Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Zbigniew Władysław Solski,

FIGURY NIEMOŻLIWE. "ANTYGONA" W TEATRZE M.I.S.T.

A A A
Cztery strzaskane kolumny zawisły w powietrzu, wyznaczając punkty odniesień dla mającej się rozegrać antycznej tragedii. W dawnych mitologiach kolumna była symbolem połączenia nieba i ziemi. Ta naturalna harmonia w „Antygonie” Sofoklesa ulegnie zniszczeniu, gdy Kreon odmówi godnego pochowania ciała Polinejkosa. Kolumny pozbawione swych dolnych części znajdują jednak oparcie w niewzruszonym niebie. Obraz ten zdaje się nawiązywać do wizji antyku Tadeusza Zielińskiego, który czytał mity Greków przez pryzmat Ewangelii, więc niebo w tym schrystianizowanym świecie nie zwiastuje zagrożeń. A jednak… Nie są to antyczne kolumny, odwołujące się do jednego ze znanych porządków, lecz formy wyraźnie uproszczone i zgeometryzowane, jak ze wczesnych modernistycznych budowli. Strzaskanie kolumn u ich podstawy nasuwa pytanie o fundamenty nowoczesności, nie unieważniając wcześniejszych wątpliwości związanych z chrześcijańską absorpcją antyku. Niemożność pogodzenia obu tych perspektyw sprawia, że ułamki kolumn możemy postrzegać tylko jako figury niemożliwe, w których tło nie znaczy mniej niż figura. Reżyserem przedstawienia jest Stanisław Michno, a autorem inscenizacji i scenografii – debiutujący w teatrze Grzegorz Stec, krakowski malarz i poeta.

W dawnej Grecji na budynku skene malowano pałacowy portyk, co zapowiadało tragiczny charakter przedstawienia. Resztki kolumnady są czytelnym przywołaniem antycznej konwencji, ale wydźwignięcie jej pod niebo otworzyło przestrzeń: scenę ogranicza teraz nie portyk, a filmowy ekran. Pulsujący czerwienią obraz i dynamiczna muzyka zwiastują tragedię, ujawniając źródło konfliktu: śmierć Polinejkesa i Eteoklesa w bratobójczej walce o władzę. Kończy się prolog: kurtyna, opadając, zasłania ekran; obraz pobojowiska nadal jest widoczny, ale już nie na gładkiej powierzchni ekranu, lecz na draperiach tkaniny. Podobne przekraczanie granic umowności i grę teatralnymi konwencjami widz może śledzić podczas całego przedstawienia.

Pusta jeszcze scena połyskuje jak tafla wody. Złudzenie pryska, gdy okazuje się, że deski wyłożono czarną folią, jakby chciano je zabezpieczyć przed brudem i krwią. W finale sztuki folia nieoczekiwanie zwinie się, odsłaniając deski: jakby sama ziemia usunęła się spod stóp Kreona. Po Antygonie i Ismenie wchodzi Chór. Rzadko się zdarza, aby we współczesnym teatrze w przekonujący sposób przedstawiono ten element. Realizatorom tego przedstawienia to się udało. Aktorów w chórze wyposażono w lalki ludzkiej wielkości. Proste konstrukcje, przypominające stracha na wróble, zwieńczono tragicznymi maskami (w jednym przypadku jest to maska komiczna, podkreślająca dystans realizatorów do czarno-białej interpretacji „Antygony”). Aktorzy nie mówią zza masek, ale obok nich i jakby wobec nich. W ten sposób ich słowa znalazły się w swoistym cudzysłowie, bo nie mówiąc bezpośrednio, artyści stale odwołują się do przebrzmiałej konwencji. Takie wykorzystanie lalek daje jeszcze jedną korzyść: możliwość szybkiego podwojenia liczby członków nielicznego chóru, a co za tym idzie: formowania półchórów i wykorzystania Chóru jako istotnego elementu w kształtowaniu scenografii. Podkreślmy (przypominając tendencję autorów spektaklu do intertekstualnej gry): w jednej scenie Chór gra bez masek. Kostiumy utrzymano w stylistyce filmów fantasy i gier komputerowych, w których cytaty z antyku często sąsiadują z futurologicznymi nowinkami technologicznymi. W taki sposób uformowano maskę Kreona, która przykrywa pół twarzy aktora. Metalowa osłona może kojarzyć się z wyglądem cyborga, wyposażonego w nadludzkie możliwości. Maska okazała się niezwykle funkcjonalna: częściowe przysłonięcie twarzy wyzwoliło w aktorze silną ekspresję, ale bez ryzyka przerysowania postaci. Rozwiązanie to przypomina filmową kreację Ericha von Stroheima w roli usztywnionego w ortopedycznym kołnierzu majora von Raufensteina z „Towarzyszy broni” Jeana Renoira.

Gdy Kreon uświadamia sobie swój błąd, zdejmuje maskę. Chwilowe jej uchylenie ułatwia aktorowi pokazanie wewnętrznej przemiany postaci. Efekt przesłonięcia twarzy wykorzystano jeszcze raz: Strażnik wykrzykuje swoją kwestię zza włosów narzuconych na oczy. Tym razem jest to nawiązanie do postaci granej przez Maję Komorowską w „Księciu Niezłomnym” Jerzego Grotowskiego. Efektownie wykonano też kostium Tejrezjasza, wyposażając go w metalową obręcz osłaniającą oczy i metalowe naparstki na koniuszkach palców, które podkreślają ruchy poruszającego się w ciemnościach niewidomego. Biel kostiumów zarezerwowano dla Antygony i tych postaci, które również potrafiły przeciwstawić się bezdusznemu rozkazowi Kreona. W czerń ubrano natomiast popleczników władzy. Jest chyba znakiem czasu to, że również Chór występuje w czarnych szatach i swoimi działaniami aktywnie wspiera rządzących.

Uwagę zwraca sprawne zagospodarowanie przestrzeni. Na pustej scenie leży coś na kształt skalnej bryły, która pełni funkcję małego pomostu. Owa niewielka scenograficzna forma wystarczyła realizatorom do zdynamizowania i zróżnicowania ruchu scenicznego. Pomysłowo rozwiązano scenę pogrzebu Polinejkosa: Antygona przeciąga zwłoki brata ukryte w czarnym worku (to też cytat z kultury masowej) przejściem na widowni. Stopy zabitego głośno odbijają się od stopni schodów, a zelówki żołnierskich butów połyskują w świetle reflektora (scenograf zadbał o to, by podeszwy pokryć błyszczącym lakierem).  Znakomitym pomysłem Steca było potraktownie m.in. zwykłego styropianu i folii aluminowej jak szlachetnych materiałów. Niepomalowany styropian – obrabiany niczym kamień – wyglądał też jak kamień (wspomniana kamienna bryła podobieństwo do osadowej skały zawdzięczała żółtym warstwom kleju łączego styropianowe płyty), a folia prezentowała się na głowach i szyjach aktorek jak wyroby dobrego złotnika.

Atutem spektaklu jest też aranżowana na żywo elektroniczna muzyka w wykonaniu Jakuba Zieliny. W zgodzie z poetyką całego przedstawienia, skontrastowano ją w jednej scenie z dźwiękiem okaryny, na której grał przewodnik niewidomego Tejrezjasza (Jan Malik). Obsada zróżnicowanego zespołu aktorskiego wydaje się trafna i przemyślana. Udanym zabiegiem okazało się obsadzenie Beaty Śliwińskiej w roli Antygony. Jej naturalność i młodzieńcza żywiołowość mocno kontrastuje z wyważoną ekspresją jej starszych koleżanek i kolegów, których obsadzono w rolach technokratycznych przedstawicieli władzy. Na szczególne wyróżnienie zasługuje znakomity Jakub Kosiniak w roli Kreona. Trzeba też wspomnieć o kreacjach Stanisława Michno (Tejrezjasz), Sylwii Chludzińskiej-Garbowicz (Ismena) i Zinajdy Zagner (Przewodniczka Chóru).

Dobry spektakl „Antygony” w Teatrze M.I.S.T., który w ubiegłym roku obchodził dwudziestolecie, potwierdza żywotność i inspirujące oddziaływanie teatralnego Zespołu i jego założyciela – Stanisława Michno. Narodziny Grzegorza Steca jako obiecującego scenografa stały się tego potwierdzeniem.
Sofokles: „Antygona”. Reżyseria: Stanisław Michno. Scenografia: Grzegorz Stec. Muzyka: Jakub Zielina. Obsada: Beata Śliwińska, Sylwia Chudzińska-Garbowicz, Zinajda Zagner, Karolina Magiera, Stanisław Michno, Kuba Kosiniak, Marek Wolny, Włodzimierz Chrekoff, Filip Warot, Bartłomiej Sarna, Tomasz Pilch, Jan Malik. Premiera: 6 czerwca 2014 r. Teatr M.I.S.T. Centrum Sztuki Współczesnej Solvay.