Wydanie bieżące

1 lipca 13 (277) / 2015

Tomasz Dalasiński,

PO 'PIĄTE' (RAFAŁ DERDA: 'PIĄTE')

A A A
Piąte to nazwa-numer osiedla w Koninie, które, choć zapewne wyróżnia się na tle innych osiedli w Koninie, w Polsce i na świecie tysiącem cech szczególnych, mnie interesuje przede wszystkim z powodu tego, że to właśnie tam wychowywał się Rafał Derda. „Piąte” to również tytuł debiutanckiego tomiku poetyckiego Rafała Derdy. Zbieżność przypadkowa? Oczywiście, że nie – gdyby tak było, nie rozpocząłbym tej recenzji od informacji biograficznej. Zbieżność zatem jak najbardziej nieprzypadkowa, celowa, z premedytacją zaplanowana i przez autora podkreślana. Nie w ten sposób jednak, że wiersze z „Piątego” są równocześnie wierszami z Piątego, że tomik jest prostym zapisem autobiograficznym, że Derda poprzez tę książeczkę wraca do czasów dzieciństwa i młodości, eksploatuje te tematy i czyni je lejtmotywami tomiku. Bynajmniej. Chociaż, jeżeli bezgranicznie zaufać autorskiej deklaracji wypowiedzianej przez Derdę podczas spotkania poetyckiego w CSW w Toruniu („To Piąte napisało te wiersze, to Piąte jest autorem «Piątego»”), z jakimś rodzajem autobiografizmu mamy tu do czynienia. Jest to specyficzny autobiografizm miejsca, miejsca martwego, lecz żyjącego i ożywiającego, miejsca personifikowanego i depersonalizowanego jednocześnie. Intrygujące, prawda?

Prawda. Brzmi to wszystko ładnie i efektownie i jest wprost wymarzoną formułą wyjściową do recenzji. Ale zastanówmy się: czy ta formuła rzeczywiście niesie ze sobą istotną treść? Otóż, raczej nie. Powyższa informacja może nas zainteresować w kontekście autorskiej mitografii i… tylko tyle. Znacznie ważniejsze od związków „Piątego” z Piątym wydają się relacje „Piątego” do innych „piątych” – i temu właśnie będzie poświęcony niniejszy szkic. Szkic złożony – a jakże! – z pięciu części/problemów.

Po pierwsze – pełnia i doskonałość. Liczba 5, kojarzona z liczbą palców dłoni, w symbolice biblijnej oznacza miarę wielkości (garść). Garść z kolei to miara tyleż nieprecyzyjna (nie każdy wszak ma dłoń tych samych rozmiarów), ile skończona i kompletna – do garści nie można już niczego dorzucić, a jeśli coś się z niej ujmie, garść (choć pozostanie garścią!) nie będzie już taka sama. Tylko garść „pierwotna” jest garścią pełną i doskonałą. „Piąte” bez wątpienia przypomina taką garść; nie tylko kompozycyjnie (tomik składa się z pięciu części po pięć wierszy w każdej), ale też konstrukcyjnie – wydaje się, że do tej książki nie można już dołożyć ani jednego tekstu, ani jednego tekstu nie można jej też pozbawić, gdyż takie operacje całkowicie zdekonstruowałyby misternie zaprojektowaną całość. Tomik Derdy jest doskonały i pełny tylko jako tak a nie inaczej skonstruowany projekt – i to jest pierwsza teza, jaką należy postawić przy okazji lektury „Piątego”.

Po drugie – wiedza. DJ Afrika Bambaataa, tworząc zaplecze teoretyczne dla współczesnych koncepcji hip-hopu, nie zapomniał wśród filarów tej kultury wymienić „piątego elementu” – wiedzy kultury o sobie samej, która gwarantowałaby jej nieszablonowe i niestereotypowe postrzeganie zarówno w jej obrębie, jak i poza jej granicami. „Piąte” Rafała Derdy jest „piątym elementem” – przekazuje współczesnemu czytelnikowi (częstokroć przecież wątpiącemu) wiedzę o tym, po co jest poezja i co ona robi (czy raczej: co ma, co powinna robić) z człowiekiem:

czarne słoneczniki na białym papierze

jeśli wam o tym powiem czy nie oszalejecie

czy nie będziecie drżeli jak wtedy pani mama



kiedy przyniosłem nasiona ukryte między stronami

a potem ukryte w głowie i wybuchła sutra

porywając za sobą wszystkie regały i półki



a ja przecież tylko wypowiedziałem słowo

słowo przez które wyrosły czarne słoneczniki

czarne słoneczniki korzenie w czarnej czcionce

(„piętro wyżej”)

Poezja ma w sobie rys szaleństwa i niepokoju. Wiersze są czarne i wywołują bojaźń (tu polecam lekturę rewelacyjnego, może najlepszego w tomiku, tekstu „czysta retoryka” ze strony 50). Ale jednocześnie teksty poetyckie przenoszą jakiś rodzaj wiedzy. Wiedzy paradoksalnej, bo… dawanej i przyjmowanej na wiarę.

