Wydanie bieżące

1 maja 9 (273) / 2015

Jakub Skurtys,

RADYKALNA PASYWNOŚĆ. Z OKAZJI 'DOKĄD BĄDŹ'

A A A
Zaskakujące bywają rozstrzygnięcia w wierszach osiemnastoletnich poetów. A więc czekam i nasłuchuję, co Siwczyk zrobi z bohaterem, Bogiem, blokiem, osiedlem. Z własnym życiem w wierszu (Maliszewski 2001: 221).
1. Zdarzenia, analogie

W 2009 roku Gaspar Noé, reżyser uznawany za przedstawiciela francuskiej ekstermy, ukończył swój najważniejszy jak dotąd film: „Wkraczając w pustkę”, którym na chwilę przynajmniej wprawił w konsternację publiczność i krytyków w Cannes. Polska premiera odbyła się rok później na X festiwalu Nowe Horyzonty (wtedy jeszcze Era), a zapowiadał ją Jan Topolski tymi słowami: „Prawdziwy przełom ma miejsce w dwudziestej minucie filmu, kiedy główny bohater ginie, co oznacza, że przez pozostałe ponad dwie godziny śledzimy akcję z punktu widzenia jego… ducha. […] Teraźniejszość łączy się z retrospekcjami i wizjami, obrazami i animacjami. Czy to jeszcze halucynogenny trip czy już metafizyczne spojrzenie? Na pewno – prawdziwe kino ery techno. Tokio w ujęciu Noégo to inferno neonów, zaułków, wychodków, metropolia grzechu i wyalienowania. Film totalny, działający na zmysły dzięki świetlnym pulsacjom i basowym dronom”.

Polski odbiór był podobny jak w Cannes. Część widzów opuszczała salę, czy to nie mogąc dłużej znieść enigmatycznej, poetyckiej narracji w dwugodzinnym jednak filmie, czy też oburzona śmiałością scen seksualnych lub po prostu zmęczona zastosowanymi technikami: płynną, a zarazem cały czas trzęsącą się kamerą, migawkami świetlnymi, basowym podkładem. Noé oparł swoją koncepcję wędrówki świadomości/oka kamery na narracyjnym pomyśle z tybetańskiej „Księgi Umarłych” („Bar-do Thos-grol”), wedle której dusza pozostaje w świecie jeszcze przez jakiś czas po śmierci, przechodząc kolejne wizyjne kręgi, aż do reinkarnacji lub oświecenia. Problem polegał na tym, że u Noégo kręgi te zmieniały się w kolejne stopnie dantejskiego piekła, a ogrom zła, poniżenia i rozpaczy, którego doświadczyć musiała „wędrująca świadomość” bohatera był niewspółmierny do jego win.

Pojawiły się na (i po) festiwalu głosy, że „Wkraczając w pustkę” było filmem buddyjskim, ze względu na wschodnie inspiracje i akcję ulokowaną w neonowym Tokio. Ale karmiczny rachunek się nie zgadzał, a tytułowa pustka nie miała w sobie nic z tej buddyjskiej. Stanowiła raczej krytykę ponowoczesnego życia, które przypomina – w interpretacji reżysera – ziemię jałową. Metafizyczną podszewkę tego świata cechował brutalny materializm połączony z manichejskim podziałem na dobro i zło, przy czym to pierwsze znajdowało się wyraźnie poza sferą osiągalną dla człowieka. Co jednak najbardziej irytowało i męczyło w towarzyszeniu duszy Oskara, to absolutna bezradność i bezwładność, tak bohatera, jak i widza. Narracja miotała go raz w jedną, raz w drugą stronę, na bazie asocjacyjnej logiki, kierowanej głównie afektami (choć piękne obudowanej długimi, płynnymi ruchami kamery). Bohater „Wkraczając w pustkę” wędrował więc w czasie i przestrzeni, ale bardziej przypominało to dryf, niż sterowany rejs; tragiczny w doświadczenia i odczucia dryf bez celu, choć z nieustającą świadomością winy i traumą, leżącą u początku wszystkiego.

Ten przydługi wstęp miał wprowadzić w najnowszą książkę Krzysztofa Siwczyka „Dokąd bądź”, albo lepiej: zarysować ramy doświadczenia lektury. Rzadko zdarza się w naszej poezji rzecz tak negatywna, smutna, depresyjna i przygnębiająca, a zarazem tak precyzyjnie doprowadzona do końca. Nie można powiedzieć, że jest to w twórczości poety radykalne zerwanie lub że dokonała się tym razem całkowita zmiana dykcji. To raczej celowe, konsekwentne rozwinięcie niektórych wątków z wcześniejszych tomów do granic wyrażalności, kolejny eksperyment zagadania nicości, ale też wyjścia, wychylenia się (expereri*) w jej stronę. Anegdoty mówią, że musiał Siwczyk opublikować coś w bardziej nobliwym wydawnictwie (niż Biuro Literackie i WPBiCAK), żeby zasłużyć na Nagrodę im. Kościelskich, a osiemdziesięciostronicowy poemat sprawdził się w tym przypadku doskonale. Nagrodzono więc nową jakość w twórczości autora i świadectwo „kondensacji poetyckiej wyobraźni”, choć ani jakość tak nowa, ani wyobraźnia nadmiernie skondensowana. Raczej puszczona samopas, wytracająca w biegu energię, a potem rozpaczliwie poszukująca jakiegoś punktu, który odwróci uwagę od niej samej. Co oczywiście nie znaczy, że nie była to ostatnia i najodpowiedniejsza pora, żeby nagrodzić wyjątkowość propozycji autora „Godów”.

