Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Anna Błasiak, Nessa O'Mahony, Małgorzata Dawidek Gryglicka, Marta Dziurosz,

WIERSZE

A A A
Portret ojca artystki



Lata temu, gdy byłam młoda

i nie straciłam nikogo

pisałam o węglowym szkicu poety

doświadczonego śmiercią matki.

Moje słowa były chłodne, pełne sprzeciwu:

te schludne węglowe zarysy zmarłych



A teraz, co jeszcze mogę zrobić,

gdy siedzę i patrzę na ciebie śpiącego

na jednej z niezliczonych

generalnych prób?

Oczy zamknięte lecz rzucają nieustanne spojrzenia,

powieki pulsują drżeniem

jakbyś od godziny walczył z demonem.



Szukam metafor,

wyobrażam sobie następstwa

napełnienia płuc płynem,

mroczny napastnik

wyłoni się z cienia,

a dłonie naprężą.



Twoje usta pracują bezsłownie,

bez żadnych wskazówek.

Może czytasz z innego skryptu,

pożyczonego prawdopodobnie z powieści

podczytywanej tygodniami.



Moja strona

jest pusta

od miesięcy.

Wybacz mi,

że ją zapełniam.



Córka jej ojca



Dowiaduję się po raz pierwszy:

Sięgam jej do bioder,

podczas gdy ona podnosi słuchawkę

starego czarnego telefonu w jadalni.



Musiała wcześniej płakać,

ale nigdy tego nie widziałam,

nigdy nie było związku

pomiędzy moimi upadkami w ogrodzie

a tymi dojrzałymi szlakami

wilgoci na jej policzkach.

Na moich czuję szorstkość

tweedu, ucisk

kolan, do których przywieram

podczas gdy jej ręka wędruje do warg

ukrywając milczące „och”

niczym uciekające powietrze.



Wyda ten dźwięk

40 lat później,

na korytarzu szpitalnego oddziału

gdy usłyszy, że jej mężczyzna

umarł bez niej.



Teraz jesteśmy niewinnym

wzorcem zachowań;

ona opuszcza granice

prowincjonalnej jadalni,

słysząc opowieść

o tym, jak jej ojciec śmiejąc się

odrzucił głowę do tyłu po raz ostatni



a ja przylegam do niej mocniej.

Być może ona wyzwala się ode mnie,

być może ktoś inny bierze mnie za rękę,

i prowadzi do miejsca, gdzie

będę wyczekiwać tej tajemnicy.



Madama Butterfly w Beaumaris



Dziś wieczorem przestrzegam starych rytuałów,

przygotowuję ciepłą kąpiel, zanurzam się,

moczę, obmywam, masuję każdą kończynę,

pozwalam ciepłu wejść we mnie.

Później jestem łagodna, gdy nacieram się

olejkiem z masła kakaowego,

koniuszkiem palca gładzę fałdy łokcia,

miejsca wokół każdej piersi, pieszczę

talię opadającą do uniesionych pośladków.

Podchodzę do miejsca przy oknie,

luźno udrapowane kimono, niespięte włosy.

Wszystko jest w stanie gotowości; śpiewa Callas,

w Cieśninie czerwone boje migoczą światłem moich intencji.

Czekam na jutro,

gdy powiedziałeś, że przyjdziesz.



Przełożyła Małgorzata Dawidek Gryglicka



Drzwi



Twoje pierwsze zdjęcie.

Ja w drzwiach

domu babci

w Garbally.

Nasza pierwsza wizyta.

Dziwne uczucie,

gdy

dostaję klucz

i instrukcje

jak podtrzymać ogień.

Wspominasz

dom babci.

W twoich ustach

brzmi to obco.

Dawno już nie żyła

gdy cię poznałam,

ale zawsze mówiła,

że stara skarpetka

znajdzie sobie stary but do pary.

Kiedyś.



Lutowy wazon



Trzeba na to

całego dnia

i tak wolno, powolutku

otwiera się,

rozluźnia

żółty gorset,

łodyżki się uginają

pod ciężarem

główek.

