Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (276) / 2015

Weronika Górska, Sabina Waszut,

DO ŚMIERCI MODLIŁA SIĘ I LICZYŁA PO NIEMIECKU

A A A
Weronika Górska: W „Rozdrożach” oraz w ich kontynuacji opisujesz historię swoich dziadków – Niemki Zosi i Polaka Władka, syna Powstańca Śląskiego, którzy pobrali się w maju 1939 roku i praktycznie na całą drugą wojnę zostali rozdzieleni. Na ile czerpałaś z rodzinnych opowieści, a ile zmyśliłaś, dodałaś, przerobiłaś? Czy podczas pracy nad obiema książkami korzystałaś z jakichś dokumentów, źródeł historycznych?

Sabina Waszut: Historia, którą opisuję, to w osiemdziesięciu procentach autentyczne przeżycia moich dziadków, opowieści, którymi byłam karmiona, zwłaszcza przez dziadka, od dzieciństwa. Oczywiście, trochę do ich życiorysów dodałam, gdzieniegdzie je troszeczkę przerobiłam, żeby stały się bardziej literackie, interesujące. Ponieważ zaczęłam pisać kilkanaście lat po śmierci dziadków, nie wszystko dobrze pamiętałam i nie o wszystko mogłam dopytać. Korzystałam zatem z wielu książek, dokumentów, opracowań historycznych i etnograficznych, zdjęć z epoki. Bardzo pomocna okazała się też moja praca w skansenie, gdzie można oglądać sprzęty domowe nie tylko z XIX wieku, ale też z pierwszej połowy XX. Szczególnie skupiłam się na kulturze materialnej, przedmiotach codziennego użytku.

W. G.: Właśnie na tę dbałość o szczegóły życia codziennego zwróciłam uwagę przy lekturze „Rozdroży”. Dokładnie opisałaś skrzynię i byfyj w mieszkaniu bohaterów, noszone przez Zosię sukienki, jej pierwszy kostium kąpielowy, ubogie, przedwojenne i wojenne menu. Mówisz, że wojennymi historiami raczył Cię głównie dziadek, a tymczasem w „Rozdrożach” skupiasz się bardziej na babci, piszesz z jej perspektywy, podczas gdy mąż jest obecny zaledwie w kilku scenach i listach pisanych z obozu jenieckiego czy z frontu. Czy babcia niechętnie opowiadała o tamtych czasach, o tym, że jako Niemka i zarazem żona Polaka, bywała szykanowana przez oba te narody, nawet przez własną teściową? Czy relacje babci i dziadka były zgodne, czy może się różniły?

S. W.: Babcia nie opowiadała niechętnie, ale stanowczo rzadziej od dziadka, który był typem gawędziarza. Dziadek kochał książki, snucie historii. Podobnie jak Władek z obu powieści był drukarzem, pisał też trochę do szuflady. Babcia częściej przywoływała smutne wspomnienia, dziadek zabawne. Ich wersje tych samych zdarzeń jednak się nie różniły. Byli też zgodni co do tego, że rodzina dziadka miała problem z akceptacją synowej Niemki; tak, jak to opisałam w „Rozdrożach”.

W. G.: Czy Twoja babcia czuła się bardziej Polką, Niemką czy Ślązaczką? W jakim języku mówiło się w domu twoich dziadków?

S. W.: Oboje czuli się przede wszystkim Ślązakami. Po wojnie, mimo szykan, przejściowych problemów ze znalezieniem pracy (w końcu dziadkowi udało się dostać posadę, bo był świetnym fachowcem, jednym z nielicznych, który umiał obsługiwać nowoczesne maszyny drukarskie), biedy, nie zdecydowali się wyjechać do Niemiec, jak większość rodziny babci. Jednak chociaż czuli się Ślązakami i rozumieli gwarę, nie posługiwali się nią. Dziadek, jako drukarz, wielbiciel książek, a później również radny, mówił piękną, literacką polszczyzną. Babcia przed ślubem porozumiewała się głównie po niemiecku, z polskim radziła sobie gorzej, ale przy dziadku się nauczyła i tylko czasami wtrącała niemieckie słówka, jak zresztą wielu ludzi na Śląsku. Jednak do śmierci modliła się i liczyła po niemiecku.