Ale najpierw o analogiach: poemat Siwczyka przypomina taką właśnie, jak u Noégo, spekulatywną wędrówkę podmiotu, w której hipotetyczna przyszłość i równie domniemana przeszłość splatają się ze sobą dzięki samej sile opowiadania, a właściwie dzięki otwierającemu gestowi wyjścia, zapoczątkowaniu ruchu, bo o konkretnej historii nie sposób tu mówić. Opowiadanie zaś zbudowane jest jako ciąg dygresji, których zwrot wyznacza tylko język, następowanie po sobie kolejnych zdań, fraz, a na najniższym poziomie: słów. Kieruje poematem Siwczyka asocjacyjna logika, która po 'sarnie' każe pojawić się 'dzikowi', a „blade ballady” poprzedza frazą „Wszeteczna asceza pojawiła się w miejsce spontanicznych afektów” (DB: 19). Ale nie jest to język „ośmielonej wyobraźni”, tylko technicznie zapośredniczonej, tekstualno-słownikowej i nihilistycznej precyzji (trzeba przyznać, że bogactwo polszczyzny w „Dokąd bądź” momentami poraża).

Coś innego jest jednak na rzeczy. Pierwsza część poematu, „W piecu obok niebieski obłok” (co swoją drogą brzmi, jakby zadłużyło się u Majakowskiego), prowadzi „nas” – może nie wprost, ale w bardzo zawikłanych aluzjach i dygresjach – od historii poznania się i zakochania, aż do śmierci i dalej, poza granicę śmierci, nad krawędź egzystencjalnej przepaści, za którą urywa się narracja i króluje niewyobrażalna nicość. Kolejne części w mniej lub bardziej wyraźny sposób wynikają z codziennych czynności, zapośredniczone są w prozaicznych i banalnych zdarzeniach, które stają się punktem wyjścia dla narracyjnego ruchu hipotezy, wybiegania w przyszłość, które opustosza podmiot i czytelnika: z nadziei, możliwości, pragnień i celów. Najbardziej porażające w nowej książce Siwczyka jest chyba właśnie to, że „Dokąd bądź” opowiada po prostu o ruchu w dowolną stronę, ale jednak naprzód, zawsze en avant, pozornie bez końca, tak jak końca nie może znaleźć język, ten powiedzmy, ulokowany już po drugiej stronie tęczy. Taki niezwykły proces wydarza się między pełnymi jeszcze życia i możliwości słowami: „Nasz dom i my, nasze marzenie wypowiada w naszym imieniu / chwast, ziemia, którą musimy nawieźć, dbać o przyszłość, drzewa” (DB: 5), a bezradną prośbą:

daj nam zasnąć, skoro nie możesz dać żyć, zatrzymana w biegu bestio, chwilo,

gdy wychynęliśmy z krzykiem, podżegani, żegnani z krateru

(DB: 14)

Podobnie jak u Noégo, śledzimy tu wędrówkę świadomości, która odbywa się na prawie narracyjnych hipotez; wszystko jest zaledwie założone, ale w tym założeniu jednak nieuchronne. Zapewne przyszłość będzie wyglądać właśnie tak, jak się między zdaniami spekuluje: dzieci odejdą z domu, świat zapomni o nas, będziemy zajmować coraz mniej miejsca, umrzemy, wokół naszego ciała dokona się obrządek, zostaniemy skremowani, wsypani do urny, urna będzie opróżniona, wymyta chemikaliami, a my, tzn. nasz proch, podąży dalej; w coraz mniejszym stopniu „my”, coraz bardziej wycofani, bezradni, nieludzcy, pozbawieni celu, aż do poziomu elementarnych cząstek materii, których znaczenie i sens pozostają z naszego punktu widzenia całkiem obojętne. Ten proces śledzimy tylko w narracyjnej hipotezie, ale pewne są entropia i inercja, pewna jest nieuchronność czasu i nasza bezradność.

