Wydanie bieżące

15 lipca 14 (278) / 2015

Kinga Kasperek,

POLSKA KOMEDIA ROMANTYCZNA NA PAPIERZE (ANDRZEJ SARAMONOWICZ: 'CHŁOPCY')

A A A
Gramatyka bestselleru
Za każdym razem, gdy kolejna znana osoba decyduje się na publikację książki, zastanawiam się, jakie intencje jej przyświecają. W wypadku celebrytów sprawa jest prosta – już kilka lat temu Wiesław Godzic pisał o celebrytach jako produkcie, który musi ciągle się promować i podsycać zainteresowanie swoją osobą. Nie dziwią mnie więc poradniki, autobiografie i wszelkiego rodzaju wyznania. Ciekawość wzbudzają natomiast powieści, ale najczęściej w ich przypadku chodzi o usankcjonowanie własnej popularności (zgodnie z zasadą, że nie jestem tylko „ładną buzią”, ale i też uzdolnionym artystą/artystką).

Stojąc przed półką pewnej dużej księgarni i patrząc na lekko psychodeliczną okładkę „Chłopców” Andrzeja Saramonowicza, również zadawałam sobie pytanie „dlaczego”? Dlaczego powieść, dlaczego taka tematyka i co chce osiągnąć tą powieścią Saramonowicz? Rozgłos? Chyba nie jest mu już potrzebny. W końcu dał się poznać szerokiej publiczności jako scenarzysta i reżyser filmów „Ciało” (2003), „Testosteron” (2007), scenarzysta serialu „13 posterunek” oraz scenarzysta i producent „Lejdis” (2008), „Idealnego faceta dla mojej dziewczyny” (2009) i „Jak pozbyć się cellulitu” (2011). Jest niekwestionowanym królem polskiej komedii romantycznej. Która ani nie śmieszy, ani nie wzrusza, ale zawsze sprowadza do kina tłumy Polaków chcących się pośmiać przy niewybrednej rozrywce. Nie trzeba śledzić jego dokonań filmowych, aby wyznaczyć najważniejsze elementy twórczości Saramonowicza: będzie o sprawach damsko-męskich, proste gagi doprowadzą do średniokomicznych zwrotów akcji, pojawi się trochę seksu, a wraz z nim kwiat polskiego aktorstwa (można zawsze liczyć też na Tomasza Karolaka i Izabelę Kunę w obsadzie). Zostając jeszcze chwilę przy filmach Saramonowicza, warto zwrócić uwagę, że najczęściej opowiadają one o prześmiesznych perypetiach reprezentantów trzydziesto-, czterdziestoletniej klasy średniej, którzy po rozwodach i wolnych związkach wciąż wierzą w miłość (albo przynajmniej w to, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa).

Te wszystkie fakty są ważne, aby uzmysłowić sobie, że powieść Saramonowicza należy czytać w kontekście filmów, do których pisał scenariusz. To po prostu kolejny element układanki, który doskonale wpasowuje się w jego twórczość – tematyka, styl, sposób budowania fabuły i przekaz są spójne ze scenariuszami. Więc dlaczego książka, a nie kolejny scenariusz? Może Saramonowicz pozazdrościł koleżance (wspomnianej Izabeli Kunie i jednocześnie autorce powieści „Klara”)? Może chciał skorzystać z pełnej swobody twórczej, jaką daje tekst, może zależało mu na wzbudzeniu zainteresowanie swoją osobą, pokazaniu się jako „prawdziwy artysta” (a nie autor komedii romantycznych)? Może chciał zrealizować swoje marzenia? A może po prostu wydanie książki jest elementem szerszej kampanii, której celem jest wyprodukowanie kolejnego hitu, który będzie królował w kinach, kolorowych czasopismach i telewizjach śniadaniowych? Skłoniłabym się do tego ostatniego rozwiązania.

„Chłopcy” są niemalże gotowym scenariuszem filmowym, czekającym wyłącznie na zekranizowanie. Przyjrzyjmy się powieści: mamy dwóch głównych bohaterów: ojca, (czterdziestoletniego chirurga, Jakuba Solańskiego) oraz syna (jedenastoletniego Mateusza). Akcja rozgrywa się głównie w podwarszawskim osiedlu domków jednorodzinnych, a narracja prowadzona jest z dwóch perspektyw: Jakuba i Mateusza. Każdemu wydarzeniu opowiedzianemu przez Jakuba towarzyszy odpowiedź Mateusza – ich historie i punkty widzenia przeplatają się. Dodatkowo ich opowieści uzupełniane są przez strumień świadomości (Jakuba i Mateusza). Tyle jeśli chodzi o elementy formalne. Z fabułą jest jeszcze prościej – Jakub skupia się na świeżo uzyskanym życiu singla (jest tuż po rozwodzie z żoną), Mateusz (głównie przez naśladowanie zachowania ojca) stara się zrozumieć, co to znaczy „być mężczyzną”. Obydwaj toczą niekończące się rozmowy o kobietach ze swoimi kolegami (odpowiednio: Jakub z kolegą ze szkolnej ławki – Pawłem, a Mateusz z synem Pawła). Jakub romansuje z niemalże każdą z kobiet na osiedlu. Tak się składa, że wszystkie są matkami, których dzieci uczęszczają do szkoły z Mateuszem. W ten sposób o swoich romansach opowiada Jakub, a Mateusz dostrzega ich konsekwencje w dziecięcym świecie. Historia pełna gagów, związanych z licznymi stosunkami seksualnymi rodziców (już to chyba skądś znamy), i niepokojów wprowadzonych do dziecięcego świata przez te stosunki i gagi, kończy się oczywiście happy endem. Rodzice Mateusza nie wracają do siebie, ale Jakub zaczyna rozumieć swoją rolę ojca. Można powiedzieć, że „Chłopcy” są opowieścią o męskości. Mateusz uczy się, co to znaczy być mężczyzną, Jakub próbuje odpowiednio pełnić funkcję ojca (po kryzysie, jakżeby inaczej, wieku średniego) i nie powtórzyć błędów swojego już zmarłego (ale i tak zawsze nieobecnego) ojca. Ma być więc zabawnie, trochę wzruszające (ach jak te dzieci cierpią przez nieodpowiedzialność i drugą młodość rodziców), z dobrym zakończeniem. I może pomysł nie byłby taki zły, w końcu mówimy o trzech pokoleniach mężczyzn oraz ich wzajemnych relacjach. Zrozumienie związków między nimi mają pomóc i podwójna narracja, i strumień świadomości. Dzięki tej książce moglibyśmy zrozumieć, co oznacza być mężczyzną, jak się nim stać i jakich pułapek należy się wystrzegać. Wszystko w lekkiej wersji pop, więc co mogłoby pójść źle?