W. G.: Czy uważasz, że opisana przez Ciebie historia rodzinna jest typowa dla Śląska, Ślązaków?

S. W.: Jak najbardziej! Wielu Ślązaków po przeczytaniu „Rozdroży” stwierdzało, że opisałam dzieje ich własnych rodzin, mieszanych małżeństw, współistnienia na jednym obszarze Ślązaków, Polaków i Niemców. Z kolei w niektórych recenzjach zarzucano mi, że za mało skupiłam się na problemach tożsamościowych, że nie odpowiedziałam jednoznacznie na pytanie, które przed chwilą mi zadałaś – kim czuła się moja babcia. Ja jednak uważam, że zwyczajnych ludzi wielka polityka, problem określenia własnej tożsamości interesuje w niewielkim stopniu, póki nie przyjdzie jakaś historyczna zawierucha, wojna, zmiana granic, póki nie pojawi się propaganda szczująca jeden naród przeciw drugiemu. Przed wojną Ślązacy, Polacy i Niemcy żyli może nie w wielkiej przyjaźni, ale pokojowo w jednej kamienicy, na jednym podwórku, jak to opisałam w „Rozdrożach”. Ważniejsze okazywało się to, czy sąsiad jest w stanie pomóc, zwłaszcza że czasy były trudne, czy z sąsiadką można swobodnie poklachać, a nie to, jakie kto ma pochodzenie, tym bardziej, że na Śląsku często było to pochodzenie mieszane.

W. G.: Zatem chciałaś stworzyć historię mniej o wielkiej historii i polityce, a bardziej o życiu codziennym, o miłości, o trudnych wyborach, jakie podejmowała Zosia, mimowolnie w historię i politykę wplątana?

S. W.: Tak, dokładnie, właśnie na tym mi zależało. Nie znam drugiej książki opisującej wojnę z tej perspektywy. Zwykle są to męskie, frontowe opowieści bądź też historie pisane z perspektywy kobiet, ale Polek, nie Niemek ze Śląska.

W. G.: Myślę, że podczas wojny mężczyźni na swój sposób są uprzywilejowani. Ktoś inny mówi im, co mają robić, decyduje za nich, jak za Władka z Twojej książki, który najpierw znalazł się w Wojsku Polskim, potem w obozie jenieckim, a na koniec w Wermachcie, mimo że deklarował swoją polskość. Natomiast Zosia na co dzień stawała przed trudnymi wyborami. Musiała samodzielnie decydować na przykład o tym, ile sama zje, a ile jedzenia ofiaruje cierpiącej głód rodzinie, również nielubiącej ją teściowej. Musiała radzić sobie podczas przesłuchań gestapo w sprawie znajomego słuchającego BBC. Musiała uginać się przed naciskami, aby rozwieźć się z mężem-Polakiem. Potem, podczas ewakuacji urzędu miasta w Pszczynie, gdzie pracowała podczas wojny, musiała podjąć decyzję, czy ucieka do Niemiec przed zabijającą i gwałcącą Armią Czerwoną, czy wraca do rodziców i rodzeństwa, aby czekać na powrót Władka z wojny.

S. W.: Dokładnie. Myślę, że kobiety, które pozostają w domu, podczas gdy mężczyźni idą na wojnę, mają do spełnienia bardzo trudne zadanie, muszą utrzymać, wyżywić i ochronić przed licznymi niebezpieczeństwami swoich bliskich, swoje dzieci. Codziennie podejmują trudne wybory, często między mniejszym a większym złem.

W. G.: Właśnie dlatego zniesmaczyły mnie komentarze internautów dotyczące „Kobiety w Berlinie”, która opowiada o Niemkach wchodzących w romanse z oficerami Armii Czerwonej, aby w ten sposób uchronić się przed gwałtami szeregowych żołnierzy czy zdobyć jedzenie. W tych komentarzach raz po raz pojawiało się oburzenie na Niemki, które oddawały się za konserwę czy parę pończoch. Pisali je jednak ludzie, którym nigdy nie zabrakło ani konserwy, ani pary pończoch.

S. W.: Mnie też takie komentarze zniesmaczają. Myślę, że kobieta w trudnych warunkach, zwłaszcza gdy ma dzieci, jest w stanie zrobić bardzo wiele, aby po prostu przetrwać i ocalić najbliższych. W takich momentach honor schodzi na dalszy plan. Ktoś, kto nie przeżył takiej sytuacji, nie powinien jej oceniać.

W. G.: A propos trudnych wyborów. Zosia w „Rozdrożach” zachowała się bardzo heroicznie, odrzucając zaloty Eryka, swojego szefa, który przecież bardzo jej się podobał i który był dobrze sytuowanym, kulturalnym i wykształconym Niemcem. Czyn tym bardziej godny podziwu, że bohaterka bardzo krótko nacieszyła się mężem, zanim został zabrany do wojska, a potem przez sześć wojennych lat nawet rzadko kiedy dostawała od niego listy. Był dla niej bardziej postacią z fotografii, mitycznym bohaterem, niż mężczyzną z krwi i kości. Nie było wiadomo, czy żyje, czy wróci z wojny, a jeżeli tak, to czy będzie tym samym człowiekiem, w którym się zakochała, czy kimś zupełnie innym. Czy postać Eryka jest prawdziwa, czy fikcyjna?

