Wydanie bieżące

15 lipca 14 (278) / 2015

Michał Kazimierczuk,

PROJEKT 'JUTRO' I DUCH MUSSOLINIEGO (UMBERTO ECO: 'TEMAT NA PIERWSZĄ STRONĘ')

A A A
Proza Umberto Eco najczęściej utożsamiana jest z błyskotliwie skonstruowaną wielowarstwową fabułą osadzoną w – wypełnionym liryczno-metaforyczną erudycją – historycznym kontekście. Można się było o tym przekonać, czytając nie tylko osławione „Imię Róży”, lecz także takie tytuły, jak chociażby „Wahadło Foucaulta” czy mroczny „Cmentarz w Pradze”. Najnowsza powieść włoskiego pisarza, w oryginale zatytułowana wdzięcznie „Numero zero”, jak żaden uprzedni utwór narracyjny w dorobku Eco lokuje tory narracji bezpośrednio we współczesności, epoce, której dictum charakterologiczne najdobitniej wyraża się w medialnym prymacie informacji nad faktem. Głównym bohaterem powieści Eco jest niejaki Colonna, którego najdobitniej określić można jako – posługując się tytułem opus magnum Musila – tzw. człowieka bez właściwości, który po paśmie niespełnionego życia zawodowego i rodzinnego, w wieku pięćdziesięciu lat, dostaje intratną propozycję napisania powieści na zlecenie. Co więcej, owa powieść jest tu tylko swoistym dodatkiem do osi fabularnej, bowiem jej treść wyznaczać ma praca redakcji dziennika ,,Jutro”, w którego sześcioosobowym sztabie redakcyjnym ma znaleźć się sam Colonna. Dziennik „Jutro”, ma się – jak mówi Colonnie wysłannik zleceniodawcy – nigdy nie ukazać, zaś przewodnim zadaniem numerów zerowych ma być wkupienie się w łaski salonów włoskiej finansjery przez tajemniczego sponsora całego projektu.

Wraz z biegiem fabuły, której rytm dyktują kolejne kolegia redakcyjne, jej tor zaczyna dryfować wokół jednego z sześcioosobowej załogi dziennikarskiej „Jutra”, niejakiego Braggadocio, którego zamiłowaniem jest wiązanie pozornie nieprzystających do siebie politycznych zdarzeń w wielowątkowe teorię spiskowe. Braggadocio „trafia” na coś, czego ujawnienie oznaczałoby radykalną zmianę dotychczasowego spojrzenia na dzieje faszyzmu jako rzekomo upadłego ancien régime'u i politycznych losów powojennych Włoch. Otóż, podwaliną teorii wykutej przez dziennikarza jest sfałszowana śmierć Mussoliniego, który nie tylko nie został zabity w 1945 roku, jak podają oficjalne źródła (być może zabito dublera), lecz „zakulisowo”, w oparciu o szeroką siatkę ukrytych w zgiełku tzw. pierwszego obiegu politycznego organizacji, przygotowywał swój triumfalny powrót. Gdzie więc – zdaniem Braggadocio – ukrywa się duce?

Otóż wszelkie szczątki informacji nieodparcie – zdaniem Braggadocio – nasuwają lokalizację Argentyny (ewentualnie Watykanu), jednakże wyjawienie „faszystowskiego” tła historii powojennej Włoch oraz wpływów masońskich lóż i siatki CIA sprowadzić może na wiele działających prężnie organizacji politycznych, kościelnych oraz przestępczych niedające się przewidzieć konsekwencje. Ten „temat na pierwszą stronę”, będący spiskową idee fixe dziennikarza, mocno nadwyrężając tzw. zdrowy rozsądek, nie trafia na podatny grunt uznania magistra Colonny, który przez dłuższy czas jest wiernym powiernikiem postępów w dziennikarskim śledztwie Braggadocia. Jednakże zaufanie wobec zdrowego rozsądku trwa jedynie do pewnego czasu... Teoria spiskowa zrzuca dla Colonny jarzmo efektu czczej paranoi wraz z dniem, w którym jej epigon nie przychodzi do pracy, zaś redakcję „Jutra” nawiedza policja na wieść o brutalnym morderstwie jednego z jej członków... Ironiczne rzecz ujmując, temat iście na pierwszą stronę...