A zatem, po trzecie – wiara. Piątka to w Tarocie liczba Papieża. Symbolizuje mądrość (wiedzę) i zgłębianie tajemnic mistycznych (wiarę). Piątka w Tarocie łączy w sobie to, co empiryczne, z tym, co pozasensualne. „Piąte” także stanowi wypadkową tych dwóch kategorii. Wiedzę postrzega Derda jako intersubiektywny, weryfikowalny i falsyfikowany pewnik, jako coś, czemu zaświadcza codzienność „tu i teraz”, co można zobaczyć, udowodnić, pokazać i przekazać innym:

młody jumaczu widzę cię w deichmanie

jak zdzierasz nalepki z kodem kreskowym z butów



jesteś w tym ukryty jak tatuaż z rybami

i tylko ja cię dostrzegam moim trzecim okiem



przedziwnym możliwym tylko tu doświadczeniem

(„tuchajbejowicz”)

Wiarę natomiast – jako element jak najbardziej prywatny, wsobny, nieodnoszący się (a może taki, którego nie da się odnosić) do religijności postrzeganej wspólnotowo. Co więcej – jako domenę duchowego „sieroctwa”, które, wbrew pozorom, nie oznacza braku absolutu, a jedynie brak sensu pojęcia „absolut” w ujęciu wielkich systemów religijnych:

szukaliśmy ojca lecz nikt się nie przyznał

dlatego pan sierot wziął nas na wychowanie

pan sierot jego dłonie wytarte piaskiem



zmęczone od budowania schronień naszym głowom

i od objawień zawsze zbyt słabych by ocalić

by nas ocalić w czasie gdy wracaliśmy do mieszkań

(„piąte”)

Według Derdy jedynie symultaniczność sprywatyzowanej wiary i ponadprywatnej wiedzy może zapewnić człowiekowi człowieczeństwo – może zagwarantować mu, by powrócić do punktu pierwszego, pełnię i doskonałość, może sprawić, że jego trwanie będzie prawdziwym życiem.

Po czwarte – życie (prawdziwe, bo innego nie ma). Przeczytajmy „wiersz o życiu”:

zostawiasz w mieszkaniu naczynia zostawiasz tam pleśń

dzieci zostawiasz te faktyczne oraz te możliwe



stajesz się dostępny jak okazja w markecie

jednak co z tego się rodzi trzymasz tylko dla siebie



by ciebie kochać nie trzeba nawet rozumieć

wystarczy puścić na chwilę program TVmeteo



i patrzeć jak płaczesz obserwując tęczę

łzami zastygającymi w brunatne grudki nescafe.

A później pomyślmy o piątym przykazaniu (w innym miejscu książki Derda pisze: „piąte będzie od teraz jedynym czynnym prawem / jedynym przestrzeganym przez nas przykazaniem”). „Nie zabijaj” – jak to rozumieć? Zdaje się, że autor, odwołując się do dekalogu, postrzega go na swój własny, specyficzny sposób. „Nie zabijaj” to przecież de facto nie tyle „nie zabijaj”, ile „przeżywaj i daj przeżywać innym”. Przeżywaj, czyli przeżyj i odczuwaj, a przede wszystkim – żyj. Ale co to znaczy „żyć”? Żyć, mówi Derda w zacytowanym wierszu, to znaczy „być ku śmierci”, trwać w codzienności, wychylając się jednocześnie ku „potem”, tkwić w dialektyce realności i potencjalności, realizować siebie jako bycie-sobą i bycie-dla-siebie. Bo prawdziwe życie jest życiem egotyka, jest życiem zawsze własnym – i nie ma w tym niczego dziwnego ani niestosownego. Ostatecznie każdy z nas jest nieustannie samotny i jeżeli już o tym (lub o czymkolwiek innym) mówi, to mówi tylko do siebie, niezależnie od tego, kto przy okazji może to usłyszeć.

I wreszcie, po piąte – mowa. Mowa, nie słowo czy jego zapis – bo to mowa jest dla Derdy tym, w czym wyrazić możemy życie. Oralność (czy quasi-oralność) wypowiedzi to, o czym wspomnieć muszę, ta cecha idiomu poetyckiego Derdy, która sprawia, że język (mowa?) „Piątego” jest jednym z najbardziej wyrazistych i interesujących wśród funkcjonujących obecnie języków poetyckich. Wyrazistość idiomu Derdy polega na tym, że autor operuje językiem poetyckim, a więc pisanym i widzianym, jako językiem mówionym, przeznaczonym do słuchania. Nie chodzi tutaj jednak o próbę wskrzeszenia poezji melicznej; chodzi o specyficzny rodzaj podejścia do słowa (przejawiający się w elementach takich jak konwersacyjność i paraleliczność strukturalno-semantyczna), który owocuje tym, że kiedy czyta się wiersze zebrane w „Piątym”, odnosi się wrażenie ich jednoczesnego słyszenia – te wiersze nie tylko się widzi (czyta je), ale i słyszy (słucha ich). Piszący te słowa (co z jednej strony jest niewątpliwym walorem, choć z drugiej w określony sposób ustawia lekturę), jak każdy, kto miał okazję obcować z Derdą głośno czytającym swoje teksty, może zauważyć, że wiersze z omawianej książki – jak teksty niewielkiej w gruncie rzeczy liczby współczesnych poetów – nie tyle są czytane, co przemawiają, i to przemawiają własnym głosem ich autora. A przemawiając, mówią głównie o życiu, bo jedynie życie zasługuje na to, aby o nim mówić.

Czy o „Piątym” da się napisać coś jeszcze? Bez wątpienia tak. Ja jednak już nic więcej nie napiszę. Zamiast tego powiem krótko: dziękuję, to wszystko, teraz wreszcie można wstać sprzed monitora i pójść. Po lodzie (kruchym). Po piwo. Po horyzont. Po „Piąte”.
Rafał Derda: „Piąte”. Wydawnictwo Salon Literacki. Warszawa 2014.