Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Marek Bochniarz, Paulina Skibińska, Katarzyna Szczerba,

KINO DOKUMENTALNE JAK THRILLER

A A A
Marek Bochniarz: Jak to było z „Pocałunkiem”? Czy to prawda, że współpracowałaś przy scenariuszu i asystowałaś reżyserowi, Filipowi Gieldonowi?

Paulina Skibińska: To był jego licencjat. Poprosił mnie, żebym była jego asystentką na planie. Wcześniej pomagałam mu przy scenariuszu tego filmu.

Katarzyna Szczerba: Filip nie skorzystał jednak z większości pomysłów Pauliny. Sama zajmowałam się tam kwestiami technicznymi, dźwiękiem.

M.B.: A jaki miałaś pomysł na ten film?

P.S.: Chciałam, aby był to nie romans przy śniadaniu, tylko thriller. Aby widz miał poczucie, że nie wie, o co w tym chodzi, ale jest to na tyle fascynujące, że chce obejrzeć film do końca. Był to jednak autorski projekt Filipa. Pomogłam mu, ale nie czuję, iż miałam znaczny wkład w ten film.

M.B.: Masz na koncie więcej scenariuszy niż filmów. Jak to było z pierwszym, „HTTP://”?

P.S: Przy „HTTP://” zaproponowałam swój pomysł Bartoszowi Kruhlikowi i potem pracowaliśmy nad nim razem.

M.B.: O czym opowiada film?

P.S.: Trzech kolegów wzięło młodszego brata jednego z nich do lasu. Powiedzieli mu, że jeżeli strzeli z pistoletu do swojego starszego brata, to znajdzie się w ich paczce.

K.S.: To był dopiero pierwszy rok Pauliny i Bartka, a od razu dostali indywidualne nagrody za scenariusz.

P.S.: Nie był to nawet film Bartka na zaliczenie, tylko tzw. montażówka, czyli ćwiczenie. Tak naprawdę złamaliśmy jego reguły – w założeniu miał to być film bez dialogu, do tego bardzo krótki.

K.S.: Takie materiały rzadko oglądają światło dzienne poza szkołą…

M.B.: A animacja „Gyros Dance” Piotra Loca Hoang Ngoca?

P.S.: Jest w trakcie powstawania. Widziałam cześć materiału, którą już narysował; to długi proces. Najpierw robi się animatika, potem powstają rysunki kreską, a następnie się je koloruje. Film opowiada o myszy, która pracuje z ojcem w kebab barze. Ma taki talent, że umie rzeźbić w kebabie. Chce się wyrwać z szarej miejscówki, ze śmierdzącego baru. Mówi, że wygra show, który nazywa się „Mam dar”. Jedzie na konkurs do wielkiego miasta i widzi, jak to wszystko się odbywa…

M.B.: Skąd taki pomysł?

P.S.: Zaczęło się od rozmów z Piotrkiem dwa lata temu. Miał pomysł na miasto, w którym zamiast ludzi żyją myszy. Ja chciałam skomentować naszą rzeczywistość. Wtedy bardzo modne były talent shows, filmiki z Rosji, na których mężczyzna celuje w drugiego strzałą, i wszyscy mają z tego zabawę. Widziałeś? Wyglądało to bardzo autentycznie. Przychodzi dwóch głupków na eliminacje. Jeden stawia drugiemu jabłko na głowie, strzela z łuku i zabija kolegę. Oglądałam takie filmy w Internecie i pomyślałam: czego ludzie nie zrobią, żeby zdobyć popularność! Na przykład w Rumunii wygrała grupa facetów, którzy jeździli po sobie nawzajem samochodem. Kładli jednego na ziemi, żeby po nim przejechać i pokazać, że on – to ma talent!

M.B.: Twój ojciec był nurkiem. Czy stąd wziął się „Obiekt”?

P.S.: Kiedy mój ojciec miał siedemnaście lat i chodził do technikum, nie było jeszcze jednostek specjalnych. Na akcje jeździli ratownicy i amatorzy nurkowania. Był jeszcze nieletni, ale wtedy były inne czasy. Liczyły się umiejętności. Miał patent nurka. Jako chłopak w ten sposób sobie dorabiał. Dyrektor i policja przychodzili do niego na zajęcia. Wyciągali go z matematyki czy języka polskiego i nikt w klasie nie wiedział, co się dzieje. I okazywało się, że ktoś się przed chwilą w Polsce utopił. Ojciec jeździł więc z policją i wyławiał topielców. Opowiadał takich historii wiele i dużo wiedziałam na ten temat. Nie mówił jednak o tym, co czuł w trakcie akcji. Pewnego dnia w końcu zaczął opowiadać: że nie mógł spać, a topielcy śnili mu się po nocach. Przeważnie nurkował w ciemnych wodach. Napływał na te ciała. Ojciec potrzebował kilkunastu lat, by zacząć o tym rozmawiać. I przyznać, że było to straszne. Wtedy chyba o tym nie myślał. Bo tak jest – gdy się czegoś boisz, ale o tym nie myślisz, to możesz to robić. Są dwa rodzaje akcji: poszukiwawcza i ratunkowa. Gdy jedziesz na akcję ratunkową, to z nadzieją, że osoba jeszcze żyje. „Obiekt” przedstawia akcję poszukiwawczą. Wówczas typowa informacja to na przykład wiadomość, że wujek pani Marysi od dwóch dni nie wrócił do domu, mieszkają przy jeziorze, a ona się martwi; albo: wędkarz lub łyżwiarz wpadli jakiś czas temu pod lód. W takiej sytuacji nie ma zbyt wiele szans, by jeszcze żyli. Ratownicy odnajdują ciała osób głównie dla spokoju rodziny.

