Wydanie bieżące

15 maja 10 (274) / 2015

Kinga Kasperek,

TO NIE RECENZJA (KERI SMITH 'TO NIE KSIĄŻKA')

A A A
Gramatyka bestselleru
Na początku miałam plan zrecenzowania „To nie książki” Keri Smith, jednak plan musi spełznąć na niczym. Aparat teoretyczno- i krytycznoliteracki nie powinien być kompletnie bezsilny wobec tego produktu (obowiązkowo opatrzonego naklejką „bestseller” lub ustawionego na odpowiedniej półce), który możemy zakupić na każdym dziale książkowym i w każdej księgarni. Teoria literatury radzi sobie z poezją wizualną, radzi sobie z hipertekstem, radziła z poezją konkretną, by nie wspomnieć o eksperymencie Stanleya Fisha... Dlaczego miałaby się wyłożyć na książce dla nastolatków? Powód jest prosty. Musimy całkowicie zaufać autorce – „To nie książka” naprawdę książką nie jest. A na pewno nie jest tekstem literackim. Więc to nie będzie recenzja, skoro nie mówimy o książce. Porozmawiajmy o produkcie.

„To nie książka”, tak samo jak wcześniejszy „Zniszcz ten dziennik” (2014) Keri Smith, ogłoszone ogólnoświatowymi bestsellerami, zdobyły szturmem również wszelkie „topki” książkowe w Polsce. Czerwona lub czarna, poklejone taśmą okładki zdają się być wszędzie – od sieciowych księgarni, przez dyskonty, po kameralne sklepy z książkami. O publikacjach trudno mówić osobno, ponieważ „To nie książka” wyrasta częściowo ze „Zniszcz ten dziennik”. Formuła obu publikacji jest podobna – mamy książki zadrukowane poleceniami, kolorowe ilustracje i bardzo ładną oprawę graficzną. Zadania zapisane w „Zniszcz ten dziennik” miały na celu destrukcję przedmiotu (wyrywanie stron, skakanie po książce, zamalowywanie, kreślenie, wycinanie, rzucanie, szorowanie, itd.), „To nie książka” pobudza raczej wyobraźnię. Czytelnik ma wymyślać miejsca, historie, brać udział w krótkich podróżach po okolicy, rysować, wycinać, malować, spisywać swoje emocje, uczucia. Polecenia zapisane są w formie definicji, np.: „To jest kryjówka. Ukryj tu swoje sekrety” (s. 54). Zadania to jedyny tekst „do przeczytania” w publikacji (poza dwójką wydawniczą, „notką do czytelnika/użytkownika” i informacją o autorce). Reszta to puste strony, gdzie należy wypełnić zadanie, kolorowe ilustracje, elementy do wycinania, itp. Głównymi odbiorcami publikacji są osoby młode: nastolatkowie i ci nieco starsi. Nastawienie na taką grupę odbiorców tłumaczy nowoczesne (ale też i trochę infantylne) opracowanie graficzne oraz zadania wyzwalające wyobraźnię, dające upust agresji. W przyzwoleniu na niszczenie książki i tworzeniu własnych rozwiązań w zamkniętym układzie nie tylko chodzi o zwykłą drakę, ale i nastoletni bunt przeciwko zastanemu systemowi. Pomimo zadań takich jak szorowanie książką po ziemi lub robienie ze stron samolocików, obie publikacje utrzymane są w bardzo przyjaznym i nastrajającym optymistycznie stylu. Wsmarowanie obiadu w książkę i doklejanie jej wąsów musi być wszakże zabawne, prawda?

Pierre Bourdieu w „Regułach sztuki” pisał, że nasz szacunek do literatury jest elementem szkolnej socjalizacji. Gdyby nie nauczyciele literatury (czyli poloniści), nie zdobylibyśmy się na uznanie wobec Sienkiewicza, Prousta i Conrada. Szkoła promuje podział na literaturę artystyczną i popularną, wysoką i niską. Uczy też szacunku do książki. A „To nie książka” zaprzecza tej tradycji w każdym momencie – zaczynając od tytułu, po wszelkie, „obrazoburcze” operacje, które mamy podejmować w ramach kolejnych zadań. Książka przestaje być książką i staje się, jak w najgorszych snach przedstawicieli szkoły frankfurckiej, wyłącznie produktem. Kolorową, dobrze wypromowaną zabawką rozwijającą kreatywność.

Publikacje Keri Smith wpisują się w szerszy trend książek-zeszytów zadań dla dorosłych, które są jednak inspirowane dziecięcymi książeczkami. Jak kolorowanki „Enchanted Forest” Johanny Basford czy seria wydana przez Grupę Wydawniczą Foksal: „Esy – floresy”, „Wzory i wzorki”, „Wzory i ornamenty”. Kolorowanie ma uspokajać, skupiać uwagę na czymś innym, niż poważne, dorosłe problemy i przywoływać miłe skojarzenia z dzieciństwa. Należy również wspomnieć o polskiej odpowiedzi na publikacje Keri Smith – „Książce po tytułem” Roberta Trojanowskiego – której zamysł i cel jest w zasadzie bardzo podobny do oryginału. Sukces takich wydawnictw, przy spadku czytelnictwa i zmniejszeniu zainteresowania książką, każe zadać pytanie: czy potrzebujemy dziś literatury? A może wystarczą nam infantylne książeczki do kolorowania i wykonywania zadań? Być może przy szumie informacyjnym kolorowanie jest bardziej odprężające niż lektura kryminału lub romansu? Jeśli rysowanie kółek w książce sprawia nam przyjemność, to co w tym złego?

