Wydanie bieżące

15 maja 10 (274) / 2015

Katarzyna Szkaradnik,

KTO MA OWCE, TEN MA, CO CHCE? (ZIMOWI NOMADOWIE)

A A A
Nomadyzm – jakże to nośne współcześnie, jak postmodernistyczne hasło! Wedle niejednego wpływowego myśliciela wszyscy powinniśmy być podmiotami nomadycznymi; przestrzenna i tożsamościowa stałość pociąga za sobą zniewolenie, opresyjny esencjalizm, zaściankowość, fundamentalizm – i co tam komu przyjdzie do głowy. Tymczasem rzeczywiste koczownictwo jest zjawiskiem kojarzonym z obrzeżami tzw. cywilizowanego świata, przez co fascynuje jako egzotyczna atrakcja. Nic dziwnego, że intrygować może odnalezienie czegoś z ducha owego „pierwotnego” trybu życia w sercu nowoczesnej Europy. Tym tłumaczę sukcesy „Zimowych nomadów” Manuela von Stürlera, dokumentu mającego światową premierę w lutym 2012 roku, dotąd wyświetlanego w Polsce tylko na przeglądach festiwalowych. W roku premiery zdobył on m.in. nagrodę Europejskiej Akademii Filmowej dla najlepszego dokumentu oraz „Best of Fest” Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Amsterdamie, a w 2013 roku grand prix „Camerimage” w swojej kategorii konkursowej. Czy zasłużenie?

„Zimowi nomadowie” to oszczędny w środkach ekspresji obraz wycinka życia dwojga ludzi będących niczym ogień i woda, lecz połączonych zamiłowaniem do pasterstwa. 53-letniemu Pascalowi i 28-letniej Carole widz towarzyszy w ciągu paru zimowych miesięcy, kiedy to na czele ogromnego stada, mając do pomocy jedynie kilka psów i osiołków, wyruszają razem na sezonową wędrówkę transhumancyjną. Mówiąc po ludzku: przepędzają owce z gór na łąki w dolinach, by wyszukały to, co jeszcze nadaje się do zjedzenia. Widok i zachowanie takiego tabunu przywodzi na myśl szarańczę, zdumiewać może więc serdeczna gościnność, z jaką dwójka szwajcarskich pasterzy przyjmowana jest przez miejscowych. Wydaje się jednak, że mieszkańcy również postrzegają głównych bohaterów dokumentu jako swego rodzaju folklor lokalny.

Rozmowy toczone z napotykanymi ludźmi oraz między Pascalem a Carole sprowadzają się zasadniczo do sentymentalnego porównywania dawnych czasów, kiedy to łąk był dostatek, z obecnymi, gdy w pejzażu króluje gęsta zabudowa, oraz do apologii wymierającego zawodu. W jej świetle Pascal jawi się jako ostatni, co tak owce wodzi – i to już od 32 lat – stojąc na straży tradycji unikatowej nawet w górzystym, pasterskim kraju. Padające z ekranu kwestie raczej nie zachowują pozorów spontaniczności, robią wrażenie ukutych na potrzeby filmu peanów na cześć tej mozolnej, jednak w gruncie rzeczy wdzięcznej pracy. Przede wszystkim pasterstwo transhumancyjne prezentuje się tu jako archaiczno-romantyczna alternatywa dla modelu życia zachodnich społeczeństw, poddanych stresowi i nieustannemu pośpiechowi. „Myślę, że to daje energię i jest kojące. Bardzo kojące” – stwierdza wprost kobieta, która z własnej inicjatywy wychodzi do Carole i Pascala z domowym ciastem.

Notabene, jedzenie jest wielowymiarowym motywem przewodnim filmu, interesującym z punktu widzenia kulturoznawcy. W produkcji opowiadającej o Szwajcarach nie może, rzecz jasna, braknąć zwyczajowego fondue, przyrządzanego przez bohaterów pod chmurką wraz z parą przyjaciół. Co ciekawe, cel wędrówki na pozór wynika ze spontanicznej decyzji w chwili wyruszenia w drogę, lecz w istocie dwójka pasterzy porusza się sprawdzoną trasą, na której wciąż spotyka odwiedzanych co roku znajomych. Nawet jednak gdyby przyjąć, że wyprawa odbywa się bez określonego planu, to przecież nie bez długich, skrupulatnych przygotowań. Nomadyczna „eskapada” Pascala i Carole przypomina survivalowy sprawdzian wytrwałości i wytrzymałości: bohaterowie muszą się obyć bez udogodnień cywilizacji i przez kilkanaście tygodni zimy żyć w warunkach polowych (mycie zębów w lodowatym potoku nie wydaje się tutaj największym dyskomfortem). A odpowiadają wszak nie tylko za siebie, ale również za pokaźne stado, które trzeba opanować choćby w obficie padającym śniegu, stale pilnując, by owce nie spłoszyły się ani nie weszły w szkodę. Zwłaszcza że można trafić na właścicieli łąki, nakazujących (nad podziw kulturalnie zresztą) zawrócenie trzody z ich terenu.

Na codzienność pasterzy składają się z jednej strony trudy i wyrzeczenia, z drugiej prozaiczne pogawędki (także, oczywiście, ze zwierzętami) i proste radości. Przekaz jest jednoznaczny: szczęście to poprzestawanie na małym, a „czerpanie z życia pełnymi garściami” oznaczałoby raczej wyciszenie oraz niezależność. Idee te zostają jeszcze zaakcentowane poprzez – dosyć ograne jako motyw – zderzenie trybu życia Pascala i Carole z tzw. przedświąteczną gorączką. Dodatkowo przekonaniu ewentualnych niezdecydowanych służy subtelna muzyka (acz skąpa ilościowo, bo twórcy filmu postawili na naturalne dźwięki i ciszę), głównie zaś ujmujące „naturalnością” kadry. Kto bowiem oprze się pyszczkowi owieczki albo młodego pieska? Na kim nie robią wrażenia malownicze szwajcarskie krajobrazy: od barwnej jesieni po soczystą zieleń wiosny? Któż nie zaduma się nad owcami brnącymi w śniegu na tle majaczących w dalekim mieście wysokościowców, mijanymi przez samochody na polnej drodze lub idącymi chmarą przez środek miasteczka? Uwaga, uwaga, mówi się o nas w filmie: „- Mieszczuchom się to podoba, nie? - Pachnie Bożym Narodzeniem”.

Mnie jednak coś tu brzydko pachnie. Przypaloną jagnięciną. W rzeczywistości bowiem praca bohaterów nieszczególnie jest romantycznie idealistyczna i nie owija się tego w (ba)wełnę. Innymi słowy, nie przedstawia się takich pożytków z owiec, jak wełna czy ser, gdyż cel transhumancji jest jeden: utuczyć zwierzęta, które wkrótce pójdą pod nóż i na stoły smakoszy. Cóż stąd, że owce noszą imiona, że dla jednej z nich Carole specjalnie wyrabia u rzemieślnika obrożę z dzwoneczkiem? Kiedy przyjeżdża furgonetka z przyczepą, „nie ma zmiłuj”. Niczym okrutne szyderstwo brzmi pytanie właściciela stada, Jeana-Paula: „Nie chcesz trafić do garnka?”, z kolei biblijne konotacje, które wywołuje postać Pascala („ja jestem dobry pasterz…”), zmieniają się raczej w wizję baranka prowadzonego na rzeź.

Cóż, walka o byt… Zdecydowanie lepszą stroną filmu von Stürlera okazuje się walka, jaką „o dominację nad stadem” toczą dwie silne osobowości. Czy górę weźmie rozsądek i doświadczenie, czy młodzieńczy entuzjazm? Interesująca to rozgrywka, podobnie jak sama Carole, mimo ciągłego strofowania wykazująca niebywały hart, samozaparcie i chęć dopięcia celu. Ta Francuzka, która porzuca pracę, a nawet kraj, by zostać „asystentką” przypadkowo poznanego Pascala, należy wszak do nielicznych kobiet w Europie trudniących się wypasem transhumancyjnym. „Tydzień [po zakończeniu sezonu – przyp. K.Sz.] przeleży na kanapie, a potem powie: dajcie mi stado owiec” – mówi o bohaterce Jean-Paul. Decyzja Carole dowodzi gotowości do radykalnych rozstrzygnięć w imię osobistej wolności. Czy jednak nie jest to wybór poniekąd dwuznaczny moralnie?

Wiadomo, można twierdzić, że tak to wygląda z perspektywy nawiedzonych wegetarian, że takie jest życie (nothing personal, just business…), że ktoś musi być „niewolnikiem”, żeby ktoś mógł być wolny, wreszcie, że co innego oceniać film jako produkcję i tekst kultury, co innego postacie, niemniej w przesłaniu „Zimowych nomadów” tkwi szczypta niepokoju. Pod względem realizacji dokument nie porywa, więc jeśli widzowi coś z niego powinno zapaść w pamięć, to właśnie ta przewrotność, której przecież nie należy ograniczać do zobrazowanej sytuacji – czyż cały czas nie uwzniośla się i nie apoteozuje czegoś, co de facto ma na celu przyniesienie zysku kosztem czyjegoś cierpienia? Odnoszę jednak wrażenie, że urok zajęcia bohaterów pokazany w tym swoistym filmie drogi może przyćmić refleksję, gdyż współgra z naszymi ciągotami do utopii retrospektywnej. Z pragnieniem, by nareszcie rzucić wszystko i pognać „owczym pędem” nie na promocję w supermarkecie, ale „na niwy zielone, nad wody spokojne, by pokrzepić swą duszę…”. Oczywiście, zanim nadjedzie złowroga furgonetka.
„Zimowi nomadowie” („Hiver nomade”). Reżyseria: Maunel von Stürler. Scenariusz: Maunel von Stürler, Claude Muret. Gatunek: film dokumentalny. Produkcja: Francja / Niemcy / Szwajcaria 2012, 90 min.