Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Wioletta Grzegorzewska, Maria McManus, Wiktor Kostrzewski,

WIERSZE

A A A
Ubierz się na mróz i ciszę



Spotkamy się w ciemności

w ogrodzie obok katedry świętego Jana i będzie zima.



Będzie północ i przyniosę kawę i to ciasto z malinami,

i czekoladę z węgierskiej ciastkarni przy Amsterdam Avenue.



Usiądźmy razem, plecami do siebie i w ciszy –



                                   zdmuchniemy światła miasta,

                                   oddamy gwiazdy Manhattanowi.



Ta wersja dnia



Już zawsze chcę nazywać ten kolor

odległym błękitem, „górą Donegal” i chcę pisać po to, by zabrać cię ze sobą,

gdy jedziemy już po wszystkim, przez wypłowiałe od mrozu wrzosowiska, patrząc jak

droga ustępuje i wije się z przodu pod autami; po to, by pokazać ci

z bliska myszołowa i pastwisko z czarnymi jagniętami, i to jak trącają się łebkami

wojowniczo, nim zejdą się, by ssać mleko.



Zwrócimy przez chwilę uwagę na pierwszą jaskółkę tego roku

i zaraz po niej – na drugą,

i na to, jak obie wpisują na pustą kartę nieba obietnicę,

i na to, jak wciąż – tak późno w rok – jedziemy prawie wzdłuż granicy śniegu.



Tę część napiszę od nowa:

w tej wersji tego dnia,

kiedy zjeżdżam z autostrady,

długo po tym, jak słońce skończyło swą zmianę – i obieram

kurs tocząc się naprzód

na jakiś ogólny, rozpaczliwy azymut domu –

zmarli nawiedzają mnie znowu,



więc gdy ten kos

zrywa się do lotu i z nagłą pewnością

mój oddech kurczy się

w żalu,

w chwili, gdy nieuchronnie się z nim zderzam –



jestem też z tobą.



Przełożył Wiktor Kostrzewski



Wiersze pochodzą z książki „We are Bone”. Lagan Press. Belfast 2012.



Na jedynce



Zabawne, co mżysty dzień lipca

przywodzi na myśl; ojciec w żółtym

fordzie Anglia na wybrzeżu Rossnowlagh

pozwala nam prowadzić. Usadowione na poduszce, na

jego kolanach, jesteśmy za małe, aby naciskać pedał gazu

i kierować na mokrym, zasypanym piaskiem trakcie,

z którego deszcz wymiótł plażowiczów

i letników. Szybciej, tato, szybciej!



Teraz, gdy tak niewiele się zmieniło,

moje córki jeżdżą ze swym ojcem

wokół pola kempingowego na Marble Hill lub

wzdłuż szosy prowadzającej do zagajnika

w deszczowe dni lata,

w Donegal, trzydzieści lat później.



Jagnię



Długo mnie nie wzywali, aż w końcu

udało się asystować przy porodzie owcy.

Wprawną, drobną dłonią, z oddaniem dla sztuki

akuszerki, którą miałam w jednym placu,

pomogłam skulonemu jagnięciu przyjść na świat.

Moja matka nie pochwalałaby tych studiów

o rozpłodzie, trzęsawce albo widoku

mnie samej w towarzystwie mężczyzn

nad ranem.

                                   Dziś wspięłam się

na twoje piętrowe łóżko i wsunąwszy rękę

pod kołdrę, obrysowałam linie policzka,

szyi i ramion, aby zbudzić cię do szkoły.

W tej chwili, gdy twoje palce oplotły moje,

doznałam kolejnego cudu.



Przełożyła Wioletta Grzegorzewska



Wiersze po raz pierwszy ukazały się w antologii „Poetry Introductions 1”. Lagan Press. Belfast 2004.