Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

WIELKIE NADZIEJE, CZYLI PRAWIE DICKENS (DONNA TARTT: 'SZCZYGIEŁ')

A A A
Nowa powieść Donny Tartt, nagrodzony Pulitzerem „Szczygieł”, co podkreśla każda z dotychczas opublikowanych recenzji, zaczyna się od mocnego, hitchcockowskiego początku: zamachu terrorystycznego, w którym ginie matka głównego bohatera. Tamtego feralnego dnia Theo miał zjawić się z nią w szkole, a ponieważ pogoda uniemożliwiała spacer, oboje schronili się przed deszczem w muzeum. Theo przeszedł do sali z obrazem Carla Fabritiusa „Szczygieł”, mama chciała kupić pocztówki w muzealnym sklepiku, zresztą nastrój obojga bohaterów skutecznie psuła perspektywa rozmowy z dyrektorem szkoły. Theo przeżył wybuch bomby i był świadkiem ostatnich chwil dziwnego starszego mężczyzny, który znajdował się w tej samej sali wraz z dziewczynką o przykuwającej uwagę urodzie. Obdarował on chłopca dziwnym pierścieniem i niejasnymi wskazówkami co do miejsca jego oddania, nakazał również uratowanie holenderskiego arcydzieła. Pozostający w szoku nastolatek wychodzi z piekła katastrofy niemal niepostrzeżenie, wraca do mieszkania i czeka na matkę. Czytając poruszające zdania, towarzyszymy mu w chwilach topnienia nadziei i upewniania się co do śmierci matki. Chłopiec zostaje sierotą, gdyż nie może liczyć na nieobecnego ojca. Jeszcze bardziej oddalony – i dosłownie, i w przenośni – jest dziadek. Po śmierci matki bohater otrzymuje w bogatej rodzinie szkolnego przyjaciela Andy’ego Barboura.

Theo Decker bardzo silnie przypomina bohatera powieści Charlesa Dickensa, przy czym to podobieństwo nie jest przypadkowe, lecz konsekwentnie budowane – zamiast Londynu mamy wprawdzie najpierw Nowy Jork, potem Las Vegas, ale osamotniony, inteligentny i nieufny chłopiec ma wiele wspólnego z Dawidem Copperfieldem, a jeszcze więcej z Pipem, bohaterem „Wielkich nadziei”. Tym bardziej, że rudowłosa dziewczynka spotkana tamtego feralnego dnia w muzeum nosi imię Pippy, a po śmierci wujka trafia pod opiekę ciotki. Po wyjeździe do Las Vegas wraz z ojcem i jego partnerką Theo trafia pod skrzydła wysoce zdemoralizowanego pół-Polaka, pół-Ukraińca Borisa Pawlikowskiego, który obejmuje pieczę nad jego – jak napisałby Dickens – niecną edukacją. Dość napisać, że lata spędzone w stolicy zepsucia wtrącają bohatera w narkotykowy nałóg, a z kradzieży czyni on sposób pozyskania pieniędzy. Dickensowskich tropów wyczuwam wiele, choć nie wszystkie potrafię utożsamić z konkretną powieścią.

