Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Anna Błasiak, Mary O'Donnell,

WIERSZE

A A A
Budowniczowie Arki



O tej porze roku morderstwa to normalka,

choć słońca ani widu. W weekendy robi się gorąco.

Jakoś żyjemy w tej powodzi, pijemy, tańczymy i wydajemy kasę

zgodnie z łomoczącym rytmem, łup-łup, łup-łup.

Czarne auta węszą na przedmieściach,

przecinają drogi rwące jak rzeki, w środku po cztery, pięć osób,

wszyscy ogoleni, śmiercionośni, jeden silniejszy od drugiego,

mięśnie falują, prężą się klaty.

Każdy dom jest arką, gdzie dzieciaki

parami dają sobie w żyłę

z tej samej lśniącej łyżeczki.

Noego i jego żony już dawno nie ma.

Deszcz nadal pada.

O tej porze roku morderstwa to normalka.



Ubrania umarłych



Niebieskie, jedwabne skarpety ojca,

apaszka teściowej,

torebka babci,

ciocine korale z białego plastiku.

Ubieramy się w historię,

trzymamy się kurczowo opuszczonych rzeczy,

w których kiedyś żyli oni,

historycy aż do końca.

Zapach dziedzictwa

utkwił nam w nozdrzach.

Wyobrażamy ich sobie tutaj

w formie budynków, czasem zbyt wysokich,

zbyt przytłaczających, jak to często w życiu bywa.

I co tam, że mają zabytkowy urok,

co tam, że dorastaliśmy w tych wysokich pokojach,

że to w nich staliśmy się tacy, jacy teraz jesteśmy:

zawieszeni. Niesiemy to wszystko ze sobą

krok za krokiem: jedwabne skarpety ojca;

apaszkę teściowej, te stare

ubrania umarłych.



Wiersze pochodzą z tomu „The Ark Builders”. Arc Publications. Todmorden 2009.



Bałtycki bursztyn



Ktoś powiedział, że na tym bałtyckim wybrzeżu

natknę się na kawałki bursztynu z dawno umarłych drzew.

Codziennie opuszczam domek i idę plażą

do wioski na przylądku. 



Nikt nie rozumie

o czym mówię, gdy pytam o amber. Zbyt są zajęci

leszczynowymi gałązkami, na których wieszają

malowane jajka, baziami albo hiacyntami w misach.

Już za późno na hiacynty, powtarzam im.



Potrzebne mi coś, co przeżyło

dłużej niż jedną zimę, twardniejąc w przejrzyste złoto,

może zamykając w sobie jedno małe ziarenko,

na pamiątkę tego miesiąca i tej Wielkanocy, gdy zostałam poczęta.



Rosnę od pięciu dekad, jestem jak eony,

moje łzy niczym bursztyn,

hojne i gładkie, o ogorzałych kolorach

w krwiobiegu.



W przyszłym tygodniu zabiorę się za szukanie

jakby nigdy nic, odkryję bryłki

pod fragmentami drzew,

zaciągnę się solą i żywicą, odwracając się bez oporu

od jajek i bazi, tych kwietniowych gorączek.



Małżeńska porada, 1951



Zadbane kobiety wprawiały ją w drżenie,

każde słowo takie wymuskane i pewne,

jutro zafundujemy Jenny zmianę wizerunku,

Jen, tej ruinie,

zagubionemu reliktowi przeszłości.

Przez nie jeszcze bardziej się pociła,

przez te kobiety w spódnicach od Diora

wąskie w talii, które

wieczorem przed ślubem ostrzegały,

że musi być przygotowana.

Ale był rok 1951. Następnego dnia

starała się nie zemdleć przed ołtarzem,

choć sąsiedzi szeptali.

Później wmusiła w siebie

kęs czy dwa podczas weselnego śniadania.

Przeciskała jedzenie przez wargi niczym przekleństwo,

niczym coś, czego kobieta nigdy nie robi.

Gryź, gryź, żuj, żuj, przełykaj.

Piąstka wciąż niewidocznego dziecka

uderzyła ją w krtań, gdy wstał świadek,

z błyskiem w oku, żółtą kartką w ręce,

garścią żartów, które miały ją rozśmieszyć.



Czekając przed Bewleys



Ileż to razy wpływałam przez tłum do środka,

ja, o gładkich biodrach, by zobaczyć czekającą na mnie matkę

z lśniącymi pakunkami obwiązanymi sznurkiem.

Rozpoznawała mnie dopiero

gdy przed nią stanęłam, ale zawsze udawała. „Widziałam cię”

mówiła. „Twoje ruchy są jak rozgrzany nóż

tnący masło!” Któregoś razu babka

zaczepiła obcasem o schodek przed kawiarnią i upadła.

Pomogłyśmy jej wtedy wstać, odzyskać wiejską godność.

Wczoraj opadłam w miękkie łapy przesyconego kawą powietrza, zaraz koło

lady. Klienci napływali do środka, sprzedawcy gazet

rozmieniali pieniądze, dzwony kościoła na Clarendon Street

dzwoniły, więc ja, rozkojarzona, nie zauważyłam

córki tnącej sobie na gorąco przejście,

aż zatrzymała się tuż przede mną, splątane pasma włosów

wilgotne od mżawki, uśmiech na twarzy. Czy była Gracją

czy Mojrą? Jakaż to na wpół zapamiętana kobieta

ze schodów z przeszłości patrzyła teraz na mnie

jej oczami? Zamówiłyśmy bułeczki i kawę,

usiadłyśmy, by podzielić się strzępkami opowieści,

nasze usta zajęte tworzeniem jakiegoś słodkiego rozpoznania,

a nie tylko lukrem.



Przełożyła Anna Błasiak



Wiersze pochodzą z tomu „Those April Fevers”. Arc Publications. Todmorden 2015.