Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (276) / 2015

Kinga Kasperek,

SATYRA Z KOŃCA INTERNETU (LUCJAN I MACIEJ: 'MAKE LIFE HARDER')

A A A
Gramatyka bestselleru
Każdy wytrawny surfer sieciowy dotarł na tak zwany kraniec internetu. Oblicze może mieć różne, jednak ci, którzy się tam znaleźli, doskonale wiedzą, o co chodzi. Teorie spiskowe, portale takie jak Kwejk czy 4Chan, satyryczne komiksy, vlogi komików, blogi poświęcone naprawdę zadziwiającej tematyce, zaskakujący fanpage. Treści, które z jednej strony są odrzucające, a z drugiej wciągają jak bagno. Guilty pleasure. I z tego krańca internetu wyłonili się oni – Make Life Harder. Dwóch chłopaków robiących sobie fotki w obciachowych outiftach i piszących posty na Facebooku, będące odpowiedzią na wpisy blogowe Kasi Tusk. Make Life Harder początkowo było kontrą wobec bloga córki ówczesnego premiera, promującej banalny lifestyle prosto z Sopotu. Kasia Tusk namiętnie rozpisuje się o najmodniejszych krojach sukienek, stylowych brunchach i balsamach do ciała, okraszając całość wysmakowanymi zdjęciami. Z założenia lekki i przyjemny dla oka blog (nie różniący się za wiele od dowolnego, kobiecego magazynu), stał się doskonałym celem parodii. Przesłodzona i przestylizowana rzeczywistość Kasi Tusk, ponoć dostępna dla każdego Polaka, została wzięta na celownik przez chłopaków z Make Life Harder, też pochodzących z Trójmiasta, którzy jednak promowali lifestyle zbudowany wokół beznadziei, biedy i klapek Kubota – symbolu złego gustu Polaków. Prosta droga do sukcesu?

Początkowo każdy wpis autorów fanpage'a Make Life Harder był odpowiedzią na wpis Kasi Tusk. Tak jak ona doradzali, jak zachować się na przyjęciu koktajlowym, gdzie wyjechać na wakacje i co zjeść na śniadanie. Jednak zamiast przyjęcia – domówka u kumpla przy jednym piwie, zamiast wakacji – zbieranie pieniędzy na nie, a w ramach śniadania – woda z kranu. A wszystko napisane ciętym, żywym i wulgarnym językiem. Nic więc dziwnego, że porady Make Life Harder szybko zdobyły sympatię, tysiące lajków i setki komentarzy, prześcigając w konkursie na popularność blog Kasi Tusk i przechodząc z „końca internetów” do sieciowego mainstreamu. Gdy odbierali nagrodę Sztorm Roku 2012 w kostiumach pluszaków, stało się coś znaczącego. Nagrodę wręczał im Stefan Chwin, chłopaki trafili na Pudelka, a wszyscy okrzyknęli ich królami internetu. Tego drugiego internetu. Satyra, lekko żenujący żart, „literatura artystyczna” (w postaci eleganckiego Chwina) postawiona w dość niewygodnej sytuacji, nagrody i popularność w obciachowych mediach – moment wręczenia Sztormów dobrze charakteryzuje całą działalność Make Life Harder.

Książka jest zbiorem wpisów z Facebooka uzupełnionych o felietony publikowane przez Macieja i Lucjana w czasopismach oraz o nowe teksty. Zbiór układa się w kalendarz prowadzący czytelnika przez najważniejsze wydarzenia z każdego miesiąca. Lucjan i Maciej są znawcami każdego aspektu życia i radzą, jak zachować się w kinie, przetrwać sesję i gdzie jechać na majówkę. Przybliżają Polakom takie trudne zwroty, jak brunch, ułatwiają przeżycie ślubu kolegi i wybranie prezentu na baby shower. Dzięki ich radom stereotypowy Polak, gardzący kulturą i z reklamówką z Biedronki w dłoni, nabierze niezbędnej ogłady. Książkę otwiera test, którego celem jest sprawdzenie, jak bardzo czytelnik jest człowiekiem światowym. Przy czym światowość oznacza tu lansiarstwo, używanie wtrąceń z angielskiego i ślepe podążanie za Zachodem. Publikacja kończy się podobnym testem na człowieka kulturalnego, gdzie kultura oznacza bycie wybitnym bufonem. Dodatkowo każdy miesiąc otwiera krótka charakterystyka tego okresu i horoskop dla osób urodzonych w tym czasie, wraz ze szczegółową charakterystyką i przebiegiem życia (tu dla urodzonych w marcu): „Zostałeś poczęty w czerwcu. Dokładnie w dniu, w którym twoi starzy świętowali koniec podstawówki. Pomimo patologii w dzieciństwie twoich rodziców wychowałeś się w domu pełnym miłości, zaufania i szacunku dla starszych. Ze względu na fakt, że ciebie i twoich rodziców dzieli tylko 15 lat różnicy, jesteście na ty. Często wspólnie braliście prysznic i oglądaliście filmy pornograficzne. Atmosfera w domu dobrze wpływała na twoje wyniki w szkole. W kolekcji masz więcej czerwonych pasków i wyróżnień niż znajomych w telefonie” (s. 55).

Teksty mogą bawić lub nie – wiele zależy od wrażliwości każdego z czytelników i dystansu. Język jest dosadny, autorzy często odwołują się do różnego rodzaju tabu i patologicznych sytuacji, ale piszą z takim wdziękiem i lekkością, łącząc absurd z szarą, smutną codziennością, że ich teksty po prostu bawią. Jest rubasznie, ironicznie i prosto, ale nie prostacko. Zza polskiej beznadziei, biedy, zacofania i dosadnego języka przedziera się świetna satyra na kolorowy, medialny świat, który (tak samo jak Kasia Tusk) mówi nam, że możemy osiągnąć wszystko. Lucjan i Maciej grają doskonale znanymi kodami kulturowymi z filmów, seriali, literatury i mediów, łącząc je ze smutną, szarą rzeczywistością. Bohaterowie książki, wszyscy Andrzeje, Janusze i Wieśki z Radomiów, Rzeszowów i Borzęcinów, ciągle starają się aspirować do czegoś więcej, a wychodzi jak zwykle. Autorzy śmieją się zarówno z warszawski, hipsterów, rolników, górników, feministek, gwiazd, bieżących wydarzeń, a najbardziej chyba z samych siebie.

„Make Life Harder” w równej mierze wywodzi się z tradycji Sowizdrzała i Marchołta, gazetowych felietonów w dobrym stylu oraz internetu. Teksty są krótkie, skondensowane i skonstruowane w sam raz na potrzeby sieci (według zasady „tl;dr”). Nie wiem, czy już możemy mówić o pewnym nurcie książek satyrycznych wywodzących się z Facebooka (wpisują się w ten styl również wydane przez „Frondę” „Lemingi. Młodzi, wykształceni, z wielkich ośrodków” pod redakcją Jerzego A. Krakowskiego), ale omawiana publikacja na pewno jest kierowana przede wszystkim do fanów sieciowego Make Life Harder. Jednak od publikacji frondowskiej odróżnia się ona opcją polityczną autorów – co prawda punktują w swoich tekstach wszystkich, ale z tekstu wyłania się obraz smutnego studenta/absolwenta kierunku humanistycznego, który rozczarowany życiem ripostuje rzeczywistość. Szczególnie tę lansiarską i glamour – do której nie chce lub nawet nie jest w stanie aspirować. Mam wrażenie, że Lucjan i Maciej wpisują swój tekst w dość polityczny kontekst – młodych rozczarowanych, którzy świetnie łapią przyspieszającą rzeczywistość, ale nie są w stanie osiągnąć swoich celów ze względu na – to najczęściej poruszany w publikacji temat – biedę i brak perspektyw. To właśnie odróżnia „Make Life Harder” od „Lemingów” – w tych ostatnich syci toczą bekę ze studenciaków pracujących w korpo, tu nierynkowi humaniści odgryzają się rzeczywistości. Jednak bieda, jak w tekście „jak oszczędzać”, nie jest wyłącznie smutnym doświadczeniem, ale równie dobrym (jak każdy inny) obiektem kpin: „W drodze do warzywniaka na skutek ekscytacji dostajesz rozległego zawału serca. Po trzech miesiącach żmudnej rehabilitacji wychodzisz ze szpitala z rachunkiem na 55 tys. złotych. Wizja ziemniaka bezpowrotnie znika za horyzontem. Umierasz w nędzy w wieku 154 lat, kiedy w kolejce do Caritasu zostajesz przygnieciony przez helikopter” (s. 24).