Tak jak Noému udało się stworzyć wrażenie bezcelowego dryfu po końcu historii (tzn. po śmierci), swego rodzaju stan permanentnej pokuty, w której świadomość Oskara i towarzysząca jej świadomość widza miotane są przez kolejne kręgi cierpienia dzięki długim ujęciom i nienaturalnym punktom widzenia kamery, tak Siwczykowi dzięki długim zdaniom, asocjacjom, wyzbyciu się większości znaków nagłości i temporalności na rzecz opisu stanów, udaje się stworzyć podobne wrażenie. Poruszamy się w „Dokąd bądź” w nieznanym kierunku, bez celu, prowadzeni samą siłą narracji, która w pewnej chwili okazuje się narracją o naszym życiu, o chwilowym byciu „ja”, by potem porzucić je i wędrować dalej. I sam ten akt porzucenia, odsuwania się od „ja”, gubienia po drodze antropocentrycznej perspektywy jest tyleż przerażający, co fascynujący. Nie ma u Siwczyka modnych wątków posthumanistycznych ani też wschodnich, każących spojrzeć na świat jako wielki równouprawniony organizm. Nie ma jeszcze afirmacji w tym odejściu od człowieka. Jest manichejskie z gruntu pęknięcie: to co nam bliskie i stracone oraz to, co obce, różne od nas tak bardzo, że już niepojmowalne, niedające się ująć w języku. „Piękne pisanie bez przedmiotu” (DB: 30), „[...] organizm znaczenia / idący na oślep przez wszelkie bariery jak ślepy kret, szkody słów, / wychodzi na powierzchnię zdarzeń i niucha trop, /choć dawno przestałem uciekać, nic mnie nie goni, / nic mi to mówi” (DB: 55–56).

„Wkraczając w pustkę” kończyły (nieco kuriozalne, choć odważne) sceny wejścia świadomości w łono kobiety w trakcie aktu seksualnego, śledzenia momentu zapłodnienia, a potem narodzin dziecka, które nowymi oczami może spojrzeć na świat – bez poczucia winy. „Dokąd bądź” napędza od pewnego momentu i wieńczy fakt narodzin córki poety; dziecka, które staje się derridiańskim darem, figurą niemożliwego, i w którym osadzona zostaje świadomość (i nadzieja) podmiotu.

Zwykłem błądzić beznadziejnie po zakamarkach słowników,

w poszukiwaniu mniej więcej bliskich znaczeń, ty mi je daj,

wyrwij z dysnomii manekina, którego wstawiam w witrynę

lustra z rana jak jałmużną tabliczkę, proszę cię trwaj w odległej izbie

jak zaproszenie do środka, czysta gościnność traci oto seminaryjną szczelność

pojęcia i staje się ciałem, tak bym cię chciał, ale nie mogę niczego mówić

w twojej obecności, jesteś majestatem niewysłowionej otchłani,

której nie możemy się oddać, choć tak może byłoby najlepiej

(DB: 65)

2. Wyczerpania, idiomy

Siwczyk nigdy nie był poetą metafizycznym, ale „Dokąd bądź” to jeden z piękniejszych współczesnych poematów o metafizyce, niezwykle wymagający, nawiedzany jakby głosami z przeszłości, ale jednak dziejący się po czasie; nihilistyczny, choć wdający się w polemikę z nietzscheańską koncepcją wiecznego powtórzenia. Przykłady „postkondycji” można by mnożyć: „mumia w nas płaci za usługę, zapadamy się w sobie, do głębi miękcy, skoro jest / przepowiedziane, pozamiatane i przewietrzone to możemy poczywać” (DB: 22), „Postępuje wykończenie, sprawdzamy jakość gruntu […]” (DB: 27), „pozostaje dryf na piance styropianu, w mydlanej bańce ciążącej jak polonika / porzucone w ucieczce przed frontem robactwa, tego nie uznajemy, o tym sza” (DB: 27), „[…] święto trwa, / w nicości święta, nicość świętuje w nas obecność, co się zowie czas” (DB: 30), „[…] nie podejmuję jednak wyzwania, gaszę w sobie płomień” (DB: 33), i tak dalej, „pod gasnącym słońcem plazmy, / za zamkniętymi drzwiami świetlicy, gdzie czeka przydział chloru na głowę” (DB: 18), przykuci do scenografii, „[…] wirując jałowo po elipsie zdarzeń jak satelita, / co zerwał się donikąd z objęć grawitacji i to tylko stanowi jego triumf” (DB: 18). To są zdania niewątpliwie piękne, warte kolejnych odczytań, ale wszystkie testują w pewnym sensie warunki nihilistycznego bycia po. Nawet kiedy Siwczyk opisuje własne dojrzewanie (bo gdzieś w tle poematu pojawia się przecież motyw pokoleniowy, schyłek PRLu, wspólne rocznikom siedemdziesiątym doświadczenie końca systemu), robi to tak, jakby zdawał relację z pól elizejskich.

Była w „Sezonie na Helu” piękna, milenijna proza poetycka: „Nie przejmuj się, żyjemy w ujmującym świecie. Coś niezwykłego musiało się wydarzyć tego pięknego dnia, kiedy deszcz przestał chlapać już wcześnie rano i chmury przysiadły na krawędzi nieba niczym śnieg zepchnięty na pobocze drogi, jakiś nieważny margines pomyślniejszych godzin. […] Panowała niezwykła atmosfera spełnionych marzeń i wszelkiej pomyślności, jak gdyby czas dobiegł kresu i zatrzymał się uszczęśliwiony w deszczu błogosławieństw, spływających na świat niby złota mgła zachodzącego słońca. Czy życie jest koncertem życzeń? - pytali najnieszczęśliwsi, wchodząc wieczorem do barów, gdzie wieloletni palacze śpiewali o słodkim tytoniu i do późnej nocy dyskutowali z miłośnikami czegoś mocniejszego […]. Właśnie byliśmy świadkami końca filozofii, o którym mówił Heidegger” (Sosnowski 2009: 157–159).

Nie odpowiadał tam jednak Sosnowski na pytanie, co stanie się, gdy ekstaza i radość ostatniego dnia przeminą, a jego apokaliptyczne „wstęgi rozbłysków” i „feerie meteorów” znudzą się wszystkim, staną się zwyczajnością albo, co gorsza, zaczną męczyć. Co się stanie w świecie bez celu, kiedy każda teleologiczna narracja okaże się zużyta, niepotrzebna i bezproduktywna? Tutaj pojawia się Siwczyk i jego „chochołowi ludzie”, język napuszony od teoretycznych wtrętów, zmęczony dekonstrukcją i zachodnią filozofią podmiotu, wyczerpany kapitalizmem i historią, człowiek po czasie, trup, snujący się trochę jak widmo, trochę jak zombie, coraz wolniej, dokąd bądź, aż „nikt już nie sprawdzi, nie będzie już nikogo z głównych zainteresowanych, / pozostaną gapie, do nich mamy skłonność, patrzaj, duszo, dużo nas, / idziemy jak chochoły na metę złożyć ofiarę, palimy niskie ogniska, / stosy płoną niebosiężne, nie ma obaw, wszystko ulga spopieli” (DB: 12).

Tak jak „Dzikie dzieci” drążyły w idiomie Świetlickiego, nie tyle nadużywając go, co wykorzystując jego powszechną rozpoznawalność, trochę jak matrycę narracyjną, tak „Dokąd bądź” bazuje nadal na idiomie Sosnowskiego, żeby spróbować wyjść jeszcze dalej, wychylić się poza jego widmową ontologię i pantekstualną grę, podtrzymywaną dzięki sensualnym wtrętom. Są tu fragmenty, o których można powiedzieć, że naśladują (i prześladują) styl autora „poems”: „[…] Umór i Timur / drzemali w sraczu, rozeszliśmy się do domów, choć nikt nie prosił, nikt nie przeczuwał, / że wirtualność wniesie mało, zostaniemy ze starymi kłopotami na święta, / powieje nowinkami z innowacyjnego chlewu” (DB: 18).

Piotr Śliwiński notował kiedyś poetycko, że Sosnowski: „rozstawił swój warsztat na niekończącym się końcu wszystkich końców, wewnątrz wiecznej anihilacji, w mobilnym ciemnym jądrze, przystając co najwyżej na refleksy sensów, tańczące na wypolerowanych akustycznych kurtynach, jakimi czasami wydają się jego wiersze i poematy, produkty metaliterackiej i metajęzykowej autodestrukcyjnej perfekcji. Pełno – za dużo – w tym krótkim opisie paradoksów: śmierć i jej nieskończoność, doskonałość i rozpad, feeria języka i skrzepliwość mowy” (Śliwiński: 2010).

Ten opis tak bardzo pasuje do poematu Siwczyka, że aż prosi się o przytoczenie (może nawet bardziej, niż do Sosnowskiego). Ale nie o samym „Dokąd bądź” tu mowa. Skoro najnowszy Siwczyk zabiera nas gdziekolwiek, en avant, poza nas samych, proponując zarazem jeszcze dalej posunięty, jeszcze bardziej radykalny projekt pasywności, może trzeba by zawrócić lekturę, popłynąć pod prąd, przez „Gody”, „Koncentrat”, „Zdania z treścią”, aż do „Dzikich dzieci”, gdzieś u początków poszukać sceny źródłowej, która pozwoli nieco klarowniej, choć nie mniej mitologicznie, obudować krytycznoliteracką fikcję wokół jego poezji? Ania Kałuża trafnie zauważała, że: „lektura książek autora „Wierszy dla palących” powinna być zawsze retrospekulatywnie otwarta: to tak naprawdę następna książka decyduje o znaczeniu swojej poprzedniczki, projekt Siwczyka rozwija się retroaktywnie, bo dopiero znając następne pomysły autora, można zorientować się, co było jego wcześniejszym zamiarem” (Kałuża 2010: 226).