M.B.: Kiedy pomyślałaś, że to jest temat na film?

P.S.: Najpierw myślałam o tej historii: wyciągają mnie z klasy, z języka polskiego, i jadę kogoś szukać. Gdy znajomi z reżyserii, którzy zaczynali ze mną studia, mieli obronę filmów magisterskich, kolega przypomniał mi, że na pierwszym roku, podczas pierwszego spotkania scenariuszowego, przedstawiłam pomysł na film o nurku. Myślałam wtedy o historii fabularnej. Miałam przerażającą wizję, że wychodzę ze szkoły filmowej i nie mam poczucia, że się spełniłam.

M.B.: „Obiekt” powstawał dwa lata. Od czego się zaczęło?

P.S.: Najpierw musiałam znaleźć bohatera.

K.S.: Teraz jest dużo łatwiej niż kiedyś, bo są specjalistyczne jednostki nurkowe, najwięcej na Mazurach. Paulina zrobiła research na temat najlepszych: na jakiej zasadzie działają, kto w Polsce się tym zajmuje.

P.S.: Wiedziałam ze zdjęcia, jak ci nurkowie wyglądają. Wybrałam grupę ze straży pożarnej, którą chciałam dokumentować. Droga była straszna, a zima sroga. Spotkanie miało miejsce o czwartej nad ranem, ale na szczęście strażacy byli wtedy na służbie. Po dwudziestu minutach rozmowy z jednym z nich, Grzegorzem, wiedziałam, że ma w sobie coś takiego, że musi być bohaterem naszego filmu! Kolejnego dnia odbywały się ćwiczenia nurkowe na lodzie. Poszliśmy na zamarznięte jezioro, a oni pokazali nam, jak to się wszystko odbywa. Było wiele nowych elementów, o których nie mówił mi ojciec. On nurkował jeszcze w piankach. Teraz używa się specjalnych suchych skafandrów, żeby nie marznąć pod lodem.

K.S.: Najpierw pracowaliśmy klasycznie. Robiliśmy z nurkami wywiady, obserwowaliśmy bohaterów z kamerą w pracy i w domu.

P.S.: Zrozumieliśmy jednak, że nie można tego opowiedzieć w klasyczny sposób. Było tam wiele wizualnie atrakcyjnych elementów, a wywiady zupełnie od nich odstawały. Rozmówcy bardzo denerwowali się przed kamerą: musieli opowiadać, kogo wyłowili, gdzie nurkowali, ile mieli akcji. Dużo informacji, mało dokumentalnej prawdy.

K.S.: Pracowałyśmy z montażystką Kasią Boniecką, która zrobiła coś z tego pierwszego materiału, a ja to udźwiękowiłam. To był długi fragment z wywiadami. Drugi film przygotowałyśmy w zasadzie z samych zdjęć podwodnych, ale z kamery o słabej jakości. To było już coś w klimacie „Obiektu”. Oba złożyłyśmy w Studiu Munka.

M.B.: Jaka była reakcja?

P.S.: Długo czekałyśmy na zaproszenie na spotkanie. Mimo że większość materiału miała charakter telewizyjny, Jacek Bławut uwierzył w nasz film od samego początku.

K.S.: Stwierdziliśmy w trójkę, że jesteśmy w stanie sami zgromadzić materiał podwodny z pomocą strażaków. Nurkowie byli na tyle kreatywni i otwarci na sugestie, że wiedziałyśmy, iż poradzą sobie ze zdjęciami.

P.S.: Jeździłam do nich prawie o każdej porze roku. Nabrali do mnie zaufania. Te dwa lata były dobre.

M.B.: Jak do ekipy wszedł operator Jakub Stolecki?

P.S.: Byłam u montażystki w domu. Powiedziała mi, że montuje ćwiczenie operatorskie...

K.S.: ...obserwację miasta „Od świtu do zmierzchu” – projekt pod opieką Mirosława Dembińskiego i Macieja Drygasa, prowadzony na całym świecie.