Medium a Czytelnik – karnawał banału

Myliłby się jednakże ten, kto twierdziłby, że ów zdawkowo naszkicowany wątek fabularny stanowi główną oś napędową powieści Eco. U podnóża jego konstrukcji rozgrywa się właściwy spiritus movens narracji, mianowicie diagnoza autora „Imienia Róży” dotycząca statusem współczesnego dziennikarstwa i tym samym mediów. Diagnoza podkreślmy, tyle groteskowa, co nolens volens ironicznie jadowita. Każde posiedzenie redakcyjne projektu ,,Jutro'' stanowi zminiaturyzowany fresk współczesnej kondycji dziennikarstwa, które nie tyle wyrugowało swą działalnością sensowność źródłowego określenia medium, co przeorientowało kategorialnie jego znaczenie. ,,Gazety uczą ludzi, jak maja myśleć – wtrącił Simei. – Gazety idą za poglądami ludzi czy je tworzą? – Jedno i drugie, panno Fresia. Ludzie początkowo nie wiedzą, jakie mają poglądy, potem my im to mówimy, a oni dostrzegają, że je mieli...” (s. 82).

Motyw dość popularny, bowiem – żeby nie sięgać specjalnie w dalekie interwały kultury myśli zachodniej – już m.in. Max Horkheimer wespół z Theodorem W. Adorno w minionym stuleciu alarmowali o niepokojącym zjawisku stopienia się rynku generującego potrzeby konsumenckie z wytwórczością informacji, które w obrazie kreślonym przez pióro włoskiego pisarza dochodzi do karykaturalnego, samonapędzającego się apogeum. W powieści „Temat na pierwszą stronę” redagowanie dziennika „Jutra” to więc nie tyle przysłowiowa selekcja informacji, co ich faktyczne generowanie. Jak bowiem mówi koordynator redakcji Simei: ,,To nie wiadomości czynią gazetę, to gazeta czyni wiadomości” (s. 49).

Informacja medialna nie ma sensu stricto stymulować czytelnika i naprowadzać go na konkretną wykładnię interpretacyjną, co zwykliśmy określać lapidarnie: manipulacją. Wręcz przeciwnie. Już sam wyznacznik zaistnienia danego medium, jakim jest redakcyjna wizja czytelnika, wyznacza sposób doboru oraz artykulacji danych (pseudo)wydarzeń. Można by rzec, że w systemie medialnym a'la Berlusconi politics, którego kuriozum odrysowuje Eco w redakcyjnych – jak to określa naczelny „Jutra” „brainstormingach”, ujawnia się swoiste „opętańcze błędne koło” polegające na zazębiającym się mechanizmie pomiędzy cyrkulacją informacji i potrzebami czytelnika. Jak mówi redaktor naczelny Simei: ,,Naszych czytelników mamy uspokajać, nie alarmować”.(s. 61). Czytelnik więc odbiera informację szytą pod jego rzekomą miarę, zaś redakcje selekcjonują i artykułują przekaz podług odgórnie zinterpretowanej miary przeciętnego czytelnika. Koło się zamyka. Można stwierdzić, że w tym samoobracającym się mechanizmie re-produkcji informacji produkowany jest przede wszystkim sam czytelnik jako niezbędne ogniwo normy powszedniości i continuum „fabryki kłamstw”.

Dystrybucja przekazu medialnego polega zatem na permanentnym utrzymywaniu rzekomego czytelnika w przekonaniu o możliwej pomyślności jego losu, stąd nie budzi zdziwienia, że na spotkaniach redakcyjnych istotną kwestią kartografii ,,Jutra” są kolumny z niewymagającymi wiedzy historycznej krzyżówkami, horoskopami zapowiadającymi permanentnie lepsze jutro oraz nekrologami. ,,Należy ograniczyć się do prognostyków optymistycznych, ludzie nie lubią czytać, że za miesiąc umrą na raka. Niech pani redaguje przepowiednie odpowiadające wszystkim” (s. 55). Stąd w pełni zrozumiałe wydaje się, że po wniosku niespełnionej pisarsko Mai Fresia, by w numerach zerowych „Jutra” zaistniał dział kulturalny, jego nazwa zostaje natychmiastowo przeformułowana na – „kultura i widowiska”. Ujednolicony styl zobowiązuje, wszak jak napomina naczelny Simei: „Proszę państwa, uprawiamy tu dziennikarstwo, nie literaturę...” (s. 79).