Dokonała też chronologicznego przeglądu, który udowadniał, że przed lekturą każdej następnej książki przeszłe opinie o tej twórczości lepiej porzucić, niż się na nich opierać. Może więc trzeba mówić inaczej: zawsze od nowa, koncentrując się na tomie aktualnym, a raczej na tym, jak aktualizuje (wyostrza) on pewne sensy, a osłabia inne?

Jedno jest pewne: od debiutanckich „Dzikich dzieci” (1994) do „Centrum likwidacji szkód” (2008) przeszedł Siwczyk długą drogę, w której coraz bardziej istotnym elementem stawała się relacja między językiem i negatywnością. Konsekwentnie wypierała ona lub zastępowała ważne dla poszczególnych etapów tematy: wchodzenie w dorosłość, realizm, potem fantasmagorię, formalizm, a nawet narcystyczne i egotyczne „ja”. „Duży stary chłopiec” (LO: 5), „wyniosłe dziecko” (CL: 38) spogląda teraz za siebie na korowód poetyckich ojców-manekinów: Świetlicki, Sosnowski, Melecki... wreszcie on sam, czy będzie od nich lepszy? „Językiem «wynalezionym» przez Siwczyka rządziła (i nadal rządzi) miłość własna, rodzaj dziwnej, złej witalności, która potrafi koncentrować uwagę na bezwładzie, inercji i słabości wszystkiego, co różne od niej. Bo miłość własna sama sobie rzadko szkodzi” (Kałuża 2014: 45) – pisała Kałuża. Ale w „Dokąd bądź” znowu próbuje poeta przezwyciężyć samego siebie, kieruje wzrok w przyszłość i widzi tam konieczność ustąpienia miejsca, odkrywa sens w kontynuacji: „wiele jest jeszcze we mnie do wyschnięcia, ale wystarczy / dla naszego dziecka nauk z tych łez przelanych w imię, / które nadamy jak nie kto inny” (DB: 77).

3. En arièrre

Jeszcze raz Kałuża (około roku 2013): „»Poluzowanie« przedstawienia w wierszach Krzysztofa Siwczyka to […] próba wydostania się z coraz bardziej paraliżującego możliwości poezji języka »apokaliptycznego«. Pracując w materii, którą można nazwać wrakami językowymi, zdezelowanymi obiektami, wysuszonymi obrazami i metaforami, autor »Godów« nie umieszcza siebie jako artysty wyłącznie w negatywnie rozumianym przedstawieniu […]. W konstruowanej przez Siwczyka przestrzeni widać, paradoksalnie, potęgę kreacyjną negatywnego języka. […] Wymyślony przez Siwczyka język wydawał się w tym zbiorze [»Centrum likwidacji szkód«] niewrażliwy na wszelkie dialektyczne idee powrotu, krążenia, przechodniości, wariantywności. Figury, które go budowały, drążyły świat i podmiot w poszukiwaniu definitywności, odnajdując oczywiście pustkę” (tamże).

Gdybym miał szukać teoretycznego patrona dla tych wiersz – a upstrzone naukową terminologią, skomplikowane traktaty, w które zmieniają się poszczególne utwory, zachęcają do takich poszukiwań – to niewątpliwie byłby nim Maurice Blanchot. Scena źródłowa tej poezji to paradoksalne uświadomienie sobie negatywnego charakteru języka, języka, który unicestwia, zamiast ożywiać, który alienuje, zamiast zbliżać, ale zarazem języka, który jest jedynym (wyczerpanym, przecenionym, profanowanym) medium porozumienia ze światem i z drugim człowiekiem. Gdy myślę o wierszach z „Koncentratu” czy „Centrum likwidacji szkód”, przypomina mi się słynny passus z „Literatury i prawa do śmierci”: „Kiedy mówię, neguję istnienie tego, o czym mówię, ale neguję także istnienie tego, kto mówi; moje słowo, jeśli objawia byt w jego nieistnieniu, potwierdza zarazem, że to objawienie powstaje z nieistnienia tego, kto je wymawia, jego umiejętności oddalenia się od siebie, bycia innym niż własny byt. Oto dlaczego, aby zaczął się prawdziwy język, życie, które poniesie ten język musi doświadczyć swej nicości, musi „zatrząść się w posadach, tak, aby wszystko to, co w nim było ustalone i stałe, zostało zachwiane”. Język bierze swój początek tylko z pustki; żadna pełnia, żadna pewność nie jest zdolna przemówić; temu, co się wypowiada, zawsze brakuje czegoś istotnego” (Blanchot 1998: 31).

