Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Maciej Woźniak, Wioletta Grzegorzewska, Jessica Traynor,

WIERSZE

A A A
Umarli



Kiedy przyszliśmy do niej, w domu zastaliśmy umarłych,

rościli sobie prawo do zagraconej kuchni,

ślęczeli nad zdekompletowanymi naczyniami,

ustawionymi nie od największych do najmniejszych,

ale zgodnie z jakimś apokryficznym porządkiem.



Właśnie sprawdzali daty ważności w spiżarni

i wzdychali z podziwem nad jej suszarką do ubrań,

kiedy tam weszłam. Zbyłam ich pośpiesznie –

moje siostry udawały, że ich nie widzą,

kiedy ja obok zmagałam się z podawaniem herbaty.



Parę godzin później nadal byli na piętrze,

zbyt grubiańscy, by przyjść do sypialni i porozmawiać.

Zamiast tego plądrowali album ze zdjęciami, grzechotali

srebrną zastawą, wybrzękiwali sztućcami polkę

na lśniącym francuską politurą jadalnianym stole.



Nie chciałam, by była zdana na ich towarzystwo,

więc zostałam, a oni obiecali, że będą grzeczni –

chociaż zdążyli już napocząć whisky.

W godzinach przed świtaniem nawoływała ich,

a kiedy życie ją opuściło,



trzęsły mu się nogi jak nowonarodzonemu źrebięciu,

aż znalazło sobie miejsce w stadzie.

Choć nie przyjmowała ich gościnnie,

była szczęśliwa doznając tej otuchy,

jaką tylko umarli przynoszą umierającym.



Układanka



Coś skłania rękę

do uważności:



kiedy miesza herbatę

tak by nie dzwonić o filiżankę,



poleruje drewno

wzdłuż słojów,



rozprowadza mąkę

na kuchennym blacie.



Liczymy na przyszłość,

lecz ona policzy się z nami,



którzy pozwalamy, by mąka

dni krążyła w powietrzu



i osypywała szronem nasze

otwarte dłonie,



wystraszeni, że najlżejszy

oddech zdmuchnie



tę układankę,

ten dom.



Przełożył Maciej Woźniak



Szkoła milczenia



Kobietom z pralni sióstr Magdalenek przy ulicy Stanhope



Rankiem światło rozlało się na dziedzińcu,

jakby sam Bóg uchylił okno.

Światło jest ciche, ale nie można go zegnać

z łóżek dormitarza na jutrznię –

świeci, gdzie chce,

oblewa rumieńcem witraże,

klaruje gadanie księdza.



Moja matka nie pisze.

Minęły trzy lata. Dłonie

popękały mi od gorących prześcieradeł,

które maglujemy w pralni.

Wysokie okna wpuszczają rąbek

światła na słowach moja wina,

a ja milczę jak słoneczny blask.



Ciotka stawia tarota



Patrząc spod byka na moją matkę,

rozkłada karty na ceracie.

One szeleszczą jakby wzdychały,

obciążone sekretem

zbyt strasznym do odkrycia.



Twarz ciotki zastyga

nad wielkimi arkanami

i domyślamy się, że jej syn

po odstawieniu leków

zagubi się w dawnych koszmarach.



W naszej zaparowanej kuchni

moje karty są zawsze

płaczkami, świątynią zasypaną śniegiem,

spotkaniami po zmierzchu

z ukrytym podtekstem.



Talia, którą dała mi na urodziny

owiniętą w skrawek

czarnego woalu,

spadła za łóżko obok płyt

i nieprzeczytanych książek.



Po latach znikła na rzecz

naszego zawoalowanego jutra.

A na toaletce wciąż stoi Głupiec –

młodzieniec tańczący walca

na krawędzi klifu.



Lirogon



Cały dzień ćwiczyłam

odgłosy zagłady.



W lesie nie tylko drwale

słyszą dźwięk spadających drzew –



ja i lirogon, stojąc na polanie,

naśladujemy łup-łup siekier,



lament szyszymory w piłach.

Powtarzamy ich słowa



w naszym wypaczonym dialekcie,

bo czy choć taka próba rozmowy



nie przyniesie największej ulgi,

kiedy nadejdzie koniec?



*Szyszymora, inaczej banshee, w irlandzkich legendach zjawa, która żałosnym płaczem zwiastuje śmierć w rodzinie.



Przełożyła Wioletta Grzegorzewska



Wiersze pochodzą z książki Jessica Traynor: „Liffey Swim”. Dedalus. Dublin 2014.