Ciągnie je

do światła.

Mają wybór

między zachlapanymi szybami,

które siecze deszcz,

oraz źródłem

nieco bliżej.

Odwracają się,

rozwierając pełne wargi

do światła rzucanego przez lampę.



Niewidzialny pomnik



Na niemieckim rynku

artysta podnosi 300 kostek bruku.

Rok zabiera mu wyrycie

jednego po drugim, ostrożnie,

imion, które wiązały

jakąś duszę z ciałem, z kośćmi,

przerobionymi później

przez rodaków.

Gdy skończy, odkłada je

wszystkie z powrotem, frontem do dołu,

by napisy były ukryte,

by stopy wchodziły na nie nieświadomie,

by każdy krok wciskał imię

głębiej w ziemię, z której wykiełkowało.

Mieliśmy jedną kostkę

z wyrytym imieniem i datą,

i życzeniem;

położyliśmy ją napisem do góry.

Czy to lepsze, takie patrzenie w górę,

niż pamięć, co odmienia kształty i

redukuje wymiary

do okruchów

wychłostanych przez wiatr?



Przełożyła Anna Błasiak



Późna wiosna



Peterowi



Każe nam czekać: gołe gałęzie,

wstrzymane obietnice stulone w pąkach,

a my kulimy się w kurtkach, wypatrujemy pod słońce

zieleni na oszronionych wzgórzach.

Ptaki nieufnie badają ziemię dziobami

Nadają robakom telegram szponami; małe drgnienia.

Światło na ukos przez okna

pada na kurz zaniedbanych obowiązków,

pada na róg ślubnej fotografii

sprzed niecałego pół roku. Uśmiechnięta para

wystrojona na jesień, wiązanka eustom

ku pamięci straconych dekad;

ufają, że pory roku płyną,

że ruch jest zawsze do przodu.



Dzień św. Brygidy, Woodside Road, Norwich



Fionie Curran



No i dobrze, że nie daliśmy za nią głowy.

Ten pierwszy dzień pogańskiej wiosny świta bielą,

dwudniowa warstwa wymazuje chodniki,

dzieci nie zasypiają śnieżek w popiele.

Jedno jak Syzyf próbuje wtoczyć grudę

cięższą od siebie na nasyp.

Matki w dresach dozorują w drzwiach,

ojcowie ze skrobakami czujnie okrążają auta.

Rozsądni ludzie siedzą w domach, czekają, aż równonoc

i synoptycy potwierdzą stan rzeczy.

A ja stawiam czoło mrozowi, szukam jakiejś przepowiedni,

znajduję ją w stopionym spłachetku w donicy Violet.

Nachylam się, a potem oddaję pokłon

zielonym kiełkom splecionym w idealny krzyż.



Lekcja polityki przy karmniku



Samiec zięby lśniący różem

jesiennego upierzenia,

nastroszonego lekkim

październikowym wiatrem,

uprzejmie czeka na swoją kolej

przy karmniku.

Przysiada na dzikim jabłku

życzliwie, gdy tłum

mniejszych ptaków,

sikory (bogatka, sosnówka),

nawet mysikrólik,

porywa po ziarnie

z plastikowej kopuły.

Cierpliwość mu się opłaca;

korzysta ze swojej okazji

i porcji

pestek i startych orzechów,

dziób jego władczy

i sprawny

w kłębie

ziarna i skorup.

Wycofuje się

na wyższą gałąź,

żeby przełknąć.

W przerwie

przybywa jego partnerka,

matowoszara i płowa,

waha się

przy kratce z tworzywa.

Zdąży dziobnąć

tylko raz.

Samiec zlatuje

z nadętą piersią,

śpiewa cienko

spędzając ją skrzydłem

z piedestału.



Przełożyła Marta Dziurosz



Wiersze pochodzą z tomu „Her Father’s Daughter”. Salmon Poetry Cliffs of Moher. County Clare 2014.