Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (276) / 2015

Magdalena Kempna-Pieniążek,

TKANIE ŚWIATA (DZIEŃ TARGOWY)

A A A
„Zawsze jestem niespokojny w noc przed dniem targowym” – wyznaje Mendleman, główny bohater powieści graficznej Jamesa Sturma, jeszcze przed świtem prowadząc w stronę miasta zaprzężony w muła wóz pełen dywanów. Ciemna sylwetka przygarbionego mężczyzny przecina szarą przestrzeń. Ponad jego pochyloną głową kłębi się czerń – nie wiadomo: ciemnych chmur czy może kończącej się nocy. Nie jest to zresztą istotne. Wydaje się, że gdziekolwiek by nie spojrzał, Mendleman wszędzie zobaczyłby mrok. Świat bohatera to rzeczywistość oglądana przez melancholika, kogoś doznającego uczucia wszechogarniającego smutku z powodu nie do końca uświadomionej straty. Mendleman jest jednak melancholikiem szczególnym, bo uchwyconym w momencie przemiany. Jeden dzień z jego życia – dzień targowy – tak niewiele z pozoru różniący się od innych chwil jego wypełnionej pracą egzystencji, jest w istocie czasem rekapitulacji dotychczasowych doświadczeń i podejmowania trudnych decyzji związanych z przyszłością.

„Niedawno zostałeś ojcem (…). Bóg objawi ci się przez twoją pracę” (s. 44) – zdania wypowiedziane przez spotkanego na targu wróżbitę zarazem określają życiową sytuację, jak i podsumowują wątpliwości nękające Mendlemana. Jak bowiem wyjaśnić przedziwny stan ducha mężczyzny pogrążającego się w depresji, podczas gdy jego żona lada dzień ma urodzić ich pierwsze dziecko? Wydawać by się mogło, że ponury nastrój Mendlemana związany jest z lękiem przed przyjęciem na siebie odpowiedzialności za nowe życie. Okazuje się jednak, iż strach stanowi zaledwie powierzchnię bardziej złożonego problemu. Nie tylko bowiem o konkretny przełomowy moment tutaj chodzi, lecz o całe życie bohatera, o powołanie, za którym powinien podążyć.

„Jestem obywatelem dwóch narodów, które nagle rozpoczęły wojnę” (s. 88) – stwierdzi w innym miejscu Mendleman. Wojna przebiega jednak nie poza bohaterem, lecz w jego sercu. Z jednej strony jest on świadomy ciążących na nim obowiązków męża i ojca – obowiązków o tyle trudniejszych, że – jak Mendleman boleśnie przekonuje się w dniu targowym – jego kunszt wytwórcy dywanów traci na znaczeniu w epoce masowej produkcji tanich przedmiotów i ich sprzedaży w wielkich domach handlowych. Z drugiej zaś strony bohater zaczyna rozumieć, że jego praca – żmudne i czasochłonne wykonywanie dywanów – jest czymś więcej niż rzemiosłem mającym przynieść zarobek; jest jego pasją, światłem jego dni, sztuką, w której ciągle trzeba się doskonalić, wreszcie, być może, jest sposobem na zbliżenie się do Boga.

„Obaj z synem powinniśmy studiować Talmud z takim namaszczeniem i rozwagą, jaką ty poświęcasz tkaniu swoich dywanów” (s. 25) – mówi Mendlemanowi rabin Sojer. W istocie rzeczy, przygotowanie każdego kolejnego dywanu jest dla bohatera aktem niemal uświęconym, próbą symbolicznego odwzorowania Bożego stworzenia w skrupulatnie tkanych splotach nici. Patrząc na świat wokół, Mendleman zastanawia się, jak oddać jego złożoność za pomocą swego rzemiosła. Kolejne kadry ukazują obrazek z targowego życia, który bohater przekształca w swej wyobraźni w symboliczny wzór. Jednakże nie tylko o odwzorowanie tu chodzi. Czymże bowiem byłby świat praktykującego Żyda bez Boga? Mendleman intuicyjnie próbuje wpleść boskość w świat, który tka na dywanie. Robi to bez najmniejszych skrupułów, jak bowiem stwierdza: „Dywan powinien przykryć podłogę, być solidny i trwały. Ale Bóg mówi nam też, że własny dom jest najświętszą przestrzenią. Sacrum i profanum nie mogą istnieć bez siebie” (s. 27).

Sposób, w jaki duchowy wątek zostaje wpleciony w „Dzień targowy”, bardzo przypomina strategię, jaką w swej pracy przyjmuje Mendleman. Z podziwu godną subtelnością James Sturm nasącza z pozoru błahą historię o jednym dniu z życia wytwórcy dywanów esencjonalnymi pytaniami. Tkany (to chyba dobre w tym kontekście słowo) przez niego obraz, mimo iż wydaje się matowy i przybrudzony niczym zużyty dywan, zawiera przecież kilka jaśniejszych, intrygujących elementów, takich jak wzór wschodu słońca, jaki wyobraża sobie Mendleman, czy czerwona chustka bawiącej się na targu dziewczynki. Sacrum nie jest tutaj osobnym, wyodrębnionym z codziennego świata wymiarem, choć istnieją sanktuaria umożliwiające pełniejszy z nim kontakt (pracownia bohatera z tkwiącym w nim krosnem). Sacrum jest elementem codzienności, być może nawet jego esencją – sensem pracy i podejmowanego trudu.

„Dzień targowy”, ze względu na swoją tematykę, wpisuje się w nurt żydowskiego komiksu, reprezentowany między innymi przez wcześniejsze dzieło Sturma, „Golem i Gwiazdy Dawida”. Próby klasyfikowania go nie oddadzą mu jednak należnej sprawiedliwości. Spotkanie z „Dniem targowym” to bowiem coś więcej niż lektura jednej z żydowskich powieści graficznych; to doświadczenie nieco inne przy każdej kolejnej lekturze. Niejako wbrew przytłumionym barwom oraz ciążącemu nad bohaterem ponuremu nastrojowi, tom oferuje zaskakująco wiele wrażeń. Melancholia Mendlemana jest wszak w pewien sposób nostalgią Sturma, a może nawet nostalgią całej zachodniej kultury, za żydowskimi osiedlami i targowiskami, za ich unikalnym klimatem i atmosferą. Na swój sposób jest być może także nostalgią za czasami, w których rękodzieło stanowiło jedną z dróg do poznania siebie i Boga, sposób kontaktu z drugim człowiekiem, a przedmioty codziennego użytku, wytwarzane nie w ramach bezosobowego systemu, lecz w prywatnych warsztatach, spajały w sobie codzienność z niezwykłością, sacrum i profanum.
James Sturm: „Dzień targowy” („Market Day”). Tłumaczenie: Grzegorz Ciecieląg. Wydawnictwo Komiksowe. Warszawa 2015.