Wydanie bieżące

1 lipca 13 (277) / 2015

Dawid Kujawa,

SŁOWA SIĘ NIE BAWIĄ (MARCIN CZERKASOW: 'PRZEDE WSZYSTKIM ZNISZCZENIA')

A A A
Pierwszy tom Marcina Czerkasowa, „Fałszywe zaproszenia”, był jednym z najciekawszych debiutów pierwszej dekady XXI wieku i został niemal całkowicie przemilczany. W książce tej, jak przekonywał blurbujący ją Adam Wiedemann, aporia stanowiła „bezpieczny punkt orientacyjny” – w rzeczy samej, „Fałszywe zaproszenia” to bardzo „anglosaski” materiał poddany solidnej dekonstrukcyjnej obróbce, świetnie słychać tu echa Whitmana i Stevensa, ale przepuszczonych już przez filtr eksperymentów Johna Ashbery?ego czy Marka Forda. Pozycja ta, prócz tego, że zawierała znakomite wiersze, uwidoczniła pewien istotny fakt: „amerykańska” poezja (taka jaką praktykuje Jacek Gutorow i taka, o której napisał trochę Kacper Bartczak), wcale nie zajmuje w Polsce tak mocnej pozycji, jak zwykło się myśleć.

Od wydania debiutu Czerkasowa minęło osiem lat i podczas gdy niektórzy zdążyli już zupełnie o autorze zapomnieć, w obiegu pojawia się jego druga książka. Cieszy nie tylko to, że dostajemy kolejną porcję doskonałych tekstów, zdecydowanie wyróżniających się swoją strukturą i proweniencją, ale również i to, że poznaniak nie ograniczył się w swoim projekcie do pracy poetyckiej – w czasach realnej subsumpcji pracy pod kapitał, co w praktyce oznacza subsumpcję życia pod kapitał, gest, jaki wykonał Czerkasow, wydając książkę na własną rękę, biorąc na siebie skład i pracę introligatorską, jest chyba istotny. Nie mam jednak zamiaru prężyć się i przesadnie emocjonować krokiem wykonanym przez poetę – nie jest to rewolucyjny gest „przejęcia środków produkcji przez kognitywnego pracownika”, nie ma też chyba sensu rozpatrywać tego zagrania w kategoriach próby odzyskiwania aury, choć tu można by szukać motywacji Czerkasowa.

Podczas lubelskiego festiwalu Miasto Poezji twórca wyraźnie wykręcał się od politycznych deklaracji, co w gruncie rzeczy trudno zrozumieć: mówił bowiem o swoich doświadczeniach związanych z pracą w dużej korporacji, w której zajmował się na co dzień, jak ująłby to David Graeber, „gówno wartymi pracami”. „Wielu z tych pracowników zalicza się do kadry kierowniczej średniego szczebla, wiesz, jestem «koordynatorem wizji strategicznej dla wschodniego wybrzeża» dla jakiejś dużej firmy, co znaczy w sumie tyle, że spędzam cały swój czas na spotkaniach albo budowaniu zespołów, które wysyłają sobie nawzajem raporty” (Graeber 2015). Dokładnie w takim kontekście Czerkasow ustawiał w rozmowie z Marcinem Jaworskim pomysł na powstanie książki „Przede wszystkim zniszczenia”: miał to być dla niego powrót do działań, których efektem jest realnie istniejąca wartość dodana. Jednocześnie decyzja o przeprowadzeniu procesu wydawniczego w sposób niezależny ma w sobie coś ze sprzeciwu wobec alienacji pracy i produktu pracy – nie chodzi tu oczywiście o konkretne skutki ekonomiczne, ale o symboliczny wymiar tego posunięcia, zwracający uwagę na coraz bardziej naglący problem. Wszystkie te kwestie nie dotyczą wyłącznie „zewnętrznych” wymiarów książki, tematyzowane są one bowiem w poszczególnych tekstach: „Żyjąc i pracując w interesie czegoś większego i nie całkiem zrozumiałego, firmują swoje prywatne, ograniczone potrzeby: krótkie, wypalone wakacje nad linią brzegową szerokości pocztówki” („Potwory i nowe budynki”); „Z latarką w zębach, szperając w zgliszczach, / dotarliśmy do punktu, w którym ankiety / nie przedstawiają już żadnej wartości” („Nowa kolonia”); „Rzeczy takie jak propaganda sukcesu / nieustannie doprowadzały nas do rozpaczy” („Detale rozmiarów życia”).

