Wydanie bieżące

1 lipca 13 (277) / 2015

Magdalena Kempna-Pieniążek,

KRAINA CISZY I CIEMNOŚCI THOMASA OTTA (R.I.P.)

A A A
Nikt w bardziej trafny sposób nie określi fenomenu i stylu Thomasa Otta niż on sam. Jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji zapoznać się z pracami tego niekwestionowanego mistrza niemego komiksu, to – biorąc do ręki „R.I.P.” – powinien zacząć lekturę tomu od końca. Na zadrukowanych drobną czcionką stronach o numerach 190 i 191 autor dosłownie jednym tchem wymienia swoje niezliczone inspiracje. Czegóż tu nie znajdziemy! Jest Quentin Tarantino, jest i Jan Švankmajer, Motörhead sąsiaduje z Romanem Polańskim, a Ennio Morricone pojawia się dwie linijki nad Christopherem Lee, umieszczonym zresztą obok Królika Bugsa. Są tu takie ikony kina grozy, jak Max Schreck czy Boris Karloff, i tacy mistrzowie komiksu, jak Art Spiegelman. Żadna z postaci nie pojawia się przypadkowo – każda pozostawiła ślad na nietuzinkowym dziele Otta.

Wbrew pozorom i tej iście postmodernistycznej litanii intertekstów, prace zamieszczone w „R.I.P.” nie są tylko czczą zabawą w cytowanie i parodiowanie. Owszem, Ott pełnymi garściami czerpie z olbrzymich zasobów popkultury, miesza komercyjną „pulpę” z wysokoartystycznymi inspiracjami, nieustannie ironizuje i kwestionuje wszelkie świętości. Równocześnie jednak, wypowiadając postmodernistyczną maksymę „wszystko już było”, zdaje się porozumiewawczo mrugać do czytelnika. Wszystko? Może i wszystko, ale nie tak jak tutaj.

Album „R.I.P.” zabiera nas w podróż do mrocznej krainy wyobraźni Otta, gdzie trup ściele się gęsto, a przed upadkiem w otchłań smutku może uchronić jedynie ironia i wyjątkowo czarne poczucie humoru. Jak każdy rasowy twórca neo-noir, artysta opowiada historie o zbrodni, namiętności, szaleństwie i przytłaczającym świecie, w którym nigdy nie kończy się noc. Jest przy tym, oczywiście, bardzo świadomy konwencji, po które sięga. Pierwsze z zamieszczonych w „R.I.P.” opowieści noszą podtytuł „a crime suspense story”, w klasycznym kinie stosowany często w odniesieniu do filmów noir. Prace Otta nie są jednak w żadnej mierze imitacją tamtego stylu. Obok „crime suspense stories”, pojawia się więc w tomie i „shock suspense story”, wreszcie zaś „a fucking war story”. Żywiołem tej twórczości jest gatunkowa hybrydyzacja idąca w parze z grą z odbiorcą i jego oczekiwaniami. Jednakże tylko nieliczne prace, takie jak „Massacre Melodies”, „Dawn of the Dead” czy – doskonałe w swej klasie – „10 Ways to Kill Your Husband”, stanowią bezpośrednią parodię motywów obecnych w popkulturze.

Z makabrycznych wizji podszytych ironią i absurdem, jakich nie powstydziliby się bracia Coen (również wymienieni na liście inspiracji), wyłania się ciemna idea egzystencji. Idea ta znajduje wyraz już w formie, po jaką sięga twórca. Światy Otta wydobywają się z czarnych plansz jako seria drobniuteńkich jasnych nacięć (artysta dosłownie wydrapuje kadry ostrym narzędziem na czarnym kartonie). Inaczej niż większość twórców neo-noir, Ott nie musi pracować nad tym, by skąpać świat przedstawiony w mroku – u niego świat przedstawiony zawsze przecież z mroku wychodzi, przebija się z czerni i do czerni powraca. I nawet jeżeli autor nie stara się nadać temu faktowi metafizycznego wymiaru (pewne wątpliwości budzi w tym aspekcie nowela „G.O.D.”), to konsekwencja, z jaką w jego przypadku akcent w słowie „światłocień” pada na ostatnią sylabę, daje do myślenia.

Podobnie zresztą jak to, że postaci Otta milczą. Słowo, owszem, pojawia się w jego pracach – autor często stosuje przewrotne tytuły i podtytuły, umieszcza w wybranych kadrach rozmaite napisy, gra ze skojarzeniami, jednakże w jego komiksach nie ma dialogów. Czasem przedstawione przez niego postaci porozumiewają się ze sobą (na ogół w zbrodniczych celach), wystarczą im jednak do tego wymowne spojrzenia i sugestywne gesty. Na poziome marketingowym zabieg taki jest oczywiście fenomenalnym chwytem nadającym pracom Otta wymiar utworów kosmopolitycznych – tych kilka niezbędnych napisów po angielsku zrozumie przecież niemal każdy. Metoda ta stanowi także, rzecz jasna, firmowy znak autora. Tkwi w niej jednak chyba coś jeszcze. Pomijając groteskowe wizje śmierci (w tym samobójstw), makabrycznie zabawne fabularne „twisty” oraz galerię żałośnie śmiesznych postaci, prace Otta ogląda się (bo już nie czyta) jak najlepsze filmy niemieckiego ekspresjonizmu filmowego – to groza w czystej, niemej postaci. I tak samo jak w niemieckim ekspresjonizmie, ludzie przedstawieni przez Otta nie rozmawiają, bo nie są w pełni ludźmi – może niekoniecznie wydają się fantomami, widmowymi znakami innego porządku jak Nosferatu czy doktor Caligari, ale – podobnie jak wspomnianym postaciom – trudno przyznać im status pełnoprawnych podmiotów; to raczej cienie własnych żądz, zgubnych ambicji i mrocznych instynktów niż osoby posiadające oryginalną tożsamość.

Historie opowiadane przez Otta – takie jak „The Job”, „The Millionaires”, „La Fiancée du Lapin” albo (niepomieszczeni w recenzowanym tomie) „Nowożeńcy” – bardzo często prowadzą donikąd, to znaczy do makabrycznej trawestacji własnego początku. W pewien sposób opowiadają się same, a przyświecająca im idea błędnego koła, niekończącego się powtórzenia z (tylko drobną) różnicą prowadzi do pesymistycznego wniosku: nie ma ucieczki z ponurego świata, w którym wszyscy i wszystko skażone jest żądzą zysku i mordu.

Kraina ciszy i ciemności (reżyser filmu pod takim tytułem, Werner Herzog, także znalazł się w spisie inspiracji na końcu tomu), do jakiej wiodą historie Thomasa Otta, fascynuje i inspiruje. Niełatwo jest także uwolnić się spod jej wpływu na długo po lekturze. Pięknie wydany przez Kulturę Gniewu album działa jak przynęta – ci, którzy po niego sięgną, najprawdopodobniej będą chcieli więcej: więcej noirowych historii wydrapanych skalpelem w kartonie i więcej czarnego humoru w najmroczniejszych opowieściach.
Thomas Ott: „R.I.P. The Best of 1985–2004”. Wydawnictwo Kultura Gniewu. Warszawa 2015.