Wydanie bieżące

1 maja 9 (273) / 2015

Robert Skowroński, Noaz Deshe,

JĄDRO CIEMNOŚCI

A A A
Oto przykład ewolucji projektu edukacyjnego w proces powstawania filmu – i to takiego, któremu udało się zdobyć statuetki na festiwalu w Wenecji oraz na naszych rodzimych Nowych Horyzontach (nagroda za najlepszy film oraz nagroda publiczności). Pochodzący z Izraela, osiadły w Berlinie Noaz Deshe opowiada o podróży do Tanzanii, gdzie zrealizował „Biały cień” – film o istniejącym w Afryce problemie polowania na albinosów, traktowanych jak ekskluzywny towar, ponieważ – jak wierzy tamtejsza ludność – ich organy i części ciała mają magiczne moce.

Robert Skowroński: W jaki sposób narodził się pomysł na film?

Noaz Deshe: Zostałem zaproszony do Dar Es Salaam, stolicy Tanzanii, w roli wykładowcy kursu kręcenia krótkich form filmowych. Idea opierała się na tym, aby pokazać uczestnikom z różnych regionów, jak nakręcić coś, nie posiadając środków finansowych, a następnie stworzyć razem z nimi film krótkometrażowy. Organizatorami przedsięwzięcia były tanzański Instytut Goethego i Alliance Française. To dzięki nim udało nam się poznać tylu wspaniałych ludzi, którzy zaangażowali się w nasz projekt. Sam pomysł pojawił się po tym, jak zacząłem przeglądać lokalną prasę i odkryłem, że wiodącym tematem w tamtejszych mediach jest polowanie na albinosów dla tanzańskich szamanów. Już wcześniej słyszałem o reportażu dziennikarki BBC, Vicky Ntetemy, który mówił o tym samym problemie. Z tego punktu wszystko poszło bardzo szybko. Zostałem owładnięty pomysłem na film – rozmawiałem z ofiarami prześladowań, napisałem synopsis scenariusza, niezmiernie pomogli mi też uczestnicy kursu.

R.S.: Na planie pracował pan z młodymi aktorami. Czy było to duże wyzwanie ze względu na to, że nie są oni profesjonalistami, czy może wręcz odwrotnie?

N.D.: Czasami osoby, które nie mają doświadczenia, potrafią wykazać się większym zaangażowaniem i profesjonalizmem niż te, które rzeczywiście należą do branży. Hamisi i Salum grający głównych bohaterów – Aliasa i Saluma – to niesamowite dzieciaki, z którymi bardzo szybko udało mi się nawiązać nić porozumienia. Poznałem ich podczas jednego z castingów. Rozmawialiśmy o swoich snach, co pozwoliło mi sprawdzić ich kreatywność, a ta była zaskakująco rozwinięta, dlatego to właśnie z nimi chciałem pracować. Między chłopcami szybko zaczęła rodzić się autentyczna przyjaźń – staraliśmy się uchwycić ten moment, rejestrować coraz to silniejsze więzi między nimi.

R.S.: Scenariusz do filmu był wcześniej napisany, ale „Biały cień” sprawia wrażenie, jakby wiele scen zaimprowizowano lub też zrealizowano pod wpływem chwili.

N.D.: Film w 90% składa się z tego, co było zapisane w tekście. Jednak słowo pisane nie zawsze można było bezpośrednio odtworzyć, dlatego że nie każdy chłopiec z obsady potrafił czytać, nie każdy też znał angielski. Po prostu byli zaznajomieni z historią zawartą w filmie, ale z racji tego, że przez większość czasu uczyli się scen na dzień przed ich kręceniem, potrafiły one być dla nich niespodzianką. Aktorzy nigdy nie znali wszystkich szczegółów. To pozwoliło zachować świeżość ich podejścia do odgrywanych sytuacji.