Znaczna część rad kończy się śmiercią, żenującymi sytuacjami (jak skrobanie pięt babci) i ogólną degrengoladą. Teoretycznie celem tych porad jest zwiększenie obycia Polaków, jednak polska rzeczywistość sprowadza wszystkie starania do tragicznego finału. Jest w tej poetyce biedy coś z filozofii „Zef”, wypromowanej przez zespół Die Antwoord z RPA, według której możesz być biedny, ale wciąż stylowy. Bieda jest w „Make Life Harder” opozycją do glamour promowanego przez celebrytów. Autorzy piszą o niej tak często i tak zabawnie, że z czasem staje się swego rodzaju wartością estetyczną, w pewnym stopniu pozytywną, a na pewno w końcu nie marginalizowaną i tabuizowaną. W polskiej biedzie, niemożności, cebulactwie i klapkach do sandałów można odnaleźć tę samą estetyczną ulgę, co w wystylizowanych sesjach dla kolorowych magazynów.

Zaplecze kulturowe autorów jest bogate. Często w swoich pozornie prostackich żartach odwołują się do tzw. tekstów z kultury wysokiej, które są jednak pretekstem do dalszych kpin jak, w „Co czytać, żeby znaleźć szczęście”: „1. Czytelnik ruskich książek i Houellebecqa – mała grupa, bardzo silna. Trzymają się pojedynczo, głównie gardzą. Mieszkają przeważnie w piwnicach, suterenach i akademikach UJ-otu, zawsze z siekierą pod poduszą. Uważają, że życie jest bez sensu; boją się much” (s. 229).

Widać, że literatura jest autorom bliska, chociaż przedstawiają ją jako rozrywkę nie pasującą w ogóle do polskich gustów. Poradnik dotyczący wieczorków poetyckich jest doskonały, zdania takie jak „wódka: zwana Jerzym Pilchem wśród alkoholi” (s. 125), wymyślone cytaty z poetów („Jeśli mam wybrać między szczęściem a nieszczęściem, to wybieram szczęście. Szczęście jest zajebiste – Wisława Szymborska” s. 221), tak naprawdę świadczą, że „Make Life Harder” nie jest śmieszną książką napisaną przez dwóch błaznów, ale doskonałą satyrą na rzeczywistość. Gorzką, świetnie wyważoną i trafną. Podczas promocji książki, napisanej pod pseudonimami Lucjana i Macieja, okazało się, że za projektem stoją Rafał Żabiński i Jakobe Mansztajn. O autorach nie wiemy zbyt wiele, sława, wywiady w najważniejszych czasopismach i góry złota dopiero przed nimi. Zajmują się copywritingiem, a Jakobe Mansztajn jest laureatem Wrocławskiej Nagrody Silesius 2010 w kategorii „debiut roku”. Czyli nie gimbaza, a jedni z nas. Nie nastoletni królowie internetu, ale raczej felietoniści 2.0.

Fenomen tej książki jest więc fascynujący. Autorzy trafiają zarówno do studentów, fanów niezbyt wyszukanego humoru, jak i czytelników ceniących ciętą ripostę i mocną satyrę. Książka, pomimo internetowego rodowodu i niewybrednego języka, jest bardzo literacka – głównie ze względu na wspominany warsztat autorów. Może tylko bezpośredni język i patologiczne metafory odróżniają je od najlepszych, literackich felietonów. Nie jest to książka dla każdego, ale ja śmiałam się przy niej do łez.
Lucjan i Maciej: „Make Life Harder”. Prószyński i S-ka. Warszawa 2015.