Wydanie bieżące

1 lipca 13 (277) / 2015

Katarzyna Szkaradnik,

'...A JA, KOPCIUSZEK, ODPOWIEDZIAŁAM: DO NOWEGO JORKU!' (ELIZABETH WINDER: 'SYLVIA PLATH W NOWYM JORKU')

A A A
(Tytułowy cytat pochodzi z tomu
korespondencji Sylvii Plath „Letters Home”)
Kiedy jest się emocjonalnie związanym z bohaterem (tu: bohaterką) biografii, trudno nie oceniać takiej książki przez pryzmat własnego afektu. Autor (tu: autorka) narażony jest wtedy wyjątkowo na zarzut uproszczeń lub nawet szkalowania obiektu narracji, szczególnie jeśli w grę wchodzi bohater-legenda. Tymczasem Elizabeth Winder explicite zdecydowała się wpompować krew w mdławą legendę Sylvii Plath, zniuansować jej wizerunek, zdjąć klątwę, jaka spowija ją w oczach kolejnych pokoleń. Służyć temu ma wszechstronna rekonstrukcja okresu bez wątpienia przełomowego w życiu literatki, czyli czerwca 1953 r., który w gronie dwudziestu szczęściarek (?) z całych Stanów spędziła w Nowym Jorku na stażu w poczytnym żurnalu dla dziewcząt. Dwa miesiące później dwudziestoletnia Sylvia podjęła pierwszą próbę samobójczą.

Co frapujące, w systematycznie pisanym przez nią dzienniku z okresu nowojorskiego pochodzi zaledwie jedna notatka, i to dotycząca głośnej egzekucji pary radzieckich szpiegów. Czytelnicy kultowego „Szklanego klosza” wiedzą wprawdzie, że autorka przepracowała tam perypetie pamiętnego czerwca, lecz za sprawą artystycznej kreacji literalny odbiór powieści okazuje się zwodniczy, a jej protagonistka, alter ego Plath, wydaje się tyleż ego, co alter. Zresztą właśnie owa powieść w dużej mierze utrwaliła obraz poétesse maudite. Dlatego, zamierzając dotrzeć do „prawdy”, Winder pociągnęła za język ówczesne towarzyszki bohaterki książki (część reszty stażystek), wykorzystała wypowiedzi jej bliskich oraz jej prywatne zapiski. Czy ta wielogłosowa mozaika odkrywa przed nami inną Sylvię? I czy jest to zarazem nadal ta Sylvia, którą – by zacytować klasyka – wszyscy znają i kochają?

Nim oszacuję zakładaną rewolucyjność treści „Sylvii Plath w Nowym Jorku”, zacznę od rozwiązań konstrukcyjnych, tym bardziej że – zdaniem Winder – interesująca nas twórczyni „mocno wierzyła w wewnętrzną mądrość formy” (s. 124). A forma jej nowej biografii nie da się wtłoczyć w biograficzną sztancę. Skoro, zamiast odtwarzać dukt życia podług chronologii, autorka postawiła na „opis gęsty”, nie dziwi, że linearna narracja została zastąpiona układem koncentrycznym. Owszem, rozdziały główne odmierzają kolejne tygodnie stażu, ale dzielą się na cząstki-epizody, rozdrobnione jeszcze przez oddanie mikrofonu różnym bohater(k)om – jakby świadkom przedstawiającym własną wersję zdarzeń. I jeśli z początku towarzyszyły mi obiekcje, czy książka Winder nadaje się do omówienia w dziale „Literatura” (nie „Idee”)„artPapieru”, to szybko stwierdziłam, że przypomina reportaż, z wątkami i opiniami zestawionymi niekiedy na zasadzie ostrego montażu.

Trop postmodernistyczny? A owszem. Znamienne dla niego zacieranie się gatunków przybiera tu jeszcze inne oblicze: rozlokowanie i graficzne wyróżnienie wstawek przywodzi na myśl kolorowe czasopisma lub strony WWW. Więcej kontrowersji budzi zbliżenie się do owych wzorów pod względem zawartości, czego przykładem rejestr „Chłopcy 1952–1954” – lapidarna i tendencyjna charakterystyka sympatii Plath, albo rubryki „Ciekawostki” oraz „Słownik wieku dojrzewania” – dane o idolce rodem z magazynów dla gimnazjalistek. Nie tylko poznajemy wygląd buteleczki ulubionych perfum Sylvii i barwy, w jakich urządziła swoją sypialnię, lecz nawet dowiadujemy się, że – uwaga, spoiler – nasza bohaterka piłowała paznokcie na półokrągło… Czyżby mroczna „Lady Łazarz” zrobiła tu woltę i stała się innego rodzaju ikoną: gwiazdką spod znaku Disney Channel? Notabene, Winder (skądinąd również młoda poetka) sprawia wrażenie wyraźnie urzeczonej osobowością Plath, „silną, musującą, niemal kipiącą” (s. 159). Trzeba jednak oddać jej sprawiedliwość, gdyż nie serwuje wyłącznie błahostek, przeciwnie – porusza dramatyczne i doniosłe kwestie obyczajowe. W rezultacie biografia (w obu znaczeniach) autorki „Ariela” jawi się jako pełen sprzeczności amalgamat.

Jak wspomniałam, Winder ma na celu zmycie z bohaterki piętna tragizmu, ukazanie w niej młodej dziewczyny zauroczonej sensualnym aspektem świata, zaabsorbowanej flirtami, fatałaszkami, potańcówkami i uciechami stołu, chcącej prezentować się modnie i seksownie. Stąd osobliwa koncentracja autorki na materialnych detalach i drobiazgowe opisy garderoby czy potraw, a niektóre passusy, gdyby należały do fikcji, mogłyby służyć za egzemplifikacje banalizmu („W kawiarence na parterze Sylvia wypiła sok owocowy, zjadła jajko, dwa tosty i popiła kawą – wydała pięćdziesiąt centów. Jadła z apetytem, bo śniadanie było jej ulubionym posiłkiem” [s. 49]). Częściej może drażnić nie tyle trywialność, ile powielanie informacji, np. że Plath ubóstwiała opalanie i malowanie ust na czerwono albo że pisząc ręcznie, nie łączyła liter, a kilkukrotna wzmianka o stosowaniu przez nią określonego szamponu zakrawa na tzw. lokowanie produktu…

Na szczęście, powtórzę, na takich zabiegach Winder nie poprzestaje. Udowodnić, że autorka „Kolosa” nie była wyobcowaną introwertyczką, ale „zwykłą” rozrywkową studentką college’u, mogą przecież najdobitniej pozostałe „piękne dwudziestoletnie” z elitarnej grupki stażystek czasopisma modowo-kulturalnego „Mademoiselle”. Ich narracje z rozmaitych stron oświetlają Sylvię, tworząc jej trójwymiarowy obraz, jednak nie mniej ważne okazują się ich własne losy. Dzięki temu odwołaniu do samych uczestniczek czujemy się dopuszczeni do ich przeżyć, zwłaszcza atrakcji oferowanych przez redakcję: bankietów, balu, meczu, pokazów mody, spotkań z osobistościami (typu odwiedziny w salonie Heleny Rubinstein). Oglądamy scenki rodzajowe, w których nie brak momentów sensacyjnych (ryzykowne randki w ciemno, kompromitacja Sylvii pierwszego dnia pracy), śledzimy zżywanie się dziewcząt o odmiennym pochodzeniu i doświadczeniach. Mimo napiętego harmonogramu ich wszystkich tylko Plath nie traktowano niczym maskotki, lecz obarczono masą nużących obowiązków gościnnej sekretarz redakcji. Suponując, że przytłoczyły one naszą bohaterkę, Winder ukazuje ją (ze zrozumieniem) jako nieco próżną: „Boleśnie odczuwała odsunięcie jej od świecidełek i zabawy” (s. 121).