R.S.: Filmowy Alias stara się trzymać swoje emocje wewnątrz siebie. Czy Himisi, który gra tę rolę, jest taki naprawdę, czy to tylko kreacja?

N.D.: To naturalny performer, na dodatek bardzo charyzmatyczny. Ma silne poczucie tego, kim jest. Kiedy go poznaliśmy podczas castingu, miał przygotowaną własną piosenkę o swym życiu, którą nas zachwycił. Zrobiliśmy kilka dni zdjęciowych z jego udziałem, aby przekonać się, czy jest w stanie poradzić sobie przed kamerą. Okazał się fenomenalny. Gdy powiedziałem mu, że chciałbym, aby zagrał główną rolę, tylko skinął głową. Była z nami dziewczynka, która spytała go, dlaczego nie cieszy się z tej wiadomości. Odpowiedział tylko, że nie trzeba się uśmiechać, aby okazać radość, po czym zaczął się śmiać. Pomagamy mu obecnie nauczyć się angielskiego poprzez kurs internetowy. Staramy się też znaleźć sposób na sprowadzenie go do Europy, żeby mógł tutaj kontynuować edukację.

R.S.: Jaki był stosunek mieszkańców Tanzanii do ekipy filmowej – byli pomocni czy może negatywnie nastawieni?

N.D.: Mieliśmy bardzo ograniczone fundusze na film, ale brak pieniędzy okazał się błogosławieństwem, bo zmuszał nas do rozwiązywania problemów poprzez integrację z tubylcami. Pieniądze dystansują ludzi względem siebie, sprawiają, że każdą przeszkodę rozwiązuje się poprzez wkład środków finansowych. Wówczas relacje międzyludzkie stają się skażone, a kreatywność zostaje przytłumiona. W przerwach w kręceniu scen pomagaliśmy kobietom transportować produkty żywnościowe, z których przygotowywały dla wszystkich posiłek. Wspólnie gotowaliśmy, wspólnie jedliśmy i wspólnie robiliśmy film.

R.S.: Głównym tematem podejmowanym w „Białym cieniu” jest prześladowanie albinosów w Tanzanii. Sam pochodzi pan z Izraela, z państwa, w którego historię wpisana jest dyskryminacja.

N.D.: Nie wierzę w narodowość. To idea, która nie należy do mojego świata. Postrzegam siebie jako osobę, która nie pochodzi z jakiegokolwiek miejsca. Nikt nie powinien być interpretowany przez pryzmat tego, gdzie się urodził. Na jednostkę składa się wyłącznie to, czym ona się interesuje, co znajduje się w jej wnętrzu oraz to, co pragnie zrobić ze swoim życiem.

R.S.: „Biały cień” to również historia inicjacji i stawania się mężczyzną.

N.D.: Prawda, „Biały cień” nie jest wyłącznie filmem o sytuacji albinosów. Jest to obraz poświęcony historii konkretnego chłopca. To uniwersalna opowieść o prześladowaniu, o tym, jak inni na nie reagują, próba porozumienia ponad kulturowymi i geograficznymi granicami.

R.S.: W filmie pojawia się ikonografia związana z Barackiem Obamą. Czy amerykański prezydent jest traktowany w Tanzanii jak bohater?

N.D.: W jakimkolwiek supermarkecie bez trudu znaleźć można skarpetki, perfumy i inne produkty codziennego użytku z wizerunkiem Obamy. Amerykański prezydent urodził się w Kenii i wywodzi się z plemienia Luo, jednak nawet w Tanzanii otoczony jest czymś na wzór kultu. Scena w filmie, w której wizerunek Obamy pojawia się na sztandarach, jest jak lustro odbijające uczucia całego kontynentu wobec jego osoby.

R.S.: „Biały cień” wypełniony jest paradokumentalnymi ujęciami kręconymi z ręki. Czy od samego początku właśnie w ten sposób chciał pan zrealizować film, czy takie rozwiązanie wymusiły inne czynniki?

