Wydanie bieżące

15 lipca 14 (278) / 2015

Maciej Duda,

BIOGRAFIA NA DRUGIM PLANIE (MAGDALENA KICIŃSKA: 'PANI STEFA')

A A A
Stefania Wilczyńska nie jest znana z tego, co (z)robiła. Większość kojarzy ją jako osobę, która współpracowała z Korczakiem, pomagała mu w prowadzeniu Domu Sierot. Korczak był na pierwszym miejscu, Wilczyńska na drugim planie. Książka Magdaleny Kicińskiej miała oddać Wilczyńskiej jej miejsce, przybliżyć tytułową bohaterkę czytelnikom, ukazać ją w pełnym świetle lub przynajmniej w nowej perspektywie. Poniekąd tak się stało. Autorka „Pani Stefy” przejrzała archiwum korczakowskie, przeczytała listy, pamiętniki, czasopisma z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, przeprowadziła rozmowy z wychowankami Domu Sierot – dzięki temu dokonała ważnego przesunięcia – w jej ujęciu Stefania Wilczyńska przestała być pomocnicą Doktora, stała się jego partnerką, osobą, bez której Dom Sierot prawdopodobnie by nie funkcjonował.

Na szachownicy kolejnych planów/rzędów mamy więc przesunięcie. Tytułowa Pani Stefa staje się bohaterką pierwszoplanową. Jej pozycja jako tej, która wprowadziła i kształtowała reguły Domu Sierot, zostaje zwrócona. W tym miejscu można by nawiązać do postulatów odpamiętywania ofiar Holokaustu lub wyciągania z mroków historii postaci kobiecych, które zazwyczaj traktowano jak niegodne biletu pierwszej klasy w historycznej narracji. W historyczną podróż mogły się wybrać jakimś lokalnym połączeniem, drugą klasą, na krótkim odcinku i to raczej w sprawach wagi codziennej, nie państwowej. Wydaje się, że te dwie motywacje są wystarczające, by pisać o Stefanii Wilczyńskiej. Na tej uwadze mogłaby się też zakończyć próba opisu książki Kicińskiej. Włączenie jej w dwa poważne i etyczne nurty pisarsko-badawcze gwarantuje jej nie tylko wagę, ale i zainteresowanie czytelników oraz czytelniczek. Szybko jednak okaże się, że Kicińska nie poprzestała na żadnej ze wskazanych motywacji. Nie odrzuciła ich, jednak przy pomocy swojej książki mówi co innego, niż spodziewał się czytelnik, a przynajmniej robi to w inny sposób.

„Drugi plan” to nadal miejsce pani Stefy. Mimo przesunięć wynikających z opisu jej pracy, mimo docenienia jej roli i umieszczenia jej w rzędzie tytułowych bohaterek, na pierwszym planie „Pani Stefy” nie ma żadnego bohatera ani bohaterki. Głównym wątkiem opowieści Kicińskiej jest sama narracja. Sposób pisania, docierania do faktów, ciągłego zastanawiania się nad tym, jak napisać książkę o kimś, kto był bezszelestny i nie zostawiał śladów. Co napisać o tej, która nawet w prywatnych listach niewiele pisała o sobie? To sprawia, że książka Kicińskiej z biografii zmienia się w reportaż. W tej formie autorka stara się przedstawić fakty dotyczące Wilczyńskiej. Już na początku przeczytamy deklarację, która ustawi rytm i strukturę całości: „Wiadomo mało, nie wiadomo więcej. Niewiele »na pewno«, dużo: »podobno«, »ktoś powiedział«, »gdzieś«, »chyba«. Najczęściej właśnie te dwa słowa: »nie wiadomo«” (s. 10). Co z tym zrobić? Kilka wersów dalej przeczytamy: „Po lewej zapisuję fakty, po prawej hipotezy. Przestrzeń pomiędzy nimi zajmują niedopowiedzenia, kusi, żeby ją wypełnić przypuszczeniem, dzięki któremu postaci nabrałyby kształtu, działania, motywu” (s. 10). Autorka oprze się wskazanej pokusie. Fragmenty listów Wilczyńskiej i jej korespondentek/ów, opowieści byłych wychowanków i treści codziennych zapisków dotyczących prowadzenia Domu Sierot będą się przeplatać z informacjami ukazującymi warsztat Kicińskiej. Czytelnikowi z tyłu głowy pobrzmiewać będą określenia parabazy czy metatekstu – mechanizmów, dzięki którym autorka przerywać może warstwę głównej narracji i wprowadzać to, co pod spodem, co zazwyczaj dla czytelników/widzów ukryte – kierować ich uwagę na strukturę, pokazywać szwy albo stelaż budowanych narracji. W przypadku „Pani Stefy” oba przywołane określenia nie oddają jednak wagi tego konstrukcyjnego wątku. Nie idzie bowiem o chwilowe odciągnięcie uwagi czytelników od prezentowanych na scenie wydarzeń, o retardację czy zaskoczenie, lecz o przeniesienie głównego punktu ciężkości tworzonej narracji. „Pani Stefa” staje się narracją o braku, o niemożliwości napisania biografii. Ten aspekt książki Kicińskiej uznać można za najważniejszy i najciekawszy zarazem. Kontekst ów „Panią Stefę” stawia też w pobliżu narracji Hanny Krall. „- Ciepło było wtedy czy chłodno? Mżyło tamtego dnia? Jakiego koloru było to, no właśnie, Szlojmie, co miała na sobie? / - Nie słuchasz uważnie – już się irytuje. – Przecież ci mówię, że to nieważne, słuchaj lepiej. / Denerwuje się, trzeba przeczekać. Siedzieć cicho, bo on zaraz wróci do swojej opowieści. Przecież dlatego jeszcze jest, że i ty jesteś” (s. 221).