Niemniej rzeczony trójwymiarowy obraz widzimy jakby bez okularów – rozdwojony. Autorka biografii usilnie akcentuje fakty czyniące bohaterkę „jedną z nas (?)”, jakkolwiek zabawnie brzmi np. twierdzenie: „Sylvia uwielbiała być na kacu, pod warunkiem, że mogła wtedy pić sok, jeść zimne brzoskwinie i pisać w swoim dzienniku” (s. 165). Co rusz podkreśla bujny temperament młodej literatki, przejawiający się w dziarskości, dowcipie, niezależności, czasem nieokrzesaniu. Uparta Plath-fanka nie wahała się czatować na swojego literackiego idola pod jego pokojem hotelowym przez kilkanaście godzin. Kusicielska Plath-amantka miała kawalerów na pęczki i trochę cyniczny do nich stosunek. Według jej ponoć najbliższej koleżanki ze stażu, Carol LeVarn: „Byłyśmy (…) roztrzepanymi dziewczynami, które świetnie się bawią i zakładają, że ich życie będzie wspaniałe” (s. 149). A zatem „ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat, przed nami siódme niebo…”.

Czy jednak przyszła autorka „Szklanego klosza” była wtedy wyłącznie beztroska i zanurzona w dolce vita? Interesujące, jak towarzyszki post factum dopatrują się w niej symptomów odrębności, kierując się domniemanymi oczekiwaniami rozmówczyni („Myślę, że to był właśnie przypadek wrażliwości na szczegół, charakterystycznej dla pisarzy i artystów” [s. 134]) lub potocznymi wyobrażeniami na temat osób z zaburzeniami osobowości („Nigdy nie widziałam Sylvii w psychotycznym stanie, […] histerycznie rozchichotanej albo pogrążonej w depresji” [s. 173]). Winder jest doskonale świadoma nienagłości późniejszego załamania bohaterki i stara się znaleźć najróżniejsze wyjaśnienia tego, iż jej wielka wyprawa z wielkimi nadziejami do wielkiego miasta (a zarazem wielkiego świata) skutkowała nie tylko wielkim oczarowaniem, ale i rozczarowaniem.

Można powiedzieć, że owo wypalenie tłumaczy trojakim klimatem. Po pierwsze, iście tropikalnymi upałami szalejącymi latem 1953 r. w „Wielkim Jabłku”. Po drugie, atmosferą w domu Plath, gdyż wbrew tytułowi autorka nie ogranicza się do urywku w postaci miesiąca, kiedy stażystki opracowywały numer uczelniany „Mademoiselle”. Na potrzeby ekskursji w przeszłość Winder cytuje dziennik i listy Sylvii, a nawet pozwala sobie na dywagacje nad wpływem, jaki miała na nią relacja jej rodziców. Po trzecie (last but not least), odtwarza klimat epoki, czyli spogląda nie tylko w głąb, lecz również wszerz, malując intrygującą panoramę lat 50., ongisiejszych mód i obyczajowości. Tu właśnie (w różnych miejscach, zgodnie z dygresyjną kompozycją książki) wzmiankowane skupienie na drobiazgu objawia się w całej okazałości. Otrzymujemy istną litanię – części i fasonów garderoby, dań, konkretnych marek np. obuwia, odcieni szminek (z hitem sezonu, Koronacyjnym Różem, na cześć intronizacji Elżbiety II), elementów wystroju wnętrz – co przywodzi na myśl enumeracje znane m.in. z Pereca i co pomaga zwizualizować sobie serce Ameryki z połowy ubiegłego wieku. Wiadomości na temat czołowych projektantów, popularnych fryzur etc. pewnie zaciekawią koneserów mody vintage i „słodkich lat 50.”. Można jednak odnieść wrażenie, iż Winder nakreśla kontekst kulturowy powierzchownie i wybiórczo, zbytnią wagę przykładając do rozmaitych smaczków i plotek („Redaktorka działu mody Kay Silver jadała obiady z Gretą Garbo i jej »przyjacielem«. Garbo niemal kroiła mu mięso” [s. 53]). Słowem: skoro mowa o lecie, to i lektura w sam raz na porę wypoczynkową.

