Wydanie bieżące

1 maja 9 (273) / 2015

Marta Kalarus,

NA TROPIE ZBRODNI (ZABÓJCY BAŻANTÓW)

A A A
Najnowszy film Mikkela Nørgaarda jest, podobnie jak literacki pierwowzór autorstwa Jussiego Adler-Olsena, kontynuacją opowieści o pracy niewielkiego Departamentu Q, którego zadanie polega na rozwiązywaniu niewyjaśnionych spraw kryminalnych. Rzadko zdarza się, by sequel był lepszy niż pierwsza część. „Zabójcy bażantów” są jednym z chlubnych wyjątków od tej reguły. „Kobieta w klatce”, przedstawiająca losy komisarza Carla Mørcka, była całkiem dobrym, poprawnym kryminałem, który nie pozostawał jednak zbyt długo w pamięci widza. „Zabójcy bażantów” natomiast, choć także nie są dziełem wychodzącym poza schematy, przyciągają sprawnie poprowadzonym wątkiem fabularnym i budzącymi zainteresowanie bohaterami.

Fabuła dotyczy pozornie zamkniętej, pochodzącej sprzed dwudziestu lat sprawy morderstwa dwójki rodzeństwa. Teoretycznie sprawca został wówczas postawiony przed sądem i wyszedł z więzienia po trzech latach. Ojciec zamordowanych, przekonany o innej niż oficjalna wersji wydarzeń, kontaktuje się z Mørckiem, prosząc go pomoc w wymierzeniu sprawiedliwości. Wkrótce okazuje się, że dowody, gromadzone latami przez pozornie szalonego mężczyznę, rzeczywiście wskazują, iż za zbrodnię odpowiedzialne są pozostające na wolności osoby z tak zwanych wyższych sfer.

W przeciwieństwie do „Kobiety w klatce”, nowy film Nørgaarda sięga do konwencji thrillera, a nie klasycznego kryminału. Dosyć szybko dowiadujemy się, kto odpowiada za okrutne morderstwo, a towarzyszące seansowi napięcie wynika głównie z obserwowania prowadzonego przez policjantów śledztwa, obfitującego w pełne emocji sceny. Dzięki prezentacji dwóch planów czasowych, widz dowiaduje się także, w jaki sposób przebiegały tragiczne wydarzenia, które próbują obecnie zrekonstruować detektywi. Tym samym odbiorca ma szansę poznać niemal od podszewki świat zbrodni i stopniowo przekonywać się, jak niewiele może dzielić młodzieńcze, jakby się zdawało, wynikające z nudy występki od bestialskich przestępstw. Co więcej, czyny te nie mają żadnego racjonalnego uzasadnienia – sprawiają wrażenie zaspokajania czysto sadystycznych pragnień, ukazując tym samym patologię i zło ukryte w ludziach cieszących się powszechnym szacunkiem.

Mocną stroną filmu jest posępna, surowa atmosfera, z której słynie skandynawskie kino. Przepełnione przygaszonymi barwami ujęcia doskonale komponują się z mrokiem, jaki panuje w świecie przedstawionym i który w różnym stopniu cechuje poszczególnych bohaterów. Jednym z nich jest detektyw Carl Mørck, przekonująco zagrany przez Nikolaja Lie Kaasa. Ów mrukliwy, zrażający do siebie ludzi samotnik przywodzi na myśl bogartowski typ postaci rodem z kina noir. Podobnie jak w pierwszej części serii, ukazana zostaje zarówno jego nieporadność w sferze stosunków międzyludzkich, jak i całkowite zaangażowanie w prowadzone śledztwo, o którym świadczy dążenie za wszelką cenę do poznania prawdy. W „Zabójcach bażantów” uwagę zwraca psychologiczne pogłębienie postaci, budowane między innymi poprzez pozornie nieznaczące sceny, takie jak przyniesienie przez Carla do biura osamotnionego po śmierci właściciela kota. W ten sposób widz poznaje wrażliwszą, „ludzką” stronę natury bohatera, ukrywaną za maską nieprzystępnego twardziela. Scena z kotem i przebiegająca na jego temat rozmowa w biurze jest także jednym z kilku momentów, które dzięki komicznemu pierwiastkowi rozładowują ponurą atmosferę świata przedstawionego.

Poza Carlem, najbardziej interesującą postacią w „Zabójcach bażantów” jest bez wątpienia Kimmie Lassen, będącą egzemplifikacją tego, jak cienka może być granica między byciem oprawcą i ofiarą. Bohaterka jest niemal podręcznikowym przykładem kobiety pozostającej w toksycznym związku, emocjonalnie i aż do końca uzależnionej od swojego dręczyciela, nawet pomimo pozornej ucieczki i przemożnego pragnienia wywarcia zemsty. Co ważne, postać ta nie jest wybielana, a widz ma okazję obserwować dziewczynę podczas dokonywania czynów, które trudno uznać za zgodne z kodeksem moralnym. Zdaje się jednak, że tkwiący w bohaterce potencjał nie został do końca wykorzystany przez scenarzystów. Nie brakuje bowiem w jej przedstawianiu uproszczeń i przeoczeń, od których zresztą nie jest wolny cały film. Postać Kimmie zbudowano tak, jakby twórcy nie potrafili zdecydować, na ile podkreślać tkwiący w niej pierwiastek szaleństwa i dzikość. W efekcie widz obserwuje niezupełnie przekonujący przeskok w osobowości bohaterki – od snującej się po mieście i rozmawiającej z wyobrażonymi fantazmatami bezdomnej do zdeterminowanej i trzeźwo myślącej kobiety, która precyzyjnie realizuje obmyślony naprędce plan zemsty.

Mimo tego typu niedociągnięć „Zabójcy bażantów” są po prostu – a może aż – jednym z tych filmów, które nie nużą w czasie seansu i pozwalają przyjemnie spędzić dwie godziny bez poczucia zmarnowanego czasu. Atuty filmu przeważają nad drobnymi wadami, wynikającymi prawdopodobnie z chęci nadania akcji większego dynamizmu. Dzieło Nørgaarda z pewnością przypadnie więc do gustu zarówno fanom gatunku, jak i osobom ceniącym kino skandynawskie oraz wszystkim tym, którzy mają ochotę zobaczyć dobry film.
„Zabójcy bażantów” („Fasandræberne”). Reżyseria: Mikkel Nørgaard. Scenariusz: Jussi Adler-Olsen, Nikolaj Arcel, Rasmus Heisterberg. Obsada: Nikolaj Lie Kaas, Fares Fares, Danica Curcic, Pilou Asbæk i in. Gatunek: kryminał / thriller. Produkcja: Dania 2014, 119 min.