Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (272) / 2015

Kinga Kasperek,

LEMINGI, KACZAFI I FACEBOOK ('MŁODZI, WYKSZTAŁCENI I Z WIELKICH OŚRODKÓW')

A A A
Gramatyka bestselleru
„Fronda”. Dla jednych enfant terrible życia społeczno-politycznego, z Tomaszem Terlikowskim na czele, za którego możemy się w najlepszym wypadku wstydzić. Dla innych jedyne nonkonformistyczne czasopismo, którego redakcja ma odwagę myśleć krytycznie i bronić wartości. Budzi ambiwalentne uczucia. I nagle „Fronda” wydaje książkę o (znienawidzonych?) lemingach. Ale nie reportaż, nie zbiór felietonów, ani żaden inny, zaangażowany gatunek. Satyrę, pamflet, kabaret? Dla części czytelników pracujące w korpo lemingi są już doskonale znane z prześmiewczego fanpage'a na Facebooku „Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków”, z którego książka wyrasta. Lubianego zarówno przez czytelników „Frondy”, jak i tych, którym bliżej do lewicowego myślenia.

„Lemingi” składają się z kilkudziesięciu krótkich scenek z życia grupki młodych ludzi pracujących w korporacji. Feministka Maryna, próbująca nadążyć za modą Jagoda, kolega-gej, supervisor Fabian, praktykant Andrzej, Redakcja. Oswojony układ zaburza pojawienie się Nowego – czyli Andrzeja z Tarnowa – do którego dołącza z czasem narzeczona Grażyna. Światopogląd proeuropejskich, antypolskich i lewicowych lemingów będzie od tego momentu ciągle zderzany z poglądami konserwatywnego Nowego. Pomysł na książkę nie jest wyjątkowo oryginalny i opiera się na zestawieniu dwóch elektoratów: PiS i PO. Lemingi są wyśmiewane z powodu myślenia według narzuconych przez Unię Europejską schematów, powierzchowną lewicowość, podążanie za modą i niedouczenie. Nowy za to je kiełbasę z surową cebulą, kocha futbol, jest ultrakatolikiem i zawsze głosuje na prawicę.

„Lemingi. Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków” szybko nudzą. Cały komizm książki oparty jest na wyśmianiu lemingów. Bohaterowie-wydmuszki nie ulegają ewolucji i cały czas toczą dyskusje oparte na naukowym bełkocie i utartych sformułowaniach z opiniotwórczych tygodników:

„- (…) Eh, gdyby tak można było siedzieć, niczego nie robić i dostawać za to pieniądze.../ - Wtedy bylibyście, Redakcjo, odrażającym, kapitalistycznym neoliberalnym tworem – zauważyła Jagoda. - To oni niczego nie robią, są uprzywilejowani i faworyzowani przez neoliberalne państwo” (s. 63).