Równie mocne, a bardziej sugestywnie z uwagi na krótszy dystans czasowy są linie styczne między Theo Deckerem i Harrym Potterem. Rozpoczynając od brzmieniowego podobieństwa imion: Theo Decker-Harry Potter, poprzez cechy fizyczne (ciemne włosy, bladość cery, roztargniony wzrok krótkowidza), warto wskazać w końcu na osierocenie, brak bliskiej rodziny czy melancholijne usposobienie. Theo Decker jest być może tym, kim stałby się Harry Potter, gdyby Hogwart nie istniał. Na przeszło ośmiuset czterdziestu stronach Tartt opowiada historię Pottera w świecie bez czarów, mądrych czarodziei i zaklęć, jednak z bardziej namacalnym złem – nienawiścią, chciwością, niepohamowanym pożądaniem. Boris ironicznie nazywa Deckera Potterem, ale w przeciwieństwie do bohatera J.K. Rowling poczynania Deckera raczej przysparzają ludziom kłopotów niż zwalczają zło. Harry Potter musiał przyjąć los zdeterminowany przez urodzenie i stawić czoła własnym demonom oraz sprostać pokładanym w nim nadziejom. Za Deckera również decyduje los, decyzja o wejściu do muzeum zamiast do kawiarni, a właściwie wybryk palenia papierosów na szkolnym boisku sprawia, że życie zmienia się nieodwracalnie. Czytelnik wraz z bohaterem próbuje pogodzić się z sytuacją, mimo że nie może pochwalać dokonywanych przez niego wyborów i czuje bezsilność wobec staczającego się w przepaść chłopaka. „Prawdopodobieństwo to jedno, ale niektóre wydarzenia wykraczają tak daleko poza aktuarialne tabele, że nawet ubezpieczyciele są zmuszeni powoływać się na siły nadprzyrodzone, żeby je wyjaśnić – »parszywy pech«, jak pewnego wieczoru oznajmił ponuro nad basenem mój ojciec (…), jedna z nielicznych okazji, kiedy próbował ze mną rozmawiać o śmierci matki, dlaczego dzieją się złe rzeczy, dlaczego ja, dlaczego ona, w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, zwykły traf, synu, jeden na milion, żadnego rodzaju wykręt ani unik z jego strony, ale (…) szczere skłonienie głowy przed Fortuną, najpotężniejszym ze znanych mu bóstw”.

„Szczygieł” jest powieścią w ścisłym sensie nowojorską, mimo kilkusetstronicowego rozdziału o pobycie Theo w Las Vegas, opisywanego zresztą nie z punktu widzenia kasyn, ale podłych, opustoszałych osiedli z nigdy niewykończonymi domami w okolicach, gdzie nie ma dowozu pizzy. Arcydzieło – tak, ale Fabritiusa, nie Tartt. Czekałam na jej powieść z wielkimi nadziejami, pamiętam, jak „Tajemna historia” skłoniła mnie do wyboru indywidualnych studiów humanistycznych, choć nie mogę przyznać, że i tym razem oczekiwałam finału podobnego jak we wcześniejszej powieści, marzyłam raczej o atmosferze wtajemniczania w niemal boską wiedzę. Nie czytałam „Małego przyjaciela”, ale teraz bez wahania wysupłałam kilkadziesiąt złotych na opasłe tomisko o pięknej okładce. Moje oczekiwania były ogromne, podbudowane tęsknotą za arcydziełem, może „Imieniem róży” tego wieku. Niestety, nie podzielam entuzjazmu jury Pulitzera, choć rozumiem, że ich tęsknota była większa od mojej, a eleganckie, wycyzelowane zdania uwiodły ich na tyle, by zobaczyć w Tartt nie tylko następczynię Dickensa. Nie przeraził mnie rozmiar powieści, nie znudziła jej treść, ale pozostały niedosyt i pytanie: więc to tylko tyle? Jeśli zaczęło się od trzęsienia ziemi, to potem trudno znieść nalewanie zupy choćby w najpiękniejszej kuchni? To znakomita powieść dla miłośników dziewiętnastowiecznej literatury, młodzieży wyrosłej z Harry'ego Pottera i wielbicieli Nowego Jorku. Odnajdywanie intertekstualiów poukrywanych w powieści to temat na kolejny artykuł – szukając kontekstów dla „Szczygła”, natkniecie się chociażby na informację, że Fabritius namalował portret kupca Abrahama Pottera. Tartt utkała ładną tkaninę, wplatając w osnowę kilka połyskujących nitek, widocznych tylko pod światło. Nazwisko Barbour znajdziecie zaś w sklepach internetowych, jeśli jesteście zainteresowani ubraniami do polowań wykonanymi zgodnie z najlepszymi brytyjskimi tradycjami, choć wydaje mi się, że nowojorska śmietanka też może kupować je na weekendy spędzane w posiadłościach Nowej Anglii. Zdumiewająca opowieść, ale nie wiem, czy to wydmuszka, czy jajo Faberge?
Donna Tartt: „Szczygieł”. Przeł. Jerzy Kozłowski. Wydawnictwo Znak. Kraków 2015.