeformułowania.

„Teoria literatury” Eagletona stanowi więc innego rodzaju wprowadzenie niż to, jakiego można by oczekiwać, nie znając sposobu pisania charakterystycznego dla tego badacza. To introdukcja do dyskusji o statusie literatury oraz ogólnie literaturoznawstwa, a poniekąd także do debaty o statusie humanistyki. Miejsce nauk filologicznych zdaje się bowiem stanowić coraz mniej pewną przestrzeń badawczą, pomimo materiału, którym się zajmuje. Społeczeństwo zapomina, że na wszystkie dziedziny jego funkcjonowania wpływa nie tylko rozumienie tekstu, ale przede wszystkim mechanizmów językowego manipulowania odbiorcami. Umiejętność świadomej lektury nie polega bowiem tylko na docenianiu metafizycznej tajemnicy dzieł, uobecnianiu nieobecnego wpisanego w niektóre narracje, specyficznej magii i przyjemności tekstu, ale także na wiedzy o mechanizmach powstawania wszelkich komunikatów, bez względu na status ich literackości i użytkowości.

Wiele miejsca poświęca autor na przytoczenie towarzyszących poszczególnym metodologiom teorii języka. Od ograniczającego go do harmonijnej i przewidywalnej struktury de Saussure’a, poprzez liberalizm i nieskończone możliwości semantycznej sieci poststrukturalistów, po odtwarzanie i odnajdywanie w języku śladów podświadomości, ukrytych pragnień i nieskończone zagrożenie brakiem. Uwikłanie języka i poprzez język, zwłaszcza zaś ideologiczne podłoże większości językowych komunikatów i brak prawdziwej wolności badawczej zdefiniowany w omawianej pracy w jakiś sposób powinny podcinać skrzydła każdemu literaturoznawcy. Jednak zdaje się, że książka Eagletona nie pozostawia nas zupełnie bez nadziei. Po zaaplikowaniu bowiem wielu ostrzeżeń i uświadomień autor odsyła badacza/czytelnika do samego tekstu, któremu, owszem, możemy dać się zwieść, ale przecież nie chodzi tylko o to, „co ludzie robią z tekstem”, ale także o to, „co tekst robi z ludźmi” (s. 25).

Majaki na horyzoncie – skazani na polityczność?

Lektura ostatniej części książki wywołuje skrajne emocje, a niejednego czytelnika złapie w sidła swego defetyzmu. Niemalże można by krzyknąć ze zgrozą (lub stwierdzić ze spokojem typowym dla całkowitej rezygnacji): „Literatura umarła, a jej teoria też ma się nie najlepiej”. Eagleton przemyca bowiem w ostatnim rozdziale dość katastroficzną wizję słabego humanisty, niewielkiego znaczenia poszukiwania wartości w literaturze, ogólnie znikomego sensu mówienia o wartościach uniwersalnych. Trzeba jednak zauważyć, że objęte jest to ironiczną klamrą, to twarde stanowisko ma bowiem zwrócić uwagę, że pomimo tych wszystkich wątpliwości dalej powstaje literatura, a jej badacze nie przekwalifikowali się, by wykonywać bardziej interesujące i rentowne zawody. Nie sposób nie zgodzić sie z diagnozą społecznego i ideologicznego podłoża dzieł literackich oraz metod ich badania, ale warto także dostrzec związek literatury i mówienia o niej – jedno powołuje drugie do życia, napędza wzajemnie procesy twórcze, stawia w świetle zainteresowania wszystko to, co w kapitalistycznym świecie nie znajduje sobie miejsca. Eagleton dokonuje dekonstrukcji tej relacji, wykazuje jej niewysychające źródło i, nie mówiąc tego wprost, pozostawia dla literatury i jej badaczy cień nadziei, przy zachowaniu świadomości pewnych procesów manipulujących zarówno twórcą komunikatu, jak i jego odbiorcą.

Ideologia i polityczność to dwa rzeczowniki, które pojawiają się bardzo często w omawianej książce. Początkowo podskórnie, z czasem zaś bardzo otwarcie. Oczywiste jest, gdy podąża się za wywodem autora, że skoro literatura okazuje się uwikłana w sytuację polityczną i społeczną, w mniejszym bądź większym stopniu nieprzerwanie stanowi filtr społecznych nastrojów czy emocji jednostki do tego społeczeństwa należącej. Trudno się więc dziwić, iż biorąca za przedmiot badań literaturę teoria, uwikłana jest w inne społeczne dziedziny w takim samym lub ze wzglądu na swój akademicki status nawet większym stopniu. Nie gani się teoretyków za ideologię, rozczarowanie przynosi jednak nieświadomość tego romansu lub celowe jego tajenie. Według Eagletona wszelkie dziedziny publicznej działalności są w jakiś sposób polityczne, nie można przed tym uciec. Można jednak grać w tym względzie w otwarte karty i przyznawać się do inspiracji filozoficzno-ideologicznych bądź, prościej, po prostu uznać, iż humanistyka jest dziedziną całościową, a zajmowanie się jej poszczególnymi składowymi nie zwalnia z odpowiedzialności za ową całość.