Cała książka jest złożona z takich parodii i powracających fraz: „churching” (którego boją się bohaterowie), „kiełki sushi” (które jedzą), „piwerko ze sprajtem”, „mentalne podkarpacie”, „wąsate janusze” (z metalnego podkarpacia), „osobozwierzęta” (i inne rzeczowniki zbudowane na podstawie tej kalki), „frendziary z feminokolektywu” i „Kaczafi” (którego trzeba odsunąć od władzy). Lemingi używają emotikonów zamiast znaków interpunkcyjnych (szczególnie chętnie XD) i „internetowej ortografii”, czyli zapisu, który był popularny swego czasu w komunikatorach internetowych („chooy”, „z doopy”, „fashysm”, „słitaśne”), który chyba ma na celu podkreślenie ich nowoczesności, ale i niedouczenia. Przez pierwsze kilka rozdziałów parodie są nawet zabawne, ale z czasem można odnieść wrażenie, że ciągle czytamy to samo. Przygody, jakie przeżywają bohaterowie, mają mocno pretekstowy charakter. Raz dyskutują o zakazie sprzedaży cynamonu przez Unię Europejską, później o nowych maturach, później o świętach. Tematy czerpią z tygodników, które mówią im, co mają myśleć – im brakuje inwencji. Autorom (czy raczej autorowi książki – tu kwestia jest niejasna, bo na stronie tytułowej widnieje wyłącznie redaktor Jerzy Krakowski, co może być odwołaniem do narracji prowadzonej z punktu widzenia bohatera-Redakcji) najwyraźniej też zabrakło. Widoczny jest facebookowy rodowód książki. Krótkie wpisy komentujące rzeczywistość z punktu widzenia lekko skretyniałego pracownika korpo mogły bawić na Facebooku, w książce taka metoda się nie sprawdziła. Czytanie „Lemingów” jednym cięgiem jest prawie niemożliwe – wszystkie historie zlewają się, ciągle wykorzystywany jest gag polegający na ośmieszeniu bohaterów przez umieszczanie w ich ustach kalek z języka prasy i nieumiejętne wyciąganie wniosków. Droga „Frondo”, zrozumieliśmy, lemingi myślą, co powie im prasa (lub barista ze Starbucksa), i jest to zabawne. Jednak nie przez prawie 300 stron! Rozumiem również, że omawiana pozycja to satyra, która może mieć swoje korzenie równie dobrze w maskaradach (bohaterowie-kukiełki), jak i kabaretach. Tłumaczyłoby to niezmienność postaci, prześmiewczy charakter i używanie ciągle tych samych zwrotów: mamy do czynienia ze spektaklem, scenkami rodzajowymi, gdzie nowy problem jest roztrząsany w stałym anturażu. Będę się jednak upierać, że taki zabieg lepiej sprawdza się we wpisach na Facebooku, niż powieści, bo może zanudzić najwierniejszego fana. Bo nie mam wątpliwości, że książka na właśnie ich potrzeby powstała (dodatkowo upewnia o tym logo portalu na okładce z subtelnym podpisem „znajdź nas na Facebooku”).

Spójna koncepcja (czy może nachalna powtarzalność) dała chyba do myślenia twórcy (twórcom?). Historie z korpo uzupełniają odmienne narracje: stylizowana na powieść grozy minihistoria „Brzegiem Wisły wracałem i truchlałem” Pawła Kolejo (historia leminga uciekającego przed pisowcami, a zarazem satyra na powieści Paula Coelho), fragment z pamiętnika działacza opozycji antykaczystowskiej, pamiętnik Nowego z Tarnowa itd. Nie do końca rozumiem funkcję tych wstawek, bo i tak nic nie wnoszą do całości. Może chodzi o pokazanie innych form satyry? Parodię dla parodii? A może w ten sposób próbowano uratować czytelnika przed pogrążeniem się w nudzie pozostałych opowiadań (jeśli tak, to bezskutecznie).

Pomimo prostej struktury i tak nie udało się uniknąć pewnych błędów. Zaczynając od samych lemingów, którym bliżej do hipsterów, niż przedstawicieli klasy średniej mieszkających na zamkniętych osiedlach i spędzających wolny czas w galeriach handlowych. Bohaterowie książki zbudowani są ze zlepków stereotypów dotyczących hipsterów: siedzą na Placu Zbawiciela, jeżdżą na holenderkach, noszą Ray Bany i piją kawę ze Starbucksa. Drugi błąd jest związany z ich poglądami: przedstawiani są jako proeuropejski elektorat PO, jednak wciąż w ich wypowiedziach zwracają uwagę na kwestie feministyczne, genderowe, animal studies itd. Może dla „Frondy” różnicy nie ma, ale pod tym portretem raczej nie podpisaliby się wyborcy Tuska. Trzeci błąd dotyczy wykształcenia lemingów. Wszyscy używają naukowego bełkotu, szafują zwrotami z pogranicza politologii i socjologii, jednak kompletnie nie znają się na ortografii i historii Polski. Wykształceni, z wielkich ośrodków mają elementarne braki w edukacji, nie potrafią krytycznie myśleć, ale używają trudnych słów. Mogę tylko podejrzewać, że miało to na celu pokazanie wad szkolnictwa wyższego. Każdy matoł może studiować, a na kierunkach humanistycznych tłucze się lewicowe formułki i ideologię gender, którą studenci bezmyślnie łykają. Jednak nawet gdy przyjmiemy takie stanowisko, nie jest to ani spójne, ani specjalnie śmieszne. Poza tym raz bohaterowie pracują w korpo w Warszawie, raz w Krakowie, ale to już można uznać za drobiazg – w końcu nie chodzi o rzetelne przedstawienie pewnej klasy społecznej, ale o satyrę. Niezbyt spójną, teatralną i powtarzalną, ale satyrę. Bohaterowie są bardzo umowni, tak samo jak głoszone przez nich poglądy i bliżej im do kukiełek, niż literackich postaci. Nie chodzi więc tu o ich światopogląd, ale o satyrę na szersze zjawisko.

Przyznam, że humor Frondy nie do końca do mnie trafia. Pewnie dlatego, że stoję po drugiej stronie barykady i „Lemingi” miały pewnie uderzać też we mnie. Zastanawiam się tylko, czy „uderzać” to dobre sformułowanie. Nie wiem, w jakim celu powstał fanpage, a potem książka? Dla żartu, poużywania sobie z lewaków i pracowników korpo? Trochę bałam się publikacji, wpisy na Facebooku mnie raziły i przez kilka pierwszych rozdziałów byłam lekko zniesmaczona. Taka „Fronda” jedzie po magistrach, pracujących za psie pieniądze w smutnym korpo, wyśmiewając się z krytyki feministycznej i animal studies. Ale wraz z upływem kolejnych stron złapałam, o co chodzi. Pod powtarzalnymi sformułowaniami i gagami kryje się mocna satyra, która może rozbawić czytelnika „Frondy”, ale i leminga. Potrzeba tylko trochę dystansu. Dyskursywny bełkot jest mi znany z niejednej konferencji naukowej, biurowe historie odnajduję w opowieściach znajomych pracujących w korpo, czytając książkę, jadłam sałatkę z soczewicą i kiełkami (ale nie sushi). Jeśli śmieją się z naszych poglądów, ale i błędów, wpadek, językowych przyzwyczajeń nasi teoretyczni oponenci, niełatwo się przełamać. Ale w wypadku „Lemingów” chyba warto poczytać kilka historii. Humor jest mocno hermetyczny i najpierw musimy przebrnąć przez wspominane wcześniej kody językowe, pokonać monotonne, dłuższe całości, by dać się rozbawić kilku fragmentom. Można się na tę publikację obrazić, szczególnie, gdy uderza w bliskie (konkretnemu czytelnikowi) tematy. Nie jest to książka szczególnie obrazoburcza i skandaliczna, chociaż chwilami złośliwa. Jednak lemingi przepraszające za polskie obozy w Auschwitz, marzące o grantach na ochronę staw w jeziorze (które mają się całkiem nieźle), smażące jajecznicę bez jajek na samym szczypiorku (najbardziej wegańska), kolega-gej o skrywanym imieniu Heniek (którego się wstydzi, bo zbyt podkarpackie) i nazywające kotoosobę Dyskurs po prostu mnie rozbawiły. Nie sądziłam, że nabijanie się „Frondy” z istotnych dla mnie wartości może rozbawić i mnie. To naprawdę paradoksalne, ale wierzę, że zadziałał tu wentyl bezpieczeństwa w postaci śmiechu. Tym bardziej, że równo obrywają również przedstawiciele „mentalnego podkarpacia”, jedzący cebulę i uwielbiający „polskich skoczków nienawiści”, błogosławiący wszystkich przy każdej nadarzającej się okazji. Książka jest dla mnie chwilami celną, chwilami nużącą satyrą na dwubiegunową rzeczywistość. Napisaną dla konkretnych odbiorców, wyrastającą z fanpage'a, która może chwilami poważnie rozbawić nawet feministkę. I to już naprawdę dużo, jak na książkę wydaną przez „Frondę”.
Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków. Lemingi”. Red. Jerzy A. Krakowski. Fronda. Warszawa 2014.