Wszakże niezupełnie – i tu wracam do tłumaczenia wypalenia Plath klimatem epoki. Wkomponowując jej portret w tło nęcącej metropolii, autorka usiłuje wskazać społeczne determinanty sytuacji Sylvii oraz innych ambitnych dziewcząt, które (jak zwyciężczynie konkursu „Mademoiselle”) ściągały tam tłumnie, skuszone szansą odmiany: splendoru czy po prostu samostanowienia i samowystarczalności. Wzór większej aktywności zawodowej kobiet pozostał po okresie wojny, a u młodszych widoki na przyszłość wspierał fakt, że wzięciem zaczynały się cieszyć modelki w typie „dziewczyny z sąsiedztwa”. Jak się jednak wydaje, symbolem ich doli byłby zbudowany właśnie dla takich singielek hotel Barbizon na Manhattanie, gdzie zamieszkały stażystki i gdzie „Początkujące aktorki, pisarki, redaktorki i modelki rozkwitały, ale i więdły między różowymi ścianami” (s. 21). Koleżanka Sylvii wyznaje: „Jeśli (…) myślałyśmy o robieniu kariery (…), liczyłyśmy na własne mieszkania, bo utknięcie w Barbizonie było jak ślepa uliczka, niczym posada guwernantki dla dziewczyny z epoki wiktoriańskiej” (s. 131). Co więcej (a co można w biografii Plath wyczytać między wierszami), okazuje się, że większość w najlepszym razie mogła liczyć na… utknięcie za biurkiem sekretarki.

Nakłada się tu na siebie kilka problemów. Pierwszy sięga wymiaru ekonomicznego i tego, skąd młode Amerykanki brały pieniądze na wyliczane przez Winder luksusowe gadżety i usługi. Owszem, akurat staż w „Mademoiselle” był płatny, jednak trudności finansowe są w książce bagatelizowane – raz tylko przejściowo dają o sobie znać. Czy zresztą dziś studia nie rozbudzają ambicji, które potem brutalnie weryfikuje codzienność? Druga kwestia jest natury psychologicznej: chodziłoby o napięcie między „małą stabilizacją” i galopującym wzrostem konsumpcji a poczuciem zagrożenia i niepewności doby zimnowojennej. Trzeci problem to dylemat, z jakim borykały się nie tylko studentki sprzed paru dekad: jak pożenić niezależność z atrakcyjnością, jak być olśniewającymi, a zarazem cenionymi za walory intelektualne? Sama Winder nierzadko nazywa swe bohaterki ślicznymi, uroczymi i, dalibóg, nie potrafię ocenić, ile w tym ironii. W każdym razie „Sylvia Plath w Nowym Jorku” zwraca uwagę, że stażystki nie tylko obserwowały pokazy, ale też same bez ustanku wystawione były na pokaz, w którym bardziej niż zdolności punktowano perfekcyjną prezencję. Nawet wymagania redakcji magazynu kolidowały z sobą, w istocie krępując ruchy dziewcząt, czego znakomitą metaforą zdaje się sesja mająca na celu „uchwycenie »swobodnego studenckiego stylu«. Jednak pod maską swobody dziewczyny w obcisłych pasach elastycznych spływały potem” (s. 75). Czwarty problem, spleciony z poprzednim, stanowi niejasna pozycja, jaką wyznaczało im społeczeństwo. Po pierwsze więc idealna czytelniczka „Mademoiselle” mogła poszczycić się wykształceniem oraz sukcesami, lecz taka samorealizacja nie dała się pogodzić z pożądaną rolą żony-matki. Po drugie, środowisko wpajające nowoczesnym kobietom liberalne poglądy, rozbudzające pragnienia i dostarczające coraz liczniejszych pokus wciąż jednak za uleganie owym pokusom płaciło im potępieniem i pogardą.