Politycznie obciążona pozostaje zdecydowanie kwestia ganionego bez ogródek na kartach tej książki kanonu oraz uwikłania literaturoznawstwa w ramach funkcjonowania akademickiego: „Nikt prawdopodobnie nie straci etatu na uczelni za próbę małej analizy semiotycznej Edmunda Spensera, ale przypuszczalnie pokażą drzwi lub w ogóle zabronią przez nie wchodzić delikwentowi, który wyrazi wątpliwość, czy tradycja od Spensera do Szekspira i Miltona to najlepszy lub jedyny sposób dzielenia dyskursu na plan zajęć. W tym punkcie wytoczony zostanie kanon, który zestrzeli bluźniercę z literackiej sceny” (s. 257). Nie da się ukryć, że problematycznego kanonu nie rozstrzygnęła ani ta książka, ani kolejne dwadzieścia lat dyskusji na ten temat. Nie da się także nie dostrzec, iż Eagleton nie może ganić teoretyków literatury za konszachty z ideologiami, kiedy sam próbuje niejednokrotnie zaaplikować ideologię swoim czytelnikom.

Pewną pokusę stanowi użycie wobec „Teorii literatury. Wprowadzenia” określenia podręcznik. Jednak autor zastawił na nas i w tym zakresie kilka misternych pułapek. Umiejscowienie literatury w samym środku codziennego życia, dowcip i niezwykle przystępny sposób opowiadania o literaturze od Keatsa po slogany kibiców, zdawałyby się idealnym narzędziem przypominającym, że literatura nie może być preparatem badanym w laboratoryjnych warunkach, a teoria literatury zdecydowanie bardziej powinna polegać na obserwacji złożonego funkcjonowania tego żywego organizmu w jego naturalnym środowisku. Jednak aby odpowiednio zrozumieć intencję tej książki, pozostawić w sobie miejsce na własne opinie, zwyczajnie nie pozwolić się uwieść opowieści, której tak trudno zaprzeczyć, należy zdecydowanie przejść przez klasycznie realizowany kurs teorii i historii literatury. Owa antyakademickość postrzegania badanego przedmiotu i zdecydowana antyakademickość dyskursu stanowić musi nie pierwszy, a kolejny stopień wtajemniczenia adeptów literaturoznawstwa. W całej swej przystępności tak przedstawiona teoria literatury wymaga dojrzałego czytelnika i ponawiania lektury.

Książka ta pełna jest niezwykle błyskotliwych obserwacji, ciętej krytyki zawoalowanej pod przykrywką przytaczania faktów i ironicznego dystansu wobec własnej profesji i lęków o jej przyszłość. Jak pokazał czas, literatura nie umarła, przeszła jedynie w kolejne stadium, które także nie jest niezmienne i wieczne. Zmiany za nami i przed nami są nieuniknione. Co nie zmienia faktu, iż takie trzeźwe, przybierające kształt „pobudki”, przypomnienie o zagrożeniach jest czymś bardzo przydatnym w czasie ciągłego powrotu dyskusji o nieuchronnym czy już trwającym kryzysie filologii, humanistyki w ogóle. Może właśnie dlatego to dobry moment na przypomnienie owego „Wprowadzenia” polskim czytelnikom.

W „Teorii literatury” nie brakuje jednak także pól minowych, których uniknie tylko odbiorca o pewnej świadomości przemian teorii literatury, pamiętający, iż to jedynie głos w dyskusji, a nie ostateczny wyrok. Nie jest to łatwe, zważywszy na logikę argumentacji i niezwykle wciągający sposób budowania wywodu, językową sprawność autora (umiejętnie oddaną w tłumaczeniu). Książka powinna być opatrzona takim właśnie ostrzeżeniem. Po uwzględnieniu go należy natychmiast zanurzyć w lekturze, w trakcie której warto zwrócić przede wszystkim uwagę na znaki prowadzące czytelnika drogą do zrozumienia teorii literatury i odkrycia specyfiki samej literatury. Znaki, które nie zawsze są jednoznaczne i wyraźne.
Terry Eagleton: „Teoria literatury. Wprowadzenie”. Przeł. Bogdan Baran. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2015.