Wielki samotnik nowoczesnej literatury, jakim był Blanchot, potrzebował koncepcji lektury, która pozwala na wyciszoną rozmowę z tekstem, raczej ustępowanie wobec jego siły niż próbę zawładnięcia nim. Jeśli pismo i język są przestrzenią śmierci, źródłowego rozsunięcia, są otchłanne w swoim rozdzielaniu bytu i negowaniu obecności, to może tak właśnie należy podchodzić do literatury: godząc się na dystans, pozwalając jej na wyniszczającą pracę w dziedzinie podmiotowości. Czytelnik Blanchota wychodził z jego dzieł pomniejszony, spustoszony przez pismo, bardziej bezradny, niż w momencie przystępowania do nich. Podobnie dzieje się z czytelnikiem traktatów Siwczyka, i to nie siła wyobraźni ani umiejętność rozszerzania jej pola są tu wiodące, ale totalność języka, który opanowuje wszystko, ogromnieje w naszych oczach i zostawia coraz mniej przestrzeni dla naszego „ja”. Fundamentalna pasywność, którą sformułował Blachot jako wiodącą koncepcję doświadczenia literackiego, bycia posiadanym przez lekturę, katastrofy zapomnienia i niezrozumienia, jaka wydarza się w przestrzeni języka, towarzyszy „Dokąd bądź”, a gdyby spojrzeć wstecz, to również innym, dłuższym i krótszym formom poetyckim Siwczyka: „Funny Family”, „Prozie pozoru” czy „Listowi otwartemu” z „W państwie środka” (2005), całemu właściwie „Centrum likwidacji szkód” (2008), „Wierszowi w dobrym czasie” i „Czystemu opisowi postaci w deszczu” z „Koncentratu” (2010), „Mitologiom”, „Transmisjom”, „Domenie publicznej” czy „Punktowi wyjścia” z „Godów” (2012):

Nie żegnam się, nie tak łatwo dostać się do dna, skoro

zamknęło się nade mną i świeć tu jeszcze nad czyjąś duszą,

gdy brnę przez muły, jestem mułem ciągnącym się

przez lata, by później waloryzować je odpowiednio

do stanu zastygnięcia w pozie lekko przypadkowej,

spękanym na widmo własnego szczęścia, po które sięgnąć

znaczy tyle, co przyznać się do kompromisu, choć dawno

zniknęły warunki brzegowe postawy, dajmy na to, sceptycznej

(G: 46)

Nie powinno to dziwić, jeśli przeczytamy choćby część szkiców z „Ulotnych obiektów ataku” (Mikołów 2010). Tom rozpoczyna wszak esej „5x NIC”, poświęcony wielkim francuskim pisarzom, tworzącym w imię tak lub inaczej pojętej negatywności: Mallarmému, Céline’owi, Bataille’owi, Jabèsowi i Michaux. Ale dalej jest jeszcze „cięższy kaliber”: Cioran, Starobinski, Lyotard, Lacoue-Labarth, z niemieckiego kręgu Hesse, Bernhard, Jelinek, Müller, z polskiego: Banasiak o Sadzie, Herrer o Deleuzie, wyczerpujący przegląd prac Wodzińskiego, by przejść wreszcie do tekstów o poezji. Nie można oczywiście odmówić Siwczykowi gustu. To jednak przede wszystkim autor, który uważnie śledzi przemiany w nowoczesnej literaturze i filozofii, komentuje je trochę jako krytyk (bo jednak bez większych ambicji naukowych), a trochę po prostu jako wrażliwy i świadomy użytkownik języka, który poczuwa się do zachodnioeuropejskiej wspólnoty myśli: od Bataille’a, przez Ciorana, Derridę, Blanchota, Heideggera, aż po de Mana i Baudrillarda. To wszyscy ci, których Agata Bielik-Robson określiła mianem „filozofów tanatycznych” i których myślenie próbuje przezwyciężyć koncepcją judaistycznego witalizmu. Siwczyk mierzy się z nimi na swój sposób: podejmując ich myśl w poezji, przetwarzając, cytując, ale też wcielając tym samym w życie, tzn. we wciąż rodzącą się, podejmowaną od nowa próbę literatury ekstremalnej.

4. Wyjścia, reszta

Narrację „Dokąd bądź” napędzają same słowa, ich współbrzmienia i przypadkowe echa, które przykuwają na chwilę uwagę piszącego i natychmiast stają się autonomicznym tematem rozważań, rozpoczynając kolejne ciągi skojarzeń:

że jest się śmieciem, cieciem śmiecia i trudno to opowiedzieć inaczej, na okrągło,

w przyjaznej atmosferze metafory, którą opacznie rozumiałem przez wiele lat,

opaczność czuwa, jest z nami, dogląda egzekucji, dba, żeby nie doszło

do niczego przed końcem, naturalnie w granicach rozsądku, miłosiernie

dopuszcza odpuszczenie, którego nie mamy już ochoty przyjąć, zapominamy

się coraz częściej, szczęście, mamy się wyśmienicie, mami się dobrze,

ćma uwięziona w potrzasku rolety tłucze jak obcas nad głową,

kroki miarowo nikną w kantorku, znowu jesteśmy sami, ładnie to tak

powtarzać bezmyślnie, wszystkiemu, co podchodzi pod gardło, zażyj

(DB: 37)

