Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (272) / 2015

Kamila Czaja,

LITOŚĆ I TRWOGA (MARCIN WÓJCIK: 'W RODZINIE OJCA MEGO')

A A A
Trudno pisać o reportażach Marcina Wójcika, nie wchodząc na pole minowe światopoglądowych walk. Lekturę „W rodzinie ojca mego”, zbioru tekstów o ludziach związanych z Rodziną Radia Maryja, siłą rzeczy filtruje się przez własne religijne, polityczne, społeczne przekonania. Spróbuję w miarę możliwości uniknąć tej pułapki, narzucając sobie czasem rolę „adwokata diabła” (co w kontekście tematu książki brzmi dość przewrotnie) i skupiając się głównie na tym, jaki obraz polskiej rzeczywistości wyłania się z książki Wójcika i jak dziennikarz „przepracowuje” opisywane sprawy – a mniej na kwestiach (nie)wiary.

W(y)pakowani

„Znajduję książeczkę »Nieposłuszny?« autorstwa księdza Natanka. Ostatnie zdanie w nocie biograficznej autora brzmi: »Od lipca 2011 wypakowany z Kościoła«” (s. 206) – wspomina Wójcik, ale i jego reportaże dadzą się czytać jako opowieści o „wypakowanych”. Ojciec Rydzyk czy ksiądz Natanek na własne życzenie „wypakowali” się na radykalne pozycje. Współpracujący z Radiem Maryja politycy (jak sportretowana w rozdziale „Ze mną trzeba grzecznie” Krystyna Pawłowicz czy wspomniany wielokrotnie Jarosław Kaczyński) zostali przez wyborców „wypakowani” z rządzenia i zmuszeni do funkcjonowania w opozycji. Nawet udzielający się w katolickich mediach aktor Jerzy Zelnik tęskni za dawną sławą. Tych, którzy „sterują”, Wójcik przedstawia ostro, a niekoniecznie chlubnej biografii ks. Tadeusza Rydzyka poświęca najdłuższy tekst („Miasto na górze”).

Z mniej jednoznacznymi emocjami reporter prezentuje zwyczajnych słuchaczy toruńskiej rozgłośni. Na okładce „W rodzinie ojca mego” Lidia Ostałowska zadaje trafne pytanie: „Jakim jesteśmy społeczeństwem, skoro pozwoliliśmy Tadeuszowi Rydzykowi przejąć rząd dusz nad odtrąconymi?”. Ludzie, z którymi rozmawia Wójcik, często są „wypakowani” z życia, o jakim marzyli. Wielu z nich jawi się jako osoby zepchnięte na margines, opuszczone, skrzywdzone. Krawcowa „chciałaby wrócić do czasów, kiedy mówili jej, że za obszycie Niechcicowej powinny zwrócić się na nią oczy paryskich projektantów” (s. 10). Słuchacz studiów podyplomowych w założonej przez Rydzyka Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej pracuje przy ruszcie w KFC i stwierdza: „Dla magistrów w tym kraju nie ma normalnej pracy” (s. 149). Wielbiciele Natanka „się skarżą: na proboszcza, niczego niepojmujących parafian, rząd, media” (s. 205). Dawny robotnik regularnie dzwoni do ukochanego radia: „Z budki idą jego słowa w Polskę: że Wałęsa zdradził ideały robotników, że komuniści mają się dobrze, a ludziom bieda zagląda w oczy. Jak to wykrzyczy, to mu lepiej (…)” (s. 261). Wójcik w rozmowie z ojcem Ludwikiem Wiśniewskim diagnozuje, że „ludzie Rydzyka” mają „bezrefleksyjne dusze”: „Są zdolni do refleksji nad moim życiem, nad życiem ojca, ale nie potrafią robić refleksji nad własnym życiem, jakby uciekali od niego” (s. 248). Takie obserwacje pozwalają w pozornie irracjonalnym radykalizmie dostrzec podskórną logikę. Skoro tym ludziom nikt nie pomógł, to przyjęli „pomoc” Rydzyka – z jej wszelkimi konsekwencjami.

Założyciel Radia Maryja idealnie wpisuje się w potrzeby „odtrąconych”. Zapewnia im poczucie wspólnoty, kładzie nacisk na emocje i mówi zrozumiale (we wspomnieniach o jego młodości pojawia się taka charakterystyka: „Prefekt powiedział, że może i Rydzyk nie jest mądry, ale przynajmniej pobożny, i że księdzu nie jest potrzebna matematyka. (…) Intelektualistą nie jest, woli powiedzieć coś o owcach, pasterzu, kamieniu młyńskim u szyi, diable z rogami, aniołkach ze skrzydłami” [s. 37, 47]). A w zamian za zapewnienie słuchaczom zastępczej rodziny i prostych recept redemptorysta oczekuje lojalności – także finansowej: „Ojciec wzywa do ofiar na katolickie radio, bo ofiara nie jest zapłatą, ale darem serca. Starsze kobiety przynoszą w reklamówkach dary serca” (s. 61).

