Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (275) / 2015

Jakub Sajkowski, Sarah Clancy,

WIERSZE

A A A
Wotywa pogańska



modlę się o wiersz bez nazw własnych,

który zmieni moje miejsce, który wykorzeni

drobne nacjonalizmy z mojego umysłu

modlę się o koniec religii

i o zdania otwarte

z przestrzeniami słów

jak kamienie milowe chodników

modlę się o wiersze pełne talizmanów

dzięki którym mogę odgrażać się ciemności

modlę się o wiersz, który się wyrwie

i porwie mnie za sobą,

gdzieś, gdzie nie ma goryczy

modlę się by go nosić

jak szkaplerz wobec cynizmu

niech stanie się bodźcem

by przekuć gniew w działanie

modlę się o te dni, całkiem przecież ciepłe,

kiedy mam swój azyl, studnię świętej Brygidy,

wobec czyjeś młodej żałoby

bym potrafiła sprawić

bym potrafiła dostrzec



Sobowtór



W mieliznach zatoki Clew Bay pałętają się przeżute bryły wyspy,

parterowe domy są przyklejone do jej postrzępionych brzegów

jak nastolatki na rogach ulic, nic nie jest regularne,

nie będę nawet pytać, kto mieszka na tej ziemi jałowej i czy kogoś ona obchodzi.

Przypływ jest tak mocny, że nie da się wejść do domów

bez ugrzęźnięcia po pas w osadzie, który naniosło to szare i brzydkie wybrzeże;

zbyt mało też przestrzeni, by mogła wodować łódź. Jest pusta,

leży do góry dnem na brzegu, zostawiona tu, jak ja, porzucona

w tej krainie stęchłego błota i piasku, która dawno temu była pastwiskiem.

Już od dłuższego czasu mówi się o tym wraku wyrzuconym na brzeg,

pozbawionym jakiejkolwiek godności; jestem wycieńczona.

Collie podnosi tylną łapę i się odlewa; już od dłuższego czasu

słucham odgłosów bernikli, które wynoszą się stąd precz; nie dociera do mnie

ten klangor, bo ja tu zostaję, obnażona.

Mogę zażywać jedynie prądu z linii wysokiego napięcia

wsłuchaj się! Ni to śpiew, ni to wycie, ni to świst przedostaje się do moich trzewi,

przedziera się przez szarość jesiennego zmierzchu. Te brzęknięcia

mogą pochodzić z Syberii, lecz w przewodach moich włosów wypala się

zimne skamlenie i podoba mi się to, i ujmuje mnie ten collie,

gdy bryzgi morskiej wody rdzewieją na jego białym grzbiecie, przesączają się

przez zapięcia obroży, gdy przynosi mi ten sam,

nasiąknięty morzem kij, i jeszcze raz, i jeszcze raz, a ja

zażywam powietrza, i śmieję się jak głupia, ktoś szarpie moją strunę, brzęczę,

jestem echem, jestem swoim własnym sobowtórem. Nasłuchuję,

słyszysz? Czy to nie jest mój głos, czyż nie pochodzi ode mnie?



Długi język, krótkie życie



ta dziewczyna nie umiała się kochać,

chyba że ktoś z nią rozmawiał – nie oceniałam jej

każdy ma coś,

co go dręczy, chełpiłam się,

że będę odpowiednią kandydatką,

moje gadulstwo mogłoby spełnić jej kryteria,

gdyby dała się przekonać,

tak naprawdę to nie powinno było zadziałać;

po dłuższej analizie zdecydowała się odrzucić z marszu

wszelkich palaczy, astmatyków

czy kogokolwiek dotkniętego schorzeniami

oddechowymi, ale podjęłam rękawicę, na początku

oddałam jej wszystkie możliwe inhalatory, potem

odmówiłam na jednym wdechu cały różaniec,

potem ukłoniłam się w pas

i uczyniłam znak krzyża

mój występ, albo coś we mnie,

chyba przypadło jej do gustu

mówiła, że potrzebuje kogoś, kto nie przestawałby

mówić, gdy się z nią kocha, kogoś

kto by trajkotał jak karabin maszynowy,

nie zostawiał żadnej przestrzeni

dla jej serca, dla jej tętna –

tak też zrobiłam, zaczęłam artykułować

pierwsze sylaby, szeptać, potem rozkręciłam się –

zaczęłam przemawiać, perorować,

Martin Luther King nie mógłby się ze mną równać,

lecz gdy zdawała się nasycona, przerwałam na chwilę

chwyciła mnie i powiedziała: „Nie opuszczaj mnie,

nie zatrzymuj się! Szybciej, szybciej, musisz do mnie mówić!”

mówiła, że boi się swojego serca, boi się

pulsu krwi w swoich uszach,

tętna w nadgarstku,

rzuciłam więc fragmenty z Yeatsa między pocałunkami,

wypełniłam słowami Adrienne Rich jej stawy łokciowe,

powtarzałam zaklęcia makbetowskich wiedźm,

i kilka dżingli z telewizyjnych reklam,

lecz nagle porwał mnie blask jej skóry,

zatrzymałam się na jej skroni, jak sparaliżowana,

i gdy moje usta zamilkły, rozpłakała się,

„odejdź – myślałam, że z tobą będzie inaczej,

że nie będę musiała nic mówić,

ale nie podołałaś”,

więc znów zaczęłam gadać do utraty tchu,

lecz uciszyła mnie tym boleśniej,

potem kupiłam jej radio,

lecz i ono nie docierało.



Przełożył Jakub Sajkowski