Problem w tym, że Saramonowicz napisał kolejny scenariusz komedii romantycznej, który jedynie przebrał w powieściową formę. Skonstruował „Chłopców” tak, jakby był to tekst gotowy do sfilmowania – łatwo przełożyć każdą scenę na ujęcia filmowe. Powieści brakuje wnikliwości, pewnego wyrafinowania. Tu przykład: „- O, kurwa, przepraszam! / Co za ból! Jakby mi dziewięciocalowy gwóźdź dobił stopę do podłogi. / - Naprawdę nie chciałam, sorki! / Sorki? Podniosłem wzrok. Na środku szpitalnego korytarza stał przede mną terminator płci żeńskiej – sztuczny cyc, karnet na solarium, z trudem zdana matura – i uśmiechał się przepraszająco”. Te zdania nie są fatalne, jednak dobrze świadczą o stylu Saramonowicza – prostym i dosłownym, pozbawionym jakiegokolwiek kunsztu. Stylu w łatwy sposób obrazującym kolejne sceny: bohater idzie, patrzy, myśli, jednak nie dodającym ani słowa więcej, nie pozostawiającym przestrzeni do interpretacji.

Nie chodzi o to, że książka jest zbyt obrazowa czy filmowa. Jest po prostu dosłowna, tak samo jak dosłowne są filmy Saramonowicza. Rozterki bohaterów „Chłopców” nie są uwewnętrznione – monologi aż się proszą na przełożenie na kolejny dialog, jaki aktorzy mieliby toczyć na ekranie. Życie wewnętrzne w formie strumienia świadomości? Aż żal nie skorzystać z lektora, który głębokim głosem będzie odczytywał chaos w głowach bohaterów. Śmieszne gagi (albo wcale nieśmieszne, jak scena z Pawłem przymuszającym partnerkę do stosunku oralnego) przypominają te z filmów Saramonowicza. Aż się prosi, żeby bohaterów zagrali wspominani już aktorzy. W dodatku z książki wieje straszną nudą i widoczny jest kompletny brak pomysłu autora na fabułę, którą stara się zapełnić (a może zastąpić) kolejnymi, pseudośmiesznymi scenami.

„Chłopcy” będą idealną polską komedią romantyczną. W końcu Saramonowicz napisał powieść, wystarczy przepisać ją w scenariusz i sfilmować. A jak to można pięknie marketingowo ograć! Pierwsza powieść scenarzysty „Lejdis”! Wszystko, za co pokochaliście „Testosteron”, jest w tej książce! Szkoda tylko, że sama powieść jest semantycznie pusta. Doceniam pomysł, ale jego potencjał został kompletnie niewykorzystany. Jego realizacja jest fatalna. Saramonowicz dowodzi, że pewne uzdolnienie artystyczne i sprawność w pisaniu scenariuszy nie są równoznaczne z talentem pisarskim. „Chłopcy” są zbyt dosłowni, udają powieść, będąc smutną, filmową wydmuszką. Nie można z typowej polskiej komedii romantycznej zrobić świetnej powieści.

Jednak, pomimo wszystko, uważam, że ta książka ma sens. Bo może zachęci fanów Saramonowicza do lektury. Może ktoś zupełnie nieczytający sięgnie po tekst i podbije statystyki Bibliotece Narodowej? Może lepsza taka lektura, niż żadna? Niedopracowana językowa, nudna, chwilami przaśna, jednak próbująca opowiedzieć o ważnych problemach, jakimi są rodzicielska odpowiedzialność i chłopięce dorastanie? Zaczynam ten tekst od pytań i kończę na nich, starając się znaleźć usprawiedliwienie obecności „Chłopców” na rynku; nie potrafię jednak znaleźć jednej, pewnej odpowiedzi. Pewna jest tylko nuda, jaką przeżyłam w trakcie lektury. I całkowicie nieśmieszne gagi.



Czytaj inne teksty z cyklu Gramatyka bestselleru:

Satyra z końca internetu (Lucjan i maciej: 'Make life harder')

To nie recenzja (Keri Smith 'To nie książka')

Lemingi, Kaczafi i Facebook ('Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków')

Warszawa biała od kokainy (Jakub Żulczyk: 'Ślepnąc od świateł')


Andrzej Saramonowicz: „Chłopcy”. Wielka Litera. Warszawa 2015.