„Wypakowani” – z głównego nurtu, z sukcesu, z nowoczesności – okazują się „wpakowani” w opiekę/władzę człowieka, który czerpie korzyści z ich zaangażowania i potrzeby bycia zauważonym. Jednak nawet jeśli trafne są diagnozy Krzysztofa Lufta („[…] to są biedni ludzie, którzy zostali wykorzystani [s. 233]) i samego Wójcika („Chciałem zrozumieć tych ludzi, wielu śmiało się z nich. A oni zostali wykorzystani przez ojca Rydzyka” [tamże]), to nie rozwiązują problemu. Uznanie słuchaczy Radia Maryja za ofiary, o ile opinia taka do nich dotrze, może wręcz zwiększyć – i tak już dużą – wrogość tego środowiska wobec wszystkiego, co inne.

Wróg u bram

Po tym, jak odrzucono wniosek Telewizji Trwam o miejsce na multipleksie, Wójcik uczestniczył w modlitwach pod siedzibą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wspomina: „Na ulicy nie trudno o rozproszenie. Rozproszona modlitwa wygląda mniej więcej tak: „Zdrowaś Maryjo – patrzcie, Luft wysiada – łaski pełna, Pan z Tobą – jak ja go nienawidzę (…)” (s. 222). Sam Luft trzeźwo ocenia swoją rolę: „Środowisko to istnieje, dopóki jest wróg. Bez wroga się rozpadnie” (s. 237). Ale wrogów jest więcej. Reporter przytacza choćby taki radiowy cytat: „Człowieka nie można kopnąć, chyba że czerwonego” (s. 13). Jerzy Galiński, który jako jeden z niewielu duchownych zdecydował się na aktywną walkę z Rydzykiem (a w efekcie został napiętnowany przez przełożonych), opisuje mechanizm działania wykraczający poza proste jednoczenie się w obliczu wroga: „Wielość wrogów działa jak polisa ubezpieczeniowa dla Rydzyka. Jeżeli pojawią się obciążające go informacje, to będzie mógł powiedzieć, że to Żydzi, masoni, liberałowie, komuniści produkują na niego paszkwile…” (s. 84).

Wygodną dla Rydzyka konsekwencją takiego zaprogramowania grupy okazuje się to, że nie da się skupionych w niej ludzi przekonać, że się mylą. Świetnym pomysłem Wójcika było zamieszczenie w książce pracy napisanej na zaliczenie zajęć u ojca dyrektora (s. 165-168). Studenckie rozważania o skutkach medialnych manipulacji nabierają w tym kontekście cudownie ironicznego wydźwięku. Członkowie Rodziny Radia Maryja wierzą bowiem w manipulację mediów – pod warunkiem, że manipulują inne media. Kiedy ktoś już raz dostanie się w krąg oddziaływania Rydzyka, zaczyna się błędne koło. Jeden z rozmówców Wójcika opowiada: „Telewizję Trwam oglądam zawsze, Polsat News i TVN 24 nagrywam, jak relacjonują ważne dla Polski wydarzenia. Później sprawdzam, czy kłamali”. Na pytanie: „A jak pan to sprawdza?” odpowiada: „Porównuję z tym, co powiedzieli w Trwam” (s. 256).

Autor „W rodzinie ojca mego” i kilkoro otwarcie buntujących się przeciwników Rydzyka wielokrotnie dają do zrozumienia, że czas najwyższy, żeby hierarchowie Kościoła odcięli się od Radia Maryja i Telewizji Trwam, zamiast aktywnie (lub przynajmniej milczeniem) wspierać te media i przekazywane tam treści. Czy to jednak rozwiązałoby problem? Niepokojące są zamieszczone w książce sygnały, że ataki jedynie konsolidują omawianą społeczność. Jeden ze studentów Rydzyka na blogu pisze o fanatycznych kibicach coś, co można by odnieść także do fanów ojca dyrektora: „Do Stowarzyszenia Wiara Lecha należę od 2003 roku. Nagonka medialna na kibiców sprawia, że liczba członków wzrasta” (s. 173), a fragment przykładowego świadectwa słuchacza Radia Maryja brzmi: „Kiedy zaczęły się nasilać ataki na Radio Maryja i w gazetach pojawiały się przeróżne bzdurne artykuły na temat Ojca Założyciela i jego katolickiego radia – obudziłem się w swoim »niemrawym« katolicyzmie” (s. 96). Z drugiej strony, ustępstwa również nie pomagają. Kiedy Telewizja Trwam spełniła wreszcie wymogi formalne i KRRiT dała stacji miejsce na multipleksie, Wójcik od jednej z modlących się pod Krajową Radą usłyszał: „Dziś mówią, że dają, jutro powiedzą, że odbierają. Jeszcze pan nie zrozumiał, że ktoś tu nami gra” (s. 227). Gra trwa więc nadal, a „pionki” nie potrafią dostrzec, kto tak naprawdę je przesuwa. Skoro nie da się zepsuć rozgrywki, będąc na zewnątrz, to co pozostaje?