S. W.: Eryk to właśnie część tych wymyślonych przeze mnie dwudziestu procent powieści. Babcia nigdy nie wspominała o adoratorach z czasów, gdy pracowała w urzędzie miasta w Pszczynie. Myślę jednak, że musiała ich mieć, podobnie jak inne dziewczyny w jej sytuacji. Przecież to były piękne, młode, samotne kobiety nie widzące od lat mężów. Jednak nawet jeżeli ktoś taki był w życiu babci, to jej miłość do dziadka przetrwała. Pamiętam ich z dzieciństwa jako bardzo zgodne, kochające się małżeństwo. Bardzo do siebie pasowali. Zresztą wówczas związki były znacznie trwalsze niż obecnie, ludzie bardziej się starali, aby przetrwały. Nie oznacza to wcale, że po wojnie, traumatycznych przeżyciach i kilku latach rozłąki ludzie wchodzili z powrotem w małżeństwo jak w masło. Na pewno trudno było zacząć wspólne życie od nowa, zwłaszcza w trudnych warunkach, w biedzie lat czterdziestych. Wymagało to czasu, wzajemnej tolerancji, wielu rozmów. Niektóre historie wojenne mąż opowiadał żonie czy żona mężowi dopiero po kilku latach.

W. G.: Jak długo pisałaś „Rozdroża” i ich kontynuację? Jak długo szukałaś wydawcy?

S. W.:Rozdroża” pisałam półtorej roku, łącznie ze zbieraniem materiałów. Wysłałam je do kilku wydawnictw. Po tygodniu otrzymałam maila od redaktor Muzy z informacją, że są wstępnie zainteresowani wydaniem książki. Miesiąc później podpisywałam umowę. Zaproponowano mi nie tylko publikację powieści, ale też stworzenie drugiej części. „W obcym domu” napisałam w ciągu pół roku. Myślę, że mój przypadek pokazuje, że nawet debiutant, osoba na początku literackiej drogi, powinna próbować swoich sił w dużych wydawnictwach oferujących dobre warunki. Nie ma powodu, aby w siebie nie wierzyć, bo tekst, który nam wydaje się średni, wydawców może zachwycić.

W. G.: Tak też się stało z twoimi „Rozdrożami”, debiutancką powieścią, która od razu została nominowana do Nagrody Anglelusa.

S. W.: Dla mnie to jest oczywiście ogromne, pozytywne zaskoczenie. Wydawało mi się, że napisałam kameralną historię rodzinną, a tu takie wielkie wyróżnienie!

W. G.: Czy masz już pomysł na trzecią powieść?

S. W.: Trzecia powieść już się pisze. Tym razem nie jest historyczna, ale też o Śląsku. O Śląsku współczesnym, w którym miesza się świat tradycyjnych rodzin robotniczych oraz młodych, nowoczesnych ludzi pracujących w korporacjach.

W. G.: Czy widzisz wokół siebie dużo tradycyjnego Śląska?

S. W.: Na moim osiedlu w Chorzowie Batorym, gdzie mieszka sporo starszych ludzi, sporo górniczych rodzin – tak. Natomiast kiedy jako mała dziewczynka mieszkałam na nowym osiedlu, na Klimzowcu, ze śląskością spotykałam się głównie w domu dziadków. Nie mówiłam gwarą, inne dzieci też nie. Gwara kojarzyła się wtedy z chacharami z familoków, była odbierana negatywnie. Teraz na szczęście się to zmienia. Moje dzieci chodzą w szkole na zajęcia z wychowania regionalnego, podobne zajęcia prowadzę też dla wycieczek szkolnych w skansenie. Oglądamy tradycyjne śląskie wnętrza, robimy wspólnie kluski śląskie, uczymy się gwarowych słówek.

W. G.: Czy w domu też kultywujesz w jakiś sposób śląskość? Robisz na obiad kluski śląskie z roladą i modrą kapustą?

S. W.: U nas w domu gotuje akurat mąż, który jest góralem. Przyrządza i potrawy góralskie, i śląskie, i całkiem nietradycyjne. Staramy się uczyć dzieci miłości do małej ojczyzny, znajomości jej historii, kultury, obyczajów. Myślę, że warto zachować w sobie śląską tradycję obok polskiej.

W. G.: Podziwiam kobiety, które tak jak Ty mają rodzinę, męża, dzieci, pracę i jeszcze znajdują czas na rozwijanie swojej pasji, na twórczość. Kiedy piszesz?

S. W.: Piszę zwykle wieczorami, kiedy dzieci już śpią. Staram się też wykorzystać sporadyczne wolne dni w ciągu tygodnia, a także weekendy, choć te wolę spędzać z rodziną i przyjaciółmi. Generalnie nie czekam na natchnienie, na nastrój, tylko tworzę wtedy, kiedy mam wolny czas, bo inaczej nigdy bym nie skończyła żadnej książki.

W. G.: Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę wielu sukcesów, zwłaszcza otrzymania Nagrody Angelusa!