Wydanie bieżące

15 maja 10 (274) / 2015

Sabina Strózik,

KOSMATA KOSMOGONIA (POCZĄTEK ŚWIATA. HISTORIA OBRAZU GUSTAVE'A COURBETA)

A A A
Jedyny w swoim rodzaju

We wstępie do trzeciego wydania (2007) Thierry Savatier pisze: „Po opublikowaniu książka nie należy już do swojego autora” (s. 17). Także „Początek świata” Courbeta, od kiedy po latach ukrywania za zasłonami, maskownicami, obrazami ujrzał światło dzienne i może cieszyć oko w paryskim muzeum, zyskał nowe życie i nie należy już do swojego autora. Portret ten, tak inny od pozostałych dzieł francuskiego malarza, od lat budzi tyle kontrowersji, iż zyskał swój własny, odosobniony w sztuce, prekursorski głos i dopomina się prawa do bycia jedynym w swoim rodzaju: „»Początek świata« jednak nie jest obrazem takim jak inne, zajmuje wyjątkowe miejsce w zachodniej sztuce, ponieważ nie posługując się żadnym historycznym czy mitologicznym alibi, bezkompromisowo ukazuje nie tylko łono jakiejś kobiety, ale ŁONO KOBIECE, a nawet więcej – wszystkie żony, kochanki i matki” (s. 7).

Fakt, iż płótno zaświadcza samo o sobie i jest bytem jednostkowym, niepotrzebującym oparcia w nazwiskach ludzi z nim łączonych, znajduje odzwierciedlenie choćby w tych słowach Savatiera: „To, czy pomysł obrazu i jego skadrowania wyszedł od Courbeta, czy od Chalil Beja, jest nieistotne (…)” (s. 50).

Portret bez twarzy

Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, iż obraz ten nie jest zwykłym pornograficznym przedstawieniem – choć nie można wykluczyć, że powstał dla celów erotycznych. Szkic wnosi o wiele więcej sensów, na zawsze zmienia sposób postrzegania sztuki: „Reprezentuje on zarazem uniwersalny herb kobiecej heraldyki i hymn do wolności, wolności tworzenia i myślenia, wyzwalając się z tabu zrodzonych z nienawiści do ciała, którą religie i filozofie powstałe w obrębie basenu Morza Śródziemnego chciały narzucić światu” (s. 9).

Kiedy już raz widziało się „Początek świata”, odbiór sztuki zmienia się na zawsze i diametralnie. Nawet jeśli nie uznamy płótna za malarskie arcydzieło i odmówimy mu prawa do zajęcia miejsca wśród przedstawień najwybitniejszych, nie będziemy mogli zignorować jego doniosłego znaczenia. Savatier uzmysławia czytelnikowi na każdym kroku, z jak wielkim dziełem ma do czynienia: „»Początek świata« jest wyjątkowy, nie ma bowiem źródła artystycznego, które by go poprzedzało; stanowi kamień milowy w historii sztuki Zachodu. Reprezentuje zarazem punkt dojścia pewnej formy wypowiedzi malarskiej i punkt wyjścia innej, zapoczątkowując nową geografię cielesną. Courbet maluje nagą prawdę” (s. 11).

Niedosyt pozostawia natomiast brak pochylenia się nad korelacją treści przedstawienia i jego tytułu. Tytuł obrazu, nawet jeśli nadany później, przydaje dziełu nowy wymiar i znacząco go uzupełnia. W całości ze swoją nazwą „Początek świata” stanowi uniwersalistyczny komentarz, brutalnie obnaża początek pochodzenia wszystkich, rzuca nam w twarz wyzwanie, zaproszenie, onieśmiela, wabi i po freudowsku zaprasza do powrotu: „Podstawowy sens tytułu przypomina nam, że wszyscy wywodzimy się z początkowego zanurzenia w kobiecym brzuchu” (s. 13).

