ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (277) / 2015

Krzysztof Ociepa,

GANGSTER Z ODZYSKU, GLINIARZ TEŻ (MARSYLKSI ŁĄCZNIK)

A A A
Nostalgia rządzi kinem gangsterskim. Tym razem szalone lata 70. i Marsylia jako French connection, czyli kanał, którym ze Starego Kontynentu narkotyki dostawały się do Nowego Świata. To tutaj trafia Pierre Michele (Jean Dujardin) – sędzia, który dotychczas zajmował się płotkami narkotykowego biznesu, a teraz staje na czele wydziału antynarkotykowego marsylskiej policji. Zadanie ma niezwykle trudne, bo jego przeciwnik, boss Gaëtan „Tany” Zampa (Gilles Lellouche), nie tylko trzęsie półświatkiem, lecz ma także na liście płac pracowników lokalnej policji.

Akcja filmu rozwija się dwutorowo: widz w szczegółach dowiaduje się, jak przebiega praca policjantów z wydziału narkotykowego, a jednocześnie dostaje wgląd w mechanizmy rządzące światem przestępczym. Paralelizm obejmuje także życie prywatne bohaterów: obaj są przykładnymi mężami i ojcami. Ten sposób prowadzenia opowieści nie jest oczywiście niczym nowym w kinie gangsterskim. Najbardziej spektakularnie został chyba wykorzystany w „American Gangster”  Ridleya Scotta, gdzie efektownie odmalowany klimat lat 60. i 70. był tłem dla pojedynku policji i mafii (która notabene bardziej niż organizację przestępczą przypominała wielką korporację). Światy te reprezentowane były przez aktorsko przekonujących Denzela Washingtona i Russella Crowe’a.

„Marsylski łącznik” to niestety tylko blada kopia hollywoodzkiej produkcji. Film został nakręcony przyzwoicie, ale jest to przyzwoitość rodem z podrzędnego kina sensacyjnego, gdzie niby wszystko jest tak, jak trzeba, ale właściwie nic się nie klei, a widz skazany jest na kontemplowanie oczywistości. Oczywiste jest na przykład, że sędzia Michele to facet, który nigdy nie odpuszcza – wydaje się uparty do tego stopnia, że nadmierne zaangażowanie w pracy spowoduje kryzys w jego małżeństwie. Po drugiej stronie też brakuje niespodzianek – przestępcy działają według własnego kodeksu, od którego odstępstwa karane są zawsze w jeden sposób. Przywódca przestępczego świata to bezwzględny typ, dla którego zabić to tyle, co splunąć, ale ma słabość do swojej żony, której niczego nie odmawia, a to oczywiście będzie przyczyną jego kłopotów. Zgodnie także z klasycznymi regułami gatunku, jedynym zadaniem pań jest przeszkadzanie mężczyznom w realizacji ich życiowych ambicji. Sytuacja jest więc do bólu schematyczna i wszystko zależy od tego, jak w tym schemacie odnajdą się aktorzy. Niestety, jedyne, co w tym przypadku potrafili oni wykrzesać ze swoich ról, to pojedynek nudnego gliniarza z nudnym bandziorem. O charyzmie hollywoodzkich gwiazdorów z filmu Ridleya Scotta trzeba tutaj zapomnieć.

Zapewne zwyczajność bohaterów w połączeniu z paradokumentalną formą tworzy wrażenie obcowania z obrazem bliskim rzeczywistości. Mam jednak nieodparte wrażenie, że intencją reżysera w równym stopniu było wyzyskanie wiarygodności paradokumentalizmu, co stworzenie emocjonującego widowiska. Bez bohatera, który mógłby porwać publiczność, jest to zadanie z gatunku mission impossible.

Reżyser ratuje nieco sytuację za sprawą kolejnych kulminacji, do których dochodzi przy okazji scen akcji. Widać, że twórca lepiej się czuje, portretując ludzi w działaniu, niż kiedy stara się psychologizować. Szkoda tylko, że nawet wtedy nie dowiadujemy się o bohaterach niczego nowego. Gliniarz zachowuje się jak gliniarz, a bandzior jak bandzior. Nic dodać, nic ująć.

Nostalgiczny klimat wpisany w tkankę kina gangsterskiego też wypada tu blado. Reżyser poskąpił widzom znaku czasów w postaci muzyki i mody, co jest o tyle zaskakujące, że żona gangstera zajmuje się prowadzeniem dyskoteki, o której w filmie mówi się jako o największym klubie tanecznym we Francji. Cóż z tego, skoro w fabule ów klub to tylko spełniona zachcianka bohaterki, na dodatek będąca przyczyną kłopotów: kosztował fortunę i przynosi straty.

Zastanawiające jest to, jak w gruncie rzeczy skromnie wygląda życie przestępczej elity. Mowa tu o wielkich pieniądzach, ale bogactwa i blichtru jak na lekarstwo. Właściwie nie ma czego zazdrościć. A przecież konwencja nakazuje nam, abyśmy chociaż przez chwilę pomarzyli o pełnym luksusu i beztroskim życiu człowieka lekceważącego wszelkie zakazy i mającego to, czego zapragnie. Wykroczenie przeciw gatunkowi ma swoje konsekwencje. Film nie ma widzowi niczego do zaoferowania. Świat przedstawiony w „Marsylskim łączniku” nie uwodzi, a skoro tak, to tęsknota za starymi dobrymi czasami jest tu mocno umowna. To zaś sprawia, że jedynym uczuciem, jakim widz może obdarzyć ów film, jest obojętność – i tak dzieje się, niestety, podczas całej projekcji.
„Marsylski łącznik” („La French”). Reżyseria: Cédric Jimenez. Scenariusz: Audrey Diwan, Cédric Jimenez. Obsada: Jean Dujardin, Gilles Lellouche, Céline Sallette i in. Gatunek: kryminał. Produkcja: Belgia / Francja 2014, 135 min.