Satysfakcja to zatem ostatni i zarazem pierwszy probierz czytelnictwa, tym wyżej ceniona przez redaktorów, im możliwie szybciej i skuteczniej osiągana. Rolą mediów jest przede wszystkim zaspokajać, zaś funkcja przekazywanych treści oscyluje wokół niezmąconego towarzystwa plotkarsko-dziennikarskich niedopowiedzeń, przeinaczeń oraz niedookreśleń. Tym samym to symboliczny czytelnik, ów nie rewidujący dyskursu „nikt znikąd”, jako inkarnacja gramatyki mediów stanowi przedmiot ironicznej gry manipulacji. Manipulacji, w której pozorna granica pomiędzy relację zdarzenia a samą formą informacji zostaje zatarta na płaszczyźnie warsztatu redakcyjnego medium, które nie starając się nawet być przezroczyste, krzepnie na amalgamacie potrzeb i przekonań postulowanego odbiorcy.

Ironia formy lub La realite depasse la fiction

Nie dość stwierdzić, że powieść Eco pracuje nieustannie na dictum paradoksu „nowych mediów”, bowiem ofiarami tychże padają sami redaktorzy „Jutra”. Obrazuje to scena, w której emitowana przez CNN audycja, będąca komentarzem do filmu „Operation Gladio”, zdaje się nie tylko częściowo potwierdzać tezy spiskowej wizji krzewionej przez Braggadocio, lecz dopisuje do niej kolejne sensacyjne wątki. ,,Patrzyliśmy jak urzeczeni, nie odzywając się w ogóle. Wydawało się, że scenariusz do filmu napisał Braggadocio, było tam wszystko, co sobie wymyślił i jeszcze więcej, ale słowom towarzyszyły obraz i dokumenty, komentowały także sławne osobistości...” (s. 171). Sensacyjność jednakże jest tu jedynie grą pozoru, jaki wytwarza rytuał wiadomości, bowiem rewelacje te były już powszechnie dostępne w obiegu medialnym. Jak – po obejrzeniu materiału CNN – stwierdza Fresia: „(...) wszystkie wiadomości od dawna były w obiegu, tyle że wykreślono je z pamięci zbiorowej; wystarczyło pójść do archiwum, poszperać w zbiorach czasopism i złożyć razem z kostki mozaiki. Ja sama nie tylko jako studentka, ale i wtedy, gdy zajmowałam się czułymi przyjaźniami, czytywałam gazety, co sobie myślisz, ja też słyszałam o tych rzeczach, ale ja również o nich zapomniałam, jakby kolejna rewelacja wykreślała poprzednie...” (s. 173).

Pesymistyczny obraz funkcjonowania szeroko rozumianych mediów, jaki wyłania się z „Tematu na pierwszą stronę” Eco, przypominający zwierciadlane odbicie karnawału – by posłużyć się parafrazą Guya Deborda – społeczeństwa spektaklu, wpływa także na całościową kompozycję książki. Forma powieści, jeżeli wziąć pod uwagę wcześniejsze utwory pisarza, stanowi celową zastosowaną ironię w ścisłym sensie. Sformatowana na potrzeby czytelnika nowoczesnego, dozująca w swej treści sensacyjną intrygę oraz romans, o stosunkowo małych gabarytach, odzwierciedla tym samym zajadle przedmiot swej krytyki, od którego już coraz mniej zdaje się odbiegać. Nie minie raptem chwila, kiedy jako czytelnicy będziemy mogli się przekonać z mediów, że książka owa stała się światowym bestsellerem. Niemalże złowieszczym echem powraca fragment rozmowy naczelnego „Jutra” z Colonną, w której ten pierwszy klaruje propozycję zlecenia – napisania przez dziennikarza powieści dla niego: ,,Moja książka będzie b e t s e l l e r e m – tak właśnie wymawiał, podobnie jak wszyscy – nikt nie zechce i nie zdoła jej się przeciwstawić...” (s. 24). Czytelnik mógłby przegląda się w ostatniej powieści Eco niczym w lustrze, gdyby tylko dostrzegł, że „Temat na pierwszą stronę” to w istocie ponura reminiscencja jego coraz dokuczliwszej, krytycznej zbędności.
Umberto Eco: „Temat na pierwszą stronę”. Oficyna Literacka Noir sur Blanc. Kraków 2015.