Biorąc pod uwagę, iż książka jest dedykowana matce autora, możemy chyba przyjąć, że to kosmogoniczny wymiar płótna ma dla badacza znaczenie nadrzędne. Szkoda, że Savatier nie poświęcił mu więcej uwagi, bo wobec prawie zupełnego braku analizy także samej treści płótna książka staje się opracowaniem zawiłych wędrówek bohatera, o którym nie wiemy nic poza tym, gdzie rzuca go los wbrew jego woli.

Odtworzenie tych rozlicznych wędrówek wymagało pracy doprawdy mrówczej i oddać należy autorowi, że tak, jak zaznacza we wstępie, realizuje plan napisania książki wciągającej i przystępnej, nie zaś suchego naukowego wywodu. Niestety, często urozmaica treść wstawkami fabularyzowanymi, które są nijak książce potrzebne i rażą efekciarskim sznytem. O samym Courbecie i jednej z domniemanych modelek pisze tak: „Był osobowością barwną, jowialną, kapryśną, sympatycznym żarłokiem (…); miał w sobie coś z jeleni na rykowisku albo ściganych dzików, które malował w lasach, gdzie lubił polować. Można sądzić, że dla Jo to nieokrzesanie było pociągające. Domorosły psycholog dopatrzyłby się w tym może poszukiwania ojca (ona miała wtedy dwadzieścia trzy lata, Courbet – czterdzieści siedem) – szorstkiego i zapijaczonego Irlandczyka. Prawda może leżeć równie dobrze gdzie indziej: może po prostu nudziła się sama w Londynie” (s. 49). Kilka stron po tego typu charakterystyce stosunków z Jo Savatier, sam wcielający się w „domorosłego psychologa”, podsumowuje swe miałkie rozważania o psychice i motywacjach domniemanej modelki jednym krótkim zdaniem: „Stanowczo Jo nie wydaje mi się kobietą z »Początku świata«” (s. 49), unieważniając w ten sposób sens snucia przypuszczeń i fantazji. Taktyka dopowiadania ma w sobie oczywiście uwodzący czytelnika urok i wabi obietnicą wejrzenia w zdarzenia poprzedzające namalowanie „Początku”, ale są to obietnice bez pokrycia. I jak każdy, komu obiecano coś, czego potem realizacji odmówiono, czytelnik czuje się zawiedziony.

Stronami ciągną się wizje i wyobrażenia, nadające magicznego wymiaru historii „Początku świata”. Badacz cytuje przypuszczenia, co do których nie jest przekonany, żeby w ich miejsce wysunąć własne – równie niepotwierdzone, ale pięknie wpasowujące się w romantyczną wizję. Na każdym kroku zaś ubezpiecza się ostrożnymi zwrotami: „Są to jedynie przypuszczenia…” (s. 47); „nie jestem do tego całkowicie przekonany” (s. 47);

„Wymiary Zamku w Blonay – jakkolwiek nic tego formalnie nie dowodzi – skłaniają do przypuszczeń, że został on specjalnie namalowany, by posłużyć za maskownicę. Jeśli tak było, to można by sądzić, że…” (s. 91); „Jest to jednak tylko przypuszczenie” (s. 95); „Mam świadomość, że ta hipoteza nie opiera się na żadnym dowodzie materialnym” (s. 151). Niestety, zarzut, który autor czyni jednemu z badaczy, można by odnieść do niego samego: „Zamiast rozstrzygnięcia zestawił kilka sprzecznych elementów, po czym podsumował to wymijającą odpowiedzią” (s. 77).

Tak dzieje się m.in. w przypadku rozdziału dotyczącego tożsamości kobiety dającej początek „Początkowi”. Po długim wywodzie rozważającym potencjalne modelki następuje krótkie podsumowanie forsujące teorię, że obraz powstał na podstawie fotografii. Savatier nie poświęca jej jednak wielkiej uwagi, autorytarnie stwierdzając: „Hipotezę źródła fotograficznego – która, choć niepotwierdzona żadnym materialnym dowodem, wydaje mi się najpoważniejsza i najbardziej wiarygodna (…)” (s. 53). Szkoda, że autor, wspominając o fotografii, nie pochylił się nad faktem, iż być może tym, co teraz nas w obrazie szokuje najbardziej, jest nasze nieprzyzwyczajenie do tak rażącego pomieszania rejestrów. Jeśli już jesteśmy przygotowani do tego typu widoku, to pod postacią fotografii. To struktura olejnego obrazu jest niepokojąca, nagłe przeniesienie w świat faktury przypisanej sztuce wysokiej atakuje nagłym zażenowaniem. Więc TO może być sztuką? Może być sztuki obiektem, jej bohaterem? Może mieć przesłanie? Może mówić coś do nas i… o nas?