Sposób przechodzenia jednego skojarzenia w drugie jest w tym fragmencie najwyższej klasy: ‘opaczne rozumienie’ zmienia się w ‘opaczność’ (pogrywającą sobie z Opatrznością), ‘przed końcem’ zapowiada ‘granice’, ‘dopuszczenie’ wywołuje ‘odpuszczenie’ (grzechów, ale przecież to również rezygnowanie), co z kolei przechodzi w ‘nieprzyjmowanie’ (daru odpuszczenia, ale i przebaczenia sobie), a więc ‘zapominanie (się)’, ‘częściej’ wymienia dźwiękowo ‘szczęście’, aż do iście Sommerowego „przejęzyczenia”: ‘mamy się’/‘mami się’ (oczywiście ćma!) i postępującego wyciszenia sceny, które też nie jest ostateczne, bo kończy je paradoksalny imperatyw, wypowiadany jakby z trzewi samej negatywności, wbrew całej teorii komunikacji i regułom konwersacyjnym Grice’a: „niecny odpoczynek, radź mu / zaradzić, raz a dobrze, powiedz nieprawdę, do tego posłuż”. W tle pozostaje oczywiście echo modlitewnej frazy „wieczny odpoczynek racz nam dać Panie”, która zawraca nas do „miłosiernie dopuszcza odpuszczenie” sprzed kilkunastu wersów.

Na pierwszy plan wysuwa się jednak „opaczność” – metafizyka na opak, na nie, skierowana przeciw egzystencji, językowi i jego grze (ale jednak cały czas za pomocą tego języka omawiana i odmawiana, od czci i wiary). Trochę jak w „Traktacie skłamanym” Wirpszy, który z pewnością Siwczyk – jako jeden z pracowników Instytutu Mikołowskiego – przeczytał uważnie. A to tylko jeden fragment, w który możemy brnąć w nieskończoność, choć bez znaczenia dla całości. Bo całość ma unieważniać poszczególne dążenia interpretatora, sprawiać wrażenie przytłaczającej, automatycznej, pisanej na jednym oddechu, totalnej; ma doprowadzić do granicy sensotwórczej mocy języka, za którą zaczyna się milczenie lub bełkot, jako dwa negatywne bieguny komunikacji. Jeśli jest to pisanie automatyczne (a z taką opinią się również można się spotkać), to wykonywane przez bardzo precyzyjny automat.

Wróćmy jeszcze do Blanchota: „Negacja jest związana z językiem. W punkcie wyjścia nie mówię po to, aby coś powiedzieć, ale to właśnie jakieś „nic” chce mówić, „nic” nie mówi, „nic” odnajduje swój byt w słowie i byt słowa nie jest niczym. Ta formuła wyjaśnia, dlaczego ideałem literatury mogło być: nic nie mówić, mówić, aby nic nie powiedzieć. Nie jest to mrzonka wyrafinowanego nihilizmu” (tamże: 31).

Trzeba by zapytać, dokąd ma zaprowadzić ta negacja, bo że jej polem działania pozostaje język, to wiemy. Może jest próbą ucieczki? Ucieczka zakłada jednak jakąś spontaniczność i (domniemaną chociaż) granicę, poza którą chce się wyjść. Siwczyk podejmuje raczej próbę wypisania się z poszczególnych kategorii: sensu, celu, planu, życia i samej literatury. „Dokąd bądź” zamyka nadzieja wyjścia z narracji/opowieści w imię kogoś Innego (dziecka). Może to więc uwspółcześnione, magiczne zaklinanie nicości, odwlekanie jej i rozciągnie dystansu? Słychać wszak imperatyw: „Miej we mnie używanie mowo zażegnania” (DB: 54). Podobnie jak pierwsza część kończyła się na krawędzi krateru, w niebycie, tak ostatnia kończy się na krawędzi języka, słowem „wyjście”. Zapowiada ją figura dla całej twórczości Siwczyka dość obca i nowa: afirmacja zamiast negacji. Ale pozostaje też świadomość, że „poza”, które próbuje na różne sposoby wywołać poeta, nie jest kategorią przestrzenną ani czasową, dlatego nie można go po prostu doświadczyć, nawet w mniej lub bardziej radykalnej transgresji. „Poza” jest tylko nie-ja, konkretny, inny człowiek i otchłań jego „ja”, które nie może się zgodzić na moje. Etyka gościnności i (niemożliwego) daru, zapowiedziana przez radykalną pasywność doświadczenia lektury u Blanchota, a potem rozwijana po wielokroć przez Derridę, u Siwczyka znajduje literackie dopełnienie. „Dokąd bądź” to nie tylko sygnał ruchu, ale też postawione wobec „ja” pytanie: jak daleko sięgają twoje granice?, jak daleko można „być” w ciągłej oscylacji, wyczerpaniu, wyjałowieniu i „zchocholeniu”? Najlepsze wyjście, jedyne wyjście, wyjście awaryjne, bez powrotu.

