Wydanie bieżące

15 lipca 14 (278) / 2015

Andrzej Juchniewicz,

WSZĘDZIE DOBRZE...? APOLOGIA KOMFORTU I DOMESTYKACJI (WITOLD RYBCZYŃSKI: 'DOM. KRÓTKA HISTORIA IDEI')

A A A
Jubileuszowe daty

Idea domu ma pokaźną historię i sążnistą bibliografię literaturoznawczą. Bezdomność stała się centralnym problemem książki Anny Legeżyńskiej „Dom i poetycka bezdomność w liryce współczesnej” (Warszawa 1996), która badając nadreprezentację tego fenomenu w najnowszej (i kanonicznej ze względu na przynależność poetów do kolejnych wariantów pokoleniowych; Kolumbowie, Odwilżowcy, Nowa Fala) poezji polskiej, uznała go za stan świadomości jednostki reprezentującej pokolenie oraz historyczny czas – siermiężne lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte. Wariant (opresyjnej) domowości Białoszewskiego wynika ze szczególnych uwarunkowań socjospołecznych i egzystencjalnych autora „Chamowa”, podobnie rzecz wygląda u nomady Herberta, pokaleczonego Różewicza, a także Lipskiej i Barańczaka, których światy poetyckie i komplementarne doń idiomy poetyckie to prośba o dom, w żadnym razie prowizoryczny, substytutywny, chwilowy. Pragnienie to zatacza szerokie kręgi ze względu na stan egzystencjalny przełomu stuleci, on bowiem wygenerował tak ważne dla polskiego literaturoznawstwa semantyczne figury bezdomności i gestu pożegnania – opłakać trzeba nie tylko skutki upływającego czasu, ale również utracony (dosłownie i metaforycznie) dom.

Pionierska, jeśli chodzi o zainteresowanie domem, okazała się praca Aleksandra Nawareckiego „Rzeczy i marzenia” (Katowice 1993). Przedmioty są najbliższym otoczeniem człowieka i przedłużeniem jego zmysłów, ale świadczą także o świadomości domestykacji danego czasu. Skamandryci okazali się świetnymi obserwatorami zmieniającej się rzeczywistości; dom Tuwima to nomen omen dom strachów, fantazmatów, bojaźń spotęgowana do granic wysublimowanej kasandrycznej przepowiedni, która sprawdziła się co do ostatniego, świetnego wersu z „Biblii cygańskiej” i „Treści gorejącej”: dyktat „elektrycznych zwierząt” (słoń elektrolux) i marek skrzętnie eksponowanych to właśnie świat w ostatecznym kształcie przewidziany przez Skamandrytów. Książka Nawareckiego stała się fundamentalnym przykładem badań wyobraźni reistycznej, w której i temat domu odnalazł słusznie przywrócone mu w procesie historycznoliterackim miejsce. Jeśli komuś wydawało się, że „Rzeczy i marzenia” okazały się projektem domkniętym i skończonym to sięgnięcie po „Parafernalia” (Katowice 2014) pozwoliło odsłonić przed czytelnikiem mnogość możliwości eksploatacji krytyki tematycznej we współczesnej poezji. Nawarecki sprawnie i konceptualnie połączył Skamandrytów i Pokolenie 56 brakującym w „Rzeczach…” ogniwem – poezją Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, jej nurtem satyryczno-obyczajowym. Utworzył też żelazny kanon filozofów i humanistów podejmujących problem rzeczy, a w konsekwencji głębszej eksploatacji motywu domu: Bachelard, Foucault, Olsen, Domańska, Derrida, Merleau-Ponty. „Parafernalia” zagarniają przestrzenie odrzucone przez badaczy, roszczą sobie prawo do fenomenologicznego opisu zjawisk marginalizowanych, wyrugowanych z granic humanistycznych dyskursów. Dom powraca w tej pracy niejednokrotnie, wyznacza sfery aksjologiczną i epistemologiczną. Nawarecki, stając w obronie rzeczy, mianuje się rzecznikiem miejsc niechcianych, mediatyzujących między przestrzenią publiczną i prywatną, a ta eksterytorialna przestrzeń zacznie wypełniać się poetami pokroju Swena Czachorowskiego, Mirona Białoszewskiego i nie mniej zdolnego Stanisława Chacińskiego. Ich reistyczna poezja manifestuje nie tyle postawę eskapistyczną, ile odwrót od skompromitowanej poezji laudacyjnej i socrealistycznej, dom i jego „obroty rzeczy” stały się poręczeniem szczerego głosu intymnej poezji, domagającej się apologii podmiotowości przez pryzmat przedmiotu, ale i ten w poezji Jastruna, Tuwima i Gałczyńskiego okazuje się samodzielnym aktantem.