Wallenrod?

Wójcik wybrał taktykę przeniknięcia do obozu Rodziny Radia Maryja. Jako – wtedy jeszcze – dziennikarz „Gościa Niedzielnego” miał możliwość dotarcia do osób, które nie rozmawiałyby zapewne z dziennikarzem „Gazety Wyborczej” (tam Wójcik pracuje od 2013 roku). Reporter zapisał się nawet na studia w założonej przez Rydzyka szkole. Przez całe lata udawał sprzymierzeńca, by zebrać materiał. Kiedy zmienił pracodawcę, zrobiło się głośno wokół – zamieszczonego także w książce – tekstu o Pawłowicz. Redakcja „Gościa Niedzielnego” wydała oświadczenie, twierdząc między innymi: „Wiele wskazuje więc na to, że Marcin Wójcik wykorzystał pracę w redakcji »Gościa Niedzielnego« jako swoisty kamuflaż do napisania artykułu o Pani Profesor oraz środowisku słuchaczy Radia Maryja. Jest to postępowanie głęboko nieetyczne, obce nam i wyrządzające oczywiste szkody także naszej redakcji” (www.tvn24.pl). Wójcik odpierał zarzuty (tamże), ale nie odmówił sobie w książce ataku na byłego pracodawcę, który przy okazji batalii ojca dyrektora z KRRiT „przestraszył się biskupów wspierających Rydzyka” (s. 76).

Reporter postrzega siebie chyba trochę jako Wallenroda – nie tylko wtedy, kiedy zwiedza „Natankowe Królestwo” z jego „rycerzami”. Opisując swoją modlitwę na falach Radia Maryja, przewiduje: „Bez przerwy towarzyszy mi myśl, że mój głos dociera do słuchaczy w Polsce i za granicą, że kiedyś przeklną ten głos, napiszą, ze w sercu doszło do skażenia” (s. 158). Swoje studenckie ślubowanie zakończone formułą „tak mi dopomóż Bóg” komentuje: „On wie, że musiałem” (s. 142). A kiedy na pytanie ojca prowadzącego o powód podjęcia studiów odpowiada: „Bo chciałbym lepiej komunikować się z ludźmi”, to od razu szuka u stojącej obok figury wsparcia, by wytrwać w – wszak niejednoznacznej moralnie – strategii dziennikarskiego śledztwa: „I zaraz patrzę na Maryję. Mam wrażenie, że się uśmiecha, tak jakby puszczała do mnie oko” (s. 158).

Wójcik faktycznie musiał wejść w to środowisko, żeby napisać wiele z zamieszczonych w zbiorze tekstów. Bez „wallenrodyzmu” nie byłoby „Serca Polski” – wciągającego reportażu o wyższej szkole kształcącej kadry dla katolickich mediów, rozmów z fanatycznymi słuchaczami radia czy relacji ze wspólnej modlitwy pod KRRiT. Bez odpowiednich kontaktów dziennikarz prawdopodobnie nie odtworzyłby w „Mieście na górze” wielu interesujących faktów z życia Rydzyka. Na pewno nie byłoby tekstu „Krzyże księdza Zygmunta”, zakończonego rewelacyjną woltą, której nie chcę tu zdradzać. Wójcik dopiero z wnętrza grupy może pokazać hipokryzję, obnażyć fakt, że „ludzie Rydzyka” walczą o Kościół, ale nie przestrzegają przykazań. Mam jednak wrażenie, że czasem w tych swoich demaskacjach reporter wysuwa zbyt daleko idące wnioski. Od wielu świetnych i uzasadnionych tematem Rodziny Radia Maryja opowieści odstaje nieco „W rodzinie”, chociaż to sprawny warsztatowo, porażający reportaż. Fakt, że morderca żony był fanem Rydzyka i fanatykiem religijnym, niekoniecznie musi jednoznacznie tłumaczyć rodzinny koszmar. Nietrudno zrozumieć zamysł Wójcika: oczywiście na tle głoszonej wyższości religijnej słuchaczy RM ich grzechy rażą bardziej. Jednak można odnieść wrażenie, że chwilami dziennikarz przedkłada sensacyjny efekt nad umotywowanie sugerowanych w tekstach powiązań.

Jeśli nawet usprawiedliwić Wójcika – działał wszak w słusznej dziennikarskiej misji – z zarzutu o „szpiegostwo”, to warto pamiętać, że taka metoda śledztwa karmi przekonania opisywanego środowiska. Reporter odsłania paranoję ludzi, którzy wszędzie widzą szpiegów („W pobliżu były też pluskwy, to znaczy tajniacy” [s. 220]), ale przecież sam jako ujawniony „tajniak” dostarcza im dowodu na słuszność teorii spiskowych. Można wskazać też kilka wątpliwych posunięć niezwiązanych z „wallenrodyzmem”. Reportaż o Zelniku nie wydaje się na tyle przełomowy, żeby warto było zamieszczać wypowiedzi aktora mimo odmowy autoryzacji (s. 138). Mam też zastrzeżenie wobec rzucania podejrzeń o spiski, co według Wójcika charakterystyczne jest raczej dla mediów Rydzyka. Sugestii, że antyunijne i antynatowskie radio jest Rosji na rękę, umotywowanej zaledwie mglistym „dziennikarze przypuszczają” (s. 61), można było czytelnikom oszczędzić. Nie rozumiem również, czemu reporter tylko w dwóch przypadkach (rozmowa z Luftem i tekst o Natanku) informuje, że teksty ukazały się wcześniej w „Dużym Formacie”, skoro przynajmniej kilka z pozostałych („W rodzinie” – jako „Byliśmy normalną rodziną”, „Ze mną trzeba grzecznie” i częściowo „Miasto na górze” – jako „Mętne wody”) także kiedyś ukazało się w tym dodatku do „Gazety Wyborczej”.

Rady dla innych „rodzin”

Słuchacz, którego życiorysu nie przyjęto do książki zbierającej biografie fanów stacji, stwierdza niezrażony: „Taki życiorys napiszę, żeby się spodobał Radiu Maryja” (s. 265). Wójcikowi z reguły udaje się pokazać opisywane sprawy z kilku punktów widzenia, nieraz pod prąd i z udziałem różnych ludzi – jakby wbrew temu, co stwierdza, niestety w dużej mierze słusznie, jedna z rozmówczyń: „Nie wiedziałam, że złapie mnie Telewizja Trwam. Inne stacje się mną nie interesowały, one pokazują tylko szczerbate w beretach” (s. 117). Czasem jednak można odnieść wrażenie, że dziennikarz tworzy życiorysy tak, żeby spodobały się przeciwnikom Rydzyka. Ale nie należy mieć do Wójcika dużych pretensji o pisanie pod „target”. Dzięki swoim doświadczeniom dziennikarz z góry wie, że środowisko Radia Maryja odrzuci jego książkę bez czytania – ewentualnie usłyszy o niej w eterze jako o szatańskim dziele zdrajcy. To w kręgach poza „ludźmi Rydzyka” Wójcik chce wywołać litość wobec zwabionych przez ojca dyrektora i trwogę, co będzie dalej. Fascynująco – chociaż kontrowersyjnymi metodami – próbuje udowodnić, że dopóki nie jest może jeszcze całkiem za późno, to należy się zmierzyć z problemem Rodziny Radia Maryja.

Chociaż „litość i trwoga” pojawiają się w trakcie czytania, to trudno zakładać, że teksty z tomu „W rodzinie ojca mego” są w stanie wywołać konkretne działania. Reportaże czyta się jednym tchem, a argumentom trudno odmówić racji: „Rozbicie dosięgło także całego polskiego Kościoła. Myślę tu nie tylko o duchownych, ale także o świeckich katolikach. Niektórzy lekceważą to rozbicie, twierdząc, że grupy fundamentalistyczne to jest margines Kościoła. Jestem zdania, że tych grup nie wolno lekceważyć. (…) Ta »wykrzywiona twarz« coraz większe rzesze młodych odpycha od Kościoła” (s. 240) – trafnie zauważa Wiśniewski. Ale już choćby reakcja „Gościa Niedzielnego” na tekst o Pawłowicz nie wróży, że Kościół stanie w tej batalii po stronie Wójcika i nielicznych duchownych, którzy pomogli mu przy pisaniu. A dopóki prawa strona sceny politycznej jest rozproszona, skłócona, to zwolennicy koalicji rządzącej i lewicy faktycznie traktują grupę fanów Rydzyka jako marginalną i (jeszcze?) nie czują, że ojciec dyrektor może zagrażać im bezpośrednio. Obawiam się więc, że nikt nie podejmie żadnych kroków i problem będzie narastał. Ale – o ile to jakieś pocieszenie – nie wątpię, że wielu doceni przynajmniej tak wciągającą lekturę.



LITERATURA:

http://www.tvn24.pl/oswiadczenia-krystyny-pawlowicz-marcina-wojcika-i-redakcji-goscia-niedzielnego,339104,s.html
Marcin Wójcik: „W rodzinie ojca mego”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2015 [seria: Reportaż].