N.D.: Wszystko, co widać w filmie, to reakcja na emocje grających w nim chłopców. Oczywiście, mogliśmy to przedstawić w innej formie, uznaliśmy jednak, że nasz pomysł najlepiej odda intensywność przeżyć i klaustrofobiczność świata, w którym żyją te dzieci. Podkreśla to również muzyka, która – podobnie jak obraz – stara się pokazać to, co kryje się w umyśle bohaterów. Film jest pomyślany tak, by jak najdokładniej ukazać widzowi stan umysłu postaci. Wszystko zostało wcześniej zaplanowane i przećwiczone. Nie ma tam momentów stricte dokumentalnych, co nie znaczy, że film nie jest autentyczny, bo właśnie to staraliśmy się osiągnąć.

R.S.: Portretuje pan Afrykę w ciasnych, klaustrofobicznych kadrach, podczas gdy wielu reżyserów stawia na szerokie plany ukazujące krajobraz.

N.D.: Forma filmu jest odpowiedzią na warunki życia bohaterów. Nie mają miejsca na oddech; kiedy udaje im się je znaleźć, również widz dostaje na to szansę. Nie chodziło mi o pokazanie czy „sprzedanie” Afryki, a o uniknięcie kategoryzacji i klisz.

R.S.: W filmie oniryzm przenika się z realizmem, ot, choćby w otwierającej całość scenie. Czy sny lub marzenia Aliasa są jego próbą chwilowej ucieczki ze świata, w którym spotyka go tylko brak zrozumienia i ciągła walka o przetrwanie?

N.D.: Czy zdarza się panu śnić na jawie?

R.S.: Tak.

N.D.: Można więc powiedzieć, że strefa marzeń jest w stanie przenikać się z rzeczywistością. Sądzę, że nie ma żadnej różnicy między snami i prawdziwymi doświadczeniami, gdyż marzenia są filtrem rzeczywistości. To dwie części pewnej jedności. W filmie jak najbardziej zbliżamy się do bohaterów. Staramy się pokazać, jak to jest być częścią ich świata, ich snów, wtedy, kiedy umysł ucieka w inne miejsca. W „Białym cieniu” istnieje świat duchów traktowany jako część tamtejszej codzienności.

R.S.: Czy „Biały cień” może coś zmienić w sytuacji albinosów w Afryce?

N.D.: Zawsze trzeba robić coś, co rzuca nowe spojrzenie na dany temat. Reżyser jest kimś na wzór latarki, a jego twórczość i talent to światło skierowane na ważkie sprawy. Kiedy mówi się o czymś istotnym, ma się dobrych wykonawców, a dodatkowo zbierze się odbiorców, można liczyć na to, że uda się swoim dziełem doprowadzić do dyskusji. Poruszamy bardzo niepokojący problem dotykający Afrykę, ale tu nie chodzi tylko o albinosów, bo z prześladowaniami spotkać się można na całym świecie. Przypadki niewiele różniące się od tych z Tanzanii da się zaobserwować w Europie. Pokazuje to, jak bardzo wszyscy jesteśmy do siebie podobni, bez względu na to, w jakiej kulturze żyjemy. Wszystko sprowadza się do aktualnej sytuacji ekonomicznej. Jeśli ktoś jest skrajnie biedny, a jego syn śmiertelnie chory i bez większych szans na przeżycie, to robi się wszystko, aby go uratować. Tu pojawiają się szamani z obietnicą uleczenia, jeśli przyrządzi się życiodajny eliksir z organów albinosa, a takowy mieszka w wiosce obok i trzeba go zabić. Przerażające, ale jeszcze bardziej straszne jest to, że podobnie rzecz ma się w Europie czy w USA – tu też morduje się: nie dla składników, ale, przykładowo, dla pieniędzy na lekarstwa. Zdobywa się inne środki, ale dla tego samego celu.