Nawet Lacan, ostatni, a jakże znaczący właściciel obrazu, zostaje potraktowany w sposób nader lakoniczny: „O ile konieczne wydawało mi się naszkicowanie portretów poprzednich, nieznanych lub mało znanych właścicieli, o tyle zbędne wydaje mi się rozpisywane się na temat osoby tego znanego lekarza o osobowości zarazem wybitnej, kapryśnej i złożonej” (s. 143). Taka uwaga nie zadowala. Dlaczego Lacan obraz kupił? Podobno za namową żony. Ale skoro ukrywał go skrzętnie, wybierając i rozdając przywileje możliwości oglądania go wśród najbliższych przyjaciół, musiał mieć do niego stosunek szczególny.

Wielka nieobecna

Wydaje się, że prawdziwa historia, pochodzenie obrazu, jest zawsze obok – zasłonięte przytaczanymi faktami lub snutymi fantazjami na temat reakcji różnych osób. Brakuje historii obrazu jako jego samego. Płótno staje się przedziwnie nieobecnym bohaterem, pojawiającym się na każdej stronie, a jednak anonimowym, o którym nie potrafimy niczego powiedzieć, bo nie wiemy niczego o nim samym, a jedynie o jego wędrówkach, przechodzeniu z rąk do rąk. Odmówiony zostaje obrazowi przywilej uniwersalności, skoro z badawczą skrupulatnością próbuje się odszukać modelkę i przypisać płótnu „głowę”, której nie ma. Czy odnalezienie modelki wyjaśni nam przesłanie dzieła? Przetłumaczy czułe pociągnięcia pędzla na język, z którym jesteśmy zaznajomieni? Karkołomne próby poszukiwania dziewczyny z obrazu (które nie ograniczają się do chronologicznych obliczeń, ale wkraczają w sferę porównywania… kolorów włosów) okradają obraz z wszechstronnego przesłania, a potencjalną zdemaskowaną modelkę z prawa do anonimowości. Nie o tę kobietę przecież chodziło. I choć domniemanie, iż pozującą była ówczesna narzeczona innego znakomitego malarza – Jamesa Whistlera, dostarcza sensacyjnego smaczku, to nie przybliża nas ani o krok do zrozumienia. To nie w tej jednej jedynej kobiecie kryje się początek świata. Portret ten nie ma głowy, choć ma usta. I te usta mówić mają głośniej i do wszystkich.

„Początek świata” Savatiera nie jest typową książką naukową, biorącą sobie za cel prześwietlenie każdego najmniejszego elementu tytułowego dzieła. Jest powieścią detektywistyczną, czasem kryminalną, skrupulatnie odczytującą ślady pozostawione na kartach historii przez co rusz to zmieniające właścicieli płótno. Jest zapisem wieloletniej obsesji i fascynacji malunkiem, który za przedmiot obrał sobie drugi po Mona Lisie najpiękniejszy uśmiech. Ludzkie frustracje poddane normom społecznym i kulturowym widać tu jak na dłoni. Nawet Lacan, ostatni właściciel obrazu, nie wspominał o nim, a jedynie bawił się obserwowaniem reakcji wybranych gości, którym zdecydował się płótno pokazać.

Zapewne wiedział, że w zetknięciu z tym obrazem – papierkiem lakmusowym naszych obaw, uprzedzeń i obsesji – w obliczu obnażonej bezimiennej obnaża się nasze prawdziwe ja.
Thierry Savatier: „Początek świata. Historia obrazu Gustave’a Courbeta”. Tłum. Krystyna Belaid. Słowo/obraz terytoria. Gdańsk 2015 [seria: Przygody ciała].