Ale na koniec trzeba jednak wspomnień o nadziei (również dla poezji Siwczyka), o dziecku i o darze. Bo jeśli gdzieś szukać afirmacji i pozytywności, to następuje ona właśnie teraz, tu, przy okazji, z okazji narodzin. Można by więc prościej: „Dokąd bądź” to poemat o ojcostwie, o jego nadziei i lękach z nim związanych, o wyczekiwaniu i bezradności. W tym sensie świetnie wpisuje się w całą twórczość autora „Godów”, który już w „realistycznych” „Dzikich dzieciach” stawiał pytanie o moment inicjacji w dorosłość. Ale chociaż otwierał tom frazą „Mój młodzieńczy narcyzm wykoleił się w tym roku” (LO: 5), a kończył „[…] Teraz muszę / donosić ten lęk i wiersz jak płód który tak trudno / uwolnić a tym bardziej usunąć” (LO: 39), całkiem obca była mu odpowiedzialność za coś innego, niż manifestujące się wszem i wobec poetyckie „ja”. Eksplorując granice językowej negatywności, „wieczny chłopiec” naszej postbrulionowej poezji zestarzał się i dojrzał (coś poza sobą), a to z kolei otwiera jego radykalny, ale jednak powoli kostniejący projekt, na nowe doświadczenia i nowe lęki. Mówił poeta w jednym z ostatnich wywiadów:„Przestrzeń literatury i życia i owszem, czasami zadziwiająco się zawęża. Coś w tym rodzaju przytrafiło mi się podczas pracy nad poematem „Dokąd bądź”. To wiersz pisany w szczególnym czasie oczekiwania narodzin, we wzmożonym emocjonalnie dryfie ku nowemu życiu. Ale to wszystko, co chciałbym na ten temat powiedzieć. Reszta jest w książce” („Mam sny...”).

„Nie jestem panem języka” – pisze Blanchot w „Le Pas au-delà” – „Wsłuchuję się tylko w jego zanikanie, i sam w nim zanikam, podążając w stronę tej bezgłośnej linii granicznej, gdzie język trwa w oczekiwaniu, aż wezwie się go z powrotem, żeby mógł znowu przemówić; tam, gdzie obumiera obecność, podobnie jak obumiera również tam, dokąd wiedzie pragnienie” (Blanchot 2009: 100).

Wzmożony dryf, ku nowemu życiu.





* „Wyraz angielski, jak się uznaje, pochodzi bezpośrednio od łacińskiego experientia, oznaczającego «próbę, dowód, eksperyment». Francuskie expérience i włoskie esperienza oznaczać może także eksperyment naukowy (jeśli użyte zostaje w formie nieokreślonej). Ponieważ «próbować» (expereri) zawiera ten sam rdzeń, co periculum, «niebezpieczeństwo», istnieje tym samym ukryty związek między doświadczeniem i zagrożeniem. Sugeruje on, że doświadczenie wynika z przetrwania pewnego ryzyka i czerpie z tej konfrontacji pewną naukę (ex oznacza wychodzenie z czegoś)” (zob. Jay 2009: 26).





LITERATURA:

M. Blanchot: „Literatura a prawo do śmierci”. W: tegoż: „Wokół Kafki”. Przeł. K. Kocjan, Warszawa 1998.

M. Blanchot: „Le Pas au-delà”. Cyt. za: A. Wasilewska: „Literatura jako negatyw «dziennego» świata”. W: M. Blanchot: „Tomasz Mroczny. Szaleństwo dnia”. Wrocław 2009.

M. Jay: „Pieśni doświadczenia. Nowoczesne amerykańskie i europejskie wariacje na uniwersalny temat”. Przeł. A. Rejniak-Majewska,. Kraków 2008.

A. Kałuża: „Bumerang. Szkice o polskiej poezji przełomu XX i XXI wieku”. Wrocław 2010.

A. Kałuża: „Kiedy poezja? Możliwości poezji we współczesnym świecie komunikatów”. W: „Tajne bankiety”. Red. P. Kaczmarski i in. Poznań 2014.

K. Maliszewski: „Zwierzę na J. Szkice o wierszach i ludziach”. Wrocław 2001.

„Mam sny o prostych czynnościach” [z Krzysztofem Siwczykiem rozmawia Małgorzata Lichecka], http://www.nowiny.gliwice.pl/wydarzenia,5136,0 [dostęp: 15.03.2015].

A. Sosnowski: „Koniec wieku”. W: tegoż: „Pozytywki i marienbadki (1987–2007)”. Wrocław 2009.

P. Śliwiński: „O Różyckim – i Sosnowskim (w tle)”. „Tygodnik Powszechny” 2010, nr 51 (3206).





Cytaty z książek Siwczyka oznaczam bezpośrednio w tekście z podaniem liter skrótu i numeru strony: LO – „List otwarty. 1995–2005”, Wrocław 2006; CL – „Centrum likwidacji szkód”, Wrocław 2008, K – „Koncentrat”, Poznań 2010, G – „Gody”, Poznań 2012; DB – „Dokąd bądź”, Kraków 2014.