Interesujące, że kolorowanie, darcie, zapisywanie wymówek i rzucanie publikacjami ubrane jest w głębszą ideę. Po pierwsze, rozwój kreatywności i wyzwalanie emocji (co może mieć pozytywny efekt w wypadu młodych osób i w trakcie wszelkiego rodzaju terapii, jeśli wierzyć psychologom), po drugie: „sztuka”. Na końcu „To nie książki” Keri Smith pisze, że w poszczególnych zadaniach inspirowała się Marcelem Duchampem, Yoko Ono, Johnem Cagem, Oulip Group, Jose Saramago i Basa Jana Aderem. Kolorowanki Grupy Foksal również nie przedstawiają bohaterów z kreskówek, ale wysmakowane wzory. Sztuka dla każdego, wystarczą kredki, długopis i zrobienie kilku dziur. Z jednej strony pobudzanie kreatywności (w dodatku w duchu znanych artystów lub przy pomoc estetycznych wzorów) nie może być niczym złym, ale z drugiej mam wrażenie, że takie podejście spłyca akt twórczy w każdym możliwym aspekcie. W końcu nie tworzymy od nowa, ale wykonujemy czyjeś zadania i kolorujemy w ramach wyznaczonych linii. Kolorowanek i chowania nie-książki (jedno z zadań) nie można traktować na tyle poważnie, by takie działania uznać za konkurencyjne wobec szeroko rozumianej sztuki. Takie publikacje to być może dobry wstęp do estetycznego uwrażliwiania i otwierania się na nowe działania. Jednak czy takie przedmioty powinny być sprzedawane w księgarniach jako książki, czy może ich miejsce jest w sklepach papierniczych? Albo na działach z zabawkami?

W „To nie książce” fascynuje mnie jednak wymiar literacki, a raczej jego celowy brak. Skoro autorka decyduje się na publikację zbioru kreatywnych zadań, dlaczego wybiera format książki? Skąd „książka” i „dziennik” w tytule? Nawet jeśli w formie zaprzeczenia (Smith w poszczególnych zadaniach używa zwrotu „nie-książka”)... Publikacja, przewrotnie, pokazuje potencjał literatury. Gdyby nazwać produkt „Zeszyt kreatywnych ćwiczeń”, zapewne nie przyciągnąłby aż tak uwagi. Autorka, jak i marketingowcy, zagrali na szacunku wobec literatury. Cały buzz medialny był skupiony nie na kolejnych zadaniach, które wypełniają publikację, ale na prostym komunikacie: to jest książka, z którą możesz zrobić wszystko. Nie musisz jej czytać. Nie musisz być biernym odbiorcą, możesz coś podrzeć, napisać, narysować. Książka zachęcająca do współuczestnictwa, która przestaje być ważnym i uświęconym przedmiotem.

W „To nie książka” nie chodzi więc o unieważnienie literatury na rzecz podpalania nowych stosów książek (czy raczej smarowania książki obiadem), tylko o (poza działaniami terapeutycznymi) odczarowanie mitu książki jako niemalże świętego przedmiotu. Wbrew szkolnej i akademickiej polityce. Keri Smith uświadamia najdobitniej, jak to możliwe – książka to tylko przedmiot. Taki sam, jak każdy inny. Ale potem dodaje – możesz z nim zrobić, co chcesz. Owszem, zniszczyć, ale i dołączyć do aktu twórczego. Napisać, opisać, streścić (znaczna część zadań dotyczy pisania). I znów – nie szkolną rozprawkę, ale marzenia, pomysły, sny. Czytelnik staje się współautorem nie-książki, zmieniając ją strona po stronie. Nie-książka nie jest zamkniętą formą, zachęca i nakłania do współpracy. W duchu destrukcji, z infantylnymi grafikami, ale w końcu ma trafić do konkretnej grupy, trochę zbuntowanych i niedojrzałych odbiorców.

Sieć, a szczególnie strona publikacji na Facebooku oraz jej strona www, jest pełna zdjęć nie-książek uzupełnionych przez czytelników. Wydawca zachęca do zamieszczania zdjęć, filmików, media społecznościowe są pełne przykładów kolejnych realizacji zadań. Młodzi internetowi twórcy – youtuberzy i blogerzy – zamieszczają kolejne posty, gdzie opowiadają o nie-książce, swoich doświadczeniach, wykonują zadania. Wydaje mi się, że bez sieci, bez jej młodych użytkowników-prosumentów, niemożliwy byłby sukces publikacji. Sięgnięcie po produkt, uzupełnianie go i dzielnie się tym w sieci – trudno byłoby nakłonić do takich zadań przedstawicieli starszego pokolenia. Jednak dla sławnych pokoleń Y i Z takie zachowanie zdaje się naturalne. Zarówno współtworzenie, jak i dzielnie się efektami, koniecznie z użyciem stosownych hashtagów.

Trudno ocenić „To nie książkę” w kategoriach literackich. Keri Smith przygotowała produkt, którego celem jest rozwijanie kreatywności poprzez wykonywanie kolejnych zadań. Książka jest ładna, prosta, trochę dziecinna. Może przyciągnąć osoby, którym literatura kojarzy się z nudą szkolnych lektur. „To nie książkę” warto podarować młodej osobie, która nie lubi czytać. Na zachętę, aby pokazać, że nie gryzie. Należy tylko później uważać, by kolejnych książek nie chciała smarować swoim obiadem. Tak z przyzwyczajenia. A pozostałym zainteresowanym sugeruję zastanowić się nad własnym dziełem sztuki. Bo na ile twórcze może być wypełnianie kolejnych zadań?
Keri Smith: „To nie książka”. Grupa Wydawnicza K. E. Liber. Warszawa 2015.