To dialog narratorki i jednego z wychowanków Domu Sierot. W tej ciszy pozostanie też czytelnik/czytelniczka. Narratorka zostawi puste miejsca, przytoczy pasaże listów i postawi pytania. Pisząc o latach drugiej wojny światowej, wynotuje: „W czwartki Wilczyńska przyjmowała podania o przyjęcie do Domu. (Nienawidziła czwartków?)” (s. 234). Szaleństwo kryzysu, antysemityzm, wojna – w tym kontekście notuje powyższe zdanie. Cały ów kontekst – skutki działań, na które narażeni byli wychowankowie Domu Sierot i ona sama, zamyka w tym jednym prostym pytaniu: „Nienawidziła czwartków?”. I cisza. Nic poza tym. Żadnych wersji, dywagacji, kilku konkurencyjnych interpretacji, żadnego: no przecież musiała, inaczej nie mogą, itp. Wszystko to Kicińska zostawi czytelnikom. „Szlojme najpierw wzrusza ramionami. / - Co to za pytanie, jak było?! Ktoś uważa, że to ma jakieś znaczenie? / - Chodzi o ustalenie najbardziej prawdopodobnego scenariusza. / - Przecież nic, co tam się działo, nie było podobne do prawdy. / Teraz to ja się złoszczę. / - Wiem, Szlomku, że chodzisz do kabalistów, ale i ty powinieneś wiedzieć, że nie o to pytam. Chodzi mi tylko o fakty” (s. 246).

Książka Kicińskiej denerwuje i jednocześnie daje odpór wszelkim wzorom, wedle których dotychczas budowano biografie. Denerwuje, bo co rusz zostawia czytelnika samemu sobie. Ten nie znajdzie u Kicińskiej żadnych udeptanych dróg, żadnych kliszy. Zamiast tego kolejne pytania, na które dziś już nie ma odpowiedzi. Właśnie w tym czytelniczym zdenerwowaniu widzę potencjał narracji Kicińskiej, która nie napisała książki o ważnej, zapomnianej, wypchniętej na margines kobiecie, której życiorys należy odkopać, udostępnić i umieścić w mainstreamie. Stworzyła formę, która kontaminuje reportaż i biografię, narrację, której jedną z bohaterek jest sama autorka pisząca o pani Stefie i „Panią Stefę”, opracowała opowieść o tym, jak pisać o życiu kogoś, o kim prawie nic nie wiadomo na pewno. O zmaganiach autorki, o swoich kolejnych podróżach, o zdenerwowaniu i niecierpliwości względem interlokutorów. Czy w związku z tym, uparcie szukając klasyfikacji, można „Panią Stefę” nazwać reportażem o pisaniu biografii Wilczyńskiej? Pewnie można. Potrzebę klasyfikacji spełni też inna opinia: „Pani Stefa” to biografia omijająca mielizny stereotypów, a Kicińska to po prostu reporterka, dla której ważna pozostaje etyka zawodowa.

Oby więcej książek, które denerwują, odrzucając utarte schematy i zostawiają miejsce dla czytelników – aktywizując ich do działania, wpychają w rolę narratora/narratorki. Czy nie o to chodziło Wilczyńskiej i Korczakowi w ich projekcie wychowawczym – o podmiotowość i partnerstwo? Czy to naprawdę tylko przypadek, że właśnie w taki sposób Kicińska pisze dla nas o Wilczyńskiej? Kicińska po prostu wie, że inaczej nie można.
Magdalena Kicińska: „Pani Stefa”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2015 [seria: Reportaż].