P.S.: Kuba nakręcił w fabryce w Łodzi kobiety pracujące przy maszynach. Najbardziej spodobało mi się to, co filmował – nie tylko twarze, ale też zabawne rzeczy, takie jak pupa na krześle, ruszanie klapkiem. Kuba potrafił tak to udziwnić, że panie wyglądały, jakby się znajdowały na innej planecie. Mój pomysł bardzo mu się spodobał.

M.B.: Czy „Obiekt” to dokument?

P.S.: Mówiliśmy o tym filmie jak o thrillerze dokumentalnym.

K.S.: Byłam z „Obiektem” na festiwalu True/False w USA, w Columbii, gdzie odbywały się dyskusje o tym, czy jest w ogóle sens w wyznaczaniu ostrej granicy między dokumentem a fikcją. W Polsce mamy świetne przykłady kreacyjnego dokumentu, które pokazują, że nie musi być to wyłącznie obserwacja w stylu Kazimierza Karabasza.

P.S.: Ujęć, które są w tym filmie, nigdy nie wymyśliłabym ani nie wyreżyserowałabym w fabule.

M.B.: Jak organizowaliście plan?

K.S.: Założyliśmy, że zdjęcia na lodzie będą obserwacją, ale świadomą i przemyślaną. Wiedzieliśmy dokładnie, jakie są kolejne etapy akcji poszukiwawczej.

P.S.: System pracy jest zawsze taki sam: strażacy przychodzą z saniami, robią dziurę w lodzie, ustawiają sprzęt, zakładają butle i nurkują. Oczywiście, w akcji ratunkowej jest inaczej. Wówczas pod wodę schodzi tylko jeden nurek, a wszystko dzieje się trzy razy szybciej.

M.B.: Jak były robione zdjęcia? Czekaliście na sygnał o akcji i jechaliście w teren?

P.S.: Mieliśmy inną taktykę. Wiedząc, jak odbywają się akcje na lodzie, przez tydzień filmowaliśmy to, co chcieliśmy. Zdjęcia podwodne pochodzą z dwóch lat i trwają 27 godzin! Często zostawialiśmy strażakom kamery. W akcjach bierze udział dwóch nurków i jeden asekuruje drugiego – stąd takie ujęcia mogły się udać. Podczas montażu szukałyśmy tego, co się wyróżniało.

K.S.: Tak samo było z dźwiękiem. Miałam ogromne ilości materiału z ćwiczeń i akcji, pokatalogowane i opisane – co do czego może pasować, co ma wyjątkowy charakter.

M.B.: Spodziewałyście się takiego sukcesu na festiwalach?

P.S.: Nieoficjalna wiadomość, że jedziemy na festiwal w Sundance, przyszła w dzień urodzin Kaśki. Nie mogłyśmy uwierzyć. Pojechałyśmy tam we trzy, razem z montażystką. Pojawił się ogrom ofert od organizatorów innych festiwali. W Clermont-Ferrand we Francji, w Tampere w Finlandii były kolejne zaproszenie od programerów. Ta maszyna sama się napędza. Kaśka była już na kilku festiwalach za granicą z innymi filmami, ale ja dotąd zupełnie nie znałam tego świata. Mój debiut reżyserski pokazano w Sundance!

M.B.: Co wpływa na odbiór „Obiektu”?

K.S.: Co ciekawe, duże znaczenie ma wiek. Według mnie najlepszy pokaz odbył się w Sundance dla ponad setki gimnazjalistów w Park City, dzieciaków około dwunastego roku życia. Pamiętały każde ujęcie i każdy dźwięk! Nie miały też problemu z zakończeniem filmu i tym, czym faktycznie jest tytułowy „obiekt”.

P.S.: Część ludzi, zwłaszcza starszych, ogląda „Obiekt” bardzo wizualnie i odbiera go estetycznie. Film się kończy, chwalą zdjęcia i dźwięk, ale są zdezorientowani. W Stanach nie było jednak problemów z wymową filmu, w Finlandii podobnie. Jestem ciekawa, jak wypadną pokazy na festiwalach w Polsce.

M.B.: A jak odebrali film jego bohaterowie?

K.S.: Jeszcze przed oficjalną premierą Studia Munka zrobiliśmy pokaz specjalny dla bohaterów i ich rodzin. Nigdy nie byłam tak zestresowana, jak wtedy, gdy to właśnie oni oceniali naszą pracę na temat ich pracy. Skończyła się projekcja, patrzymy na dziesięciu dorosłych facetów, strażaków, a oni mają łzy w oczach. Robią to codziennie, ale bardzo przeżyli film.

P.S.: Jeden powiedział mi: „Nurkuję już tyle lat, ale gdybym wiedział, że jest to takie straszne, to bym już tego nie robił”.