Zagadnieniom tym poświęcam tyle miejsca, bo i w omawianej książce nie wydają się marginalne, autorka najwidoczniej identyfikuje się z ideami feministycznymi i u samej Plath dostrzega dramat sprzeciwu wobec podwójnych standardów dla płci. Tym dotkliwszych w skutkach w epoce przed wynalezieniem wiadomej pigułki i gdy obowiązywało prawo, które zakazywało propagowania treści obscenicznych – wliczając informacje o antykoncepcji… Zawieszenie między chęcią czerpania z życia doznań zarówno fizycznych, jak umysłowych a widmem cichej aborcji lub pośpiesznego małżeństwa i pieluch skwitowała z humorem Laurie Glazer: „Sylvia i ja uważałyśmy, że możemy robić wszystko to, co mężczyźni. Ale za bardzo ich lubiłyśmy – i to był problem” (s. 209). „My” należałoby tutaj jednak rozumieć szerzej: niepostrzeżenie biografia Plath przeobraża się w konterfekt (co najmniej jednego) pokolenia zachodnich kobiet.

Wszakże dla feministek dyskusyjne może być podkreślanie kokieteryjnego oblicza Sylvii, dążenia do bycia tzw. rasową kobietą przez strojenie się i chłonięcie konsumpcyjnej oferty Nowego Jorku. Czyż desperacki gest na dachu Barbizonu w noc przed odjazdem nie zapowiadał jej kolejnych protestów przeciw prymatowi dóbr materialnych? Oprócz tego typu ambiwalencji bohaterki – które odzwierciedlają antynomie społeczeństwa – znajdziemy także inne. Otóż Winder sugeruje, iż Plath zdeprymowało przeoczenie przez redakcję czasopisma o modzie jej wyczucia formy oraz swoistego zmysłu wizualnego przekładającego się na talent do projektowania. Paradoksalnie zatem do ważnych przyczyn frustracji przyszłej literatki należałoby zaszufladkowanie jej jako literatki… Niemniej przymus bycia jednowymiarową wobec równoczesnej niemożności przystania na jeden schemat życia zdaje się kluczem do zrozumienia trajektorii losów amerykańskiej twórczyni.

Za jednowymiarową nie uznałabym też książki Winder. Nie chodzi nawet o rozbieżne fakty, bodaj nieuniknione przy takim nasyceniu treści danymi (np. na s. 62 czytamy, jak to Sylvia wydatkowała się na „wyrafinowane przyprawy”, zaś na s. 135, że „uwielbiała proste świeże jedzenie” – co ostatecznie nie musi się wykluczać). Niejednoznaczność analizowanej pozycji zasadza się raczej na mieszance zalet i wad, stylów, wreszcie stanowisk i ocen. Plusem jest na pewno dotarcie autorki do towarzyszek Plath z Barbizonu, natomiast sporo wiadomości jej polski wielbiciel może sam wydobyć z opublikowanych dzienników, listów i biografii (np. zogniskowanej na późniejszym okresie „Jej mąż. Ted Hughes i Sylvia Plath”).

Plus należy się wydawnictwu „Marginesy” za szatę edytorską, udane rozwiązania przestrzenne, dobór urozmaiconych, ale nie tandetnych fontów. Tłumaczka również stanęła na wysokości zadania, chociaż nie omieszkam wytknąć braku przekładu słowa „lobby”, które jednak w polszczyźnie ewokuje skojarzenia z czymś innym niż korytarz. Natomiast raczej „zasługą” autorki są nieco pretensjonalne porównania (np. „Opakowana w swoją aurę niczym granatowy cukierek w białym szeleszczącym papierku” [s. 111]), konstatacje, przy których można się pokładać ze śmiechu („Wyniki pewnej ankiety […] w 1950 roku ujawniły, że 98 procent kobiet używa szminki, a tylko 96 procent myje zęby. Sylvia Plath robiła jedno i drugie […]” [s. 69]), frazy à la harlequin („W efekcie to jej entuzjazm – seksowny długonogi optymizm – działał na mężczyzn” [s. 165]). Skądinąd, na okładce oryginału widnieje postać jakby wyjęta z romansu „z życia wyższych sfer” i polska wersja „wakacyjna” zawiera w sobie dużo więcej ciepła i naturalności.

Przy okazji okładki trzeba nadmienić, że tytuł oryginału – „Pain, Parties, Work” – obrazuje najpełniej wspomnianą mieszaninę ocen. Zajmujący czołowe miejsce „ból” przenika również treść biografii, jakby na przekór deklaracjom autorki, pragnącej rozprawić się z ponurym mitem twórczyni „Szklanego klosza”. Niezdecydowana to wszakże rozprawa, skoro wychodzi od detali samobójstwa Plath w lakonicznym biogramie na skrzydełkach książki. A jeśli nawet rzeczony tekst byłby „sprawką” wydawcy, to Winder rozpoczyna wprowadzenie sugestywnym zdaniem: „Sylvia Plath popełniła samobójstwo, zatruwając się gazem” (s. 11). De facto autorka doszukuje się w epizodzie nowojorskim punktu zwrotnego – zalążków późniejszej autodestrukcji bohaterki, wskutek czego mamy do czynienia ze swoistą „kroniką zapowiedzianej śmierci”. Tytuł ostatniej części („Następstwa”), poświęconej sierpniowej próbie samobójczej poetki, drastycznej terapii i powrotowi do college’u – trafnie oddaje owo szukanie ex post zwiastunów załamania.

Niestety, Winder mota się niekiedy w psychologizowaniu i pozornych wyjaśnieniach. Naprawdę niełatwo zgodzić się z tezą, jakoby „Nowy Jork wyleczył Sylvię z wściekłego perfekcjonizmu” (s. 288), zwłaszcza iż można mieć wrażenie, że czarę jej goryczy przelała… niemożność podołania lekturze „Ulissesa”. Niejeden przytaczany fakt przeczy również stwierdzeniu, że pedanteria była tylko maską poetki. Autorka stara się nadać wizerunkowi Plath lekkość, jednak ta ostatnia okazuje się nieznośną lekkością bytu. Co począć z tymi nieokiełznanymi sprzecznościami? Winder wzbrania się (słusznie) przed sklasyfikowaniem własnej idolki jako medycznego „przypadku” tzw. zaburzeń afektywnych dwubiegunowych, ale czyż tego samego nie wyraża kapitalnie celna metafora bulimicznego stosunku Sylvii do Nowego Jorku (a może do życia w ogólności)?

Tymczasem w maniakalno-depresyjnych inklinacjach bohaterki można się dopatrzeć odbicia szerszych okoliczności. Kreowana na reprezentantkę pokolenia młodych kobiet niby to wyzwolonych, w rzeczywistości zaś nadal pozbawionych szansy odkrywanie siebie oraz zdezorientowanych co do swego miejsca, Plath jawi się po prostu jako wrażliwsza i „cierpiąca za miliony”, a w każdym razie w ich imieniu. Ilustruje ich rozterki i ich rozdwojenie. Książka nie wprost podsuwa taką propozycję, jednak Winder wydaje się bezradnie, acz kurczowo trzymać przekonania, że „Sylvia nie była zwolenniczką wędrowania po ciemnych zaułkach umysłu dla samego tylko wędrowania – absolutnie fascynował ją świat zewnętrzny (…) i tam chciała pozostać” (s. 177).

Dlaczego więc ostatecznie postanowiła go porzucić? Jak zaznaczyłam, układ książki przypomina oświetlanie zasadniczo jednego fragmentu życia bohaterki pod różnymi kątami, z różnych punktów rozmieszczonych wokół niej. Nasunęło mi to asocjacje z wierszem Roberta Frosta, poety – cóż za zbieg okoliczności – nie tylko w pewnym okresie życia związanego, tak jak Plath, z Bostonem, ale nawet zmarłego dwa tygodnie przed nią. No bo czy nie wydaje się, że poniższy wiersz jej właśnie dotyczy?„Tańczymy w kółko i zgadujemy. / A Sekret siedzi w środku – wie, czego my nie wiemy”.
Elizabeth Winder: „Sylvia Plath w Nowym Jorku. Lato 1953”. Przeł. Magdalena Zielińska. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2015.