Wśród wskazanych wcześniej tradycji poetyckich książka Czerkasowa sytuuje się, jak mi się wydaje, najbliżej twórczości Marka Forda, nie tylko ze względu na specyficzne konstrukcje syntaktyczne, w których zawsze jest dużo miejsca na zupełnie zaskakujące rozwiązania (piękna fraza otwiera małą poetycką prozę zatytułowaną „Sukienka Möbiusa”: „Czym sobie na to zasłużyłem?, myślał, wymieniając numer telefonu z węgierskim przedsiębiorcą pogrzebowym w łaźni miejskiej w Toronto”), ale przede wszystkim ze względu na widoczną tu krytykę – raczej chłodną, zdystansowaną – ponowoczesnej rzeczywistości, w której wszystko podporządkowane zostaje ideologii globalnego Imperium. Maksymalne uspołecznienie sił wytwórczych oraz nieustanne ścieranie się mechanizmów biowładzy i biopolityki to dla podmiotu lirycznego tych wierszy kwestia zupełnie oczywista – w wierszu „Życie jako gałąź przemysłu” Czerkasow pisze: „[…] wkrótce cała okolica / dowiaduje się o naszym w niej istnieniu / i wprowadza tę trudną ideę zwaną społeczeństwem. // Jednak ten zewnętrzny porządek / nie ma większego znaczenia, jeśli nie należy do nas. / W końcu żyjemy, aby rujnować ten system, / lecz również po to, by żywić jego racje”.

Co robi szczególe wrażenie, Czerkasow bezbłędnie posługuje się językiem paranoi, który przybiera tu postać korpo-idiomu podszytego niezbywalnym poczuciem bycia inwigilowanym: o ile w społeczeństwie dyscypliny pragnieniem swobodnie sterowano za pomocą odpowiednich instrumentów represji, które bez problemu – używając terminologii zaproponowanej przez pewnych dwóch francuskich myślicieli – z potencjalnego schizofrenika uczynić mogły paranoika, o tyle w społeczeństwie kontroli instrumentem represji stać się może wszystko, paranoiczne okazuje się całe życie społeczne podciągnięte pod kapitał – masa kontroluje się dziś sama i sama nadaje kontroli niespotykany dotychczas wymiar („Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się pana zatrudnić. / Będziemy w kontakcie. O każdej porze dnia i nocy / nawiązujemy łączność z naszymi ludźmi w terenie, / zasięgając istotnych informacji. Nie może pan zatem / spać spokojnie. A kiedy wieczorem jakiś cień / wynurzy się z oceanu i spadnie na ścianę hotelu / niczym wszechwiedząca plama, proszę pamiętać, / że również pracuje dla nas” („Podwójny nelson”), „[…] przelatuje żółty samolot ciągnący pogodną, błękitną wstęgę ze stylizowaną gotycką inskrypcją: Jeśli wydaje ci się, że wiesz kim jesteś, pamiętaj, że możesz być w błędzie”, („Sukienka Möbiusa”).

Klasowa lektura tekstów Czerkasowa – którego nazwisko kojarzy się z raczej „klerkowskimi” tradycjami poetyckimi, być może właśnie zbyt pochopnie klejonymi przez nas z jakąś wszechogarniającą hiperironią – nieprzekonująca wydawać się będzie chyba tylko tym, którzy nowej książki poety nie zdążyli jeszcze przeczytać. Mocne odwołanie do „Teorematu” Pasoliniego (wiersz „Teoria ruiny”), pięknego filmu będącego w gruncie rzeczy wnikliwym wykładem o marksizmie, jest tylko jednym z niewinnych tropów – rzućmy okiem na inne fragmenty tomu: „Przez długi czas ktoś stał za tymi instytucjami, / przesiewając gruz starych wniosków, anulując / światło nowych. Aż w końcu coś wygasło, / skończyło się i skomplikowało, […] / W końcu / musiał to z siebie wyrzucić, aby nie utknąć / we śnie, który dotyczy nas wszystkich / w tym samym zakresie, razem a jednak z osobna” („Nocny personel”). Doprawdy trudno byłoby znaleźć w poezji ostatnich lat lepiej sformułowaną frazę mówiącą o narastającej w przerażającym tempie biurokratyzacji i o pogłębiającym się nieprzerwanie procesie alienacji, prowadzącym do stopniowego rozpadu społeczeństwa.

Poniżej kolejne wyimki z „Nocnego personelu”: „Nie mogli tego lepiej wymyślić (ponieważ / zawsze są jacyś oni, ci którzy stworzyli ten interes, / jego rozległą geometrię […] // Przez cały czas przeczuwaliśmy coś na opak, / jednak siła zapewnień sączących się zewsząd / zawsze była większa”. Czerkasow dobrze zna mechanizmy, którymi rządzi się neoliberalny system, traktujący jako priorytet ukrywanie swojego ideologicznego charakteru i ignorujący wszelkie głosy uwidaczniające tę ideologiczność: Kapitał w XXI wieku nie walczy z napięciami społecznymi, ale umiejętnie przekonuje, że nie istnieją.

Podejrzewam, że poznański poeta spotka się z zarzutami zarówno ze strony wielbicieli poezji „estetyzującej”, którzy wychylenie się poety uznają za gest niepotrzebny, jak i ze strony czytelników oczekujących od lektury czegoś więcej niż przyjemność odbioru – ci z kolei skarżyć się będą na komplikującą wszystko intelektualną „obróbkę”, jakiej poddane zostały tu współczesne problemy. Jako zagorzały przeciwnik izolowania eksperymentu artystycznego od jego społecznego kontekstu powiedzieć mogę tylko, że marzy mi się dziś szkoła krytyki traktująca literaturę jako wielką katachrezę: artystyczną wypowiedź ciągle widzę jako nadużycie językowe, które właśnie dzięki temu, że pojawia się w społecznym kontekście, wkrótce może przestać być nadużyciem i zostać ideą wcieloną w życie lub przynajmniej znacząco zmodyfikować jego kształt. Brzmi to może górnolotnie, ale zapomnieliśmy już chyba o największych osiągnięciach Międzynarodówki Sytuacjonistycznej: „Problem języka znajduje się w samym sercu wszystkich walk, których stawką jest obalenie lub zachowanie panującej alienacji; jest on nierozerwalnie związany z areną tych walk. […] W przeciwieństwie do tego, co sądzą subtelni myśliciele, słowa się nie bawią” (MS 2015).





Literatura:

David Graeber, Thomas Frank: „Czas na rewoltę klas opiekuńczych?”. Przeł. Łukasz Moll. http://www.praktykateoretyczna.pl/david-graeber-thomas-frank-czas-na-rewolte-klas-opiekunczych/ [25.06.2015]

Międzynarodówka Sytuacjonistyczna: „All the King's Men”. Przeł. Mateusz Kwaterko. http://przerzutnia.pl/wp-content/uploads/2015/03/14-MS-All-the-Kings-Men.pdf [25.06.2015]
Marcin Czerkasow: „Przede wszystkim zniszczenia”. Disastra Publishing 2014.