Wznowienie przez Karakter książki Witolda Rybczyńskiego „Dom. Krótka historia idei” potwierdziło ogromne zainteresowanie domowością w badaniach humanistycznych i na gruncie antropologicznym spotkało się z „Oikologią. Nauką o domu” (Katowice 2013). Ten domestykacyjny dwugłos wart jest uwagi. Książki te na nowo odkrywają fascynację domem; pracy śląskich badaczy patronują myśli Heideggera i Nietzschego połączone z refleksją geopoetycką. Dom przestaje pełnić, w sensie ścisłym, funkcję schronienia i azylu, zaczyna się dostrzegać potencjał miejsca i jego uwarunkowania klimatyczno-materialno-historyczne: „(…) dom sięga znacznie dalej niż mury budynku i należącego do niego ogrodu. Gromadzi wokół siebie światy dźwięków, zapachów i widoków. Obejmuje przyrodę, historię i zapełniające go doczesne dobra. Dom jest miejscem epifanii zjawisk natury: to tutaj niebo i ziemia stykają się w pewien szczególny sposób, horyzont jest specyficznie rozległy lub bliski, światło ma osobliwy pobłysk” (Sławek 2013: 139). Tadeusz Sławek dodaje także: „Dom jest sposobem doświadczania świata” (tamże). Książka Rybczyńskiego jest tej tezy świetnym potwierdzeniem; dom to mikrokosmos człowieka, latyfundia skrzętnie zmniejszane i okrajane, ale w dalszym ciągu najintymniejsze schronienie człowieka i manifestacja jego osobowości i charakteru.

Pierwsze polskie wydanie „Domu. Krótkiej historii idei” (Wydawnictwo Marabut, Gdańsk 1996) zbiegło się z odkryciem w polskim literaturoznawstwie obszarów wykluczonych i rozkwitem form autobiograficznych. Nieprzypadkowo Małgorzata Czermińska w „Aneksie” do monografii „Autobiograficzny trójkąt. Świadectwo, wyznanie i wyzwanie” (Kraków 2000) zamieszcza osobny suplement „Dom w autobiografii i powieści o dzieciństwie”, zaś w części trzeciej zatytułowanej „Świadectwa wpisane w miejsce na ziemi” dokonuje typologii „Małych i wielkich podróży Mirona Białoszewskiego”. Wydaje się zatem, iż rok 2000 to przełom, cezura, której zapowiedź stanowią odważne prace Nawareckiego, Legeżyńskiej, Czermińskiej (publikującej już wcześniej pionierskie prace autobiograficzne, m.in. „Autobiografia i powieść, czyli pisarz i jego postacie” [Gdańsk 1987]). Grzegorz Olszański, korzystając z tych narzędzi, tworzy wydaną w 2006 roku monografię „Śmierć udomowiona. Szkice o wyobraźni poetyckiej Ewy Lipskiej”.

Rybczyński dołącza do grona badaczy apologizujących domową problematykę i w syntetycznej, diachronicznej rozprawie podejmuje namysł nad doświadczeniem miejsca i sposobem pojmowania komfortu od średniowiecza po czasy współczesne. Jego ujęcie – choć determinowane wykształceniem architekta i zdobytym doświadczeniem zawodowym („Zdarzało mi się już nieraz z mieszanymi uczuciami projektować i budować domy, gdy okazywało się, że wpojone mi na uczelni ideały architektoniczne mijają się – a czasem są całkowicie sprzeczne – z obiegowymi wyobrażeniami moich klientów na temat wygody” [s. 8]) – zbliża się do prezentowanych prac badawczych w sferze budowania teleologicznej równowagi między sferą praxis oraz filozoficzną wykładnią zamieszkiwania (czegoś lub gdzieś). Jednak prace Legeżyńskiej i Nawareckiego skupiają się na przestrzeni mentalnej podmiotu autorskiego, ekwiwalentyzacji uczuć i ich przełożeniu na kod semiotyczny. Dom okazuje się leksemem o wiele szerzej traktowanym niż w pracy Rybczyńskiego – to przede wszystkim świat i kultura, zamieszkanie w tej ostatniej bądź wykorzenienie z niej okazuje się główną determinantą „stylorodną”. Stąd krytyka miernej przestrzeni socjospołecznej i szereg strategii uruchamiających eschatologiczne przeczucia związane z domestykacją. Dom rozciąga się na sfery tyleż prywatne, co zlokalizowane pod powieką: sen, hibernacja, egzystencja wyłączona, „prześwity zaświata” – oto główne komponenty tych prac. Dom to przede wszystkim stosunek ja do jaźni zlokalizowanej w czterech kątach i nieustannie interferującej z innymi dziedzinami życia. Cenny okazuje się także kontekst macierzysty i historyczny twórczości prezentowanych poetów, bowiem zaświadczają oni o stanie domestykacji w konkretnym miejscu i czasie, to diariusz z miejsca zesłania w czasach etycznie i estetycznie ubogich. Dom w pracy Legeżyńskiej związany jest z psychiczną równowagą (lub jej brakiem), zaś w „Rzeczach…” Nawareckiego to siła wyobraźni i lokalizacja przedmiotów w orbicie okołopoetyckiej sprawiają, że ranga domu rośnie, bo jest on najbliższym laboratorium ludycznie zorganizowanej kontrrzeczywistości, „światem możliwym” na poziomie ontologii słowa i procesu twórczego. Natomiast książka Rybczyńskiego zdaje relację ze stanu badań nad komfortem pojętym jako wiązka cech obligatoryjnych dla miejsca idealnego do zamieszkania w sensie ścisłym: obcowania z wyposażeniem, celebracji czasu wolnego lub organizacji życia rodzinnego. Spojrzenie architekta pozwala na jasny i klarowny przegląd stylów i kodów architektonicznych, które znaczyły w swojej epoce, czyli poświadczały status społeczny i mentalny właściciela w korelacji ze zmieniającymi się tendencjami i modami wnętrzarskimi. Ta praca pozbawiona jest zaplecza filozoficznego i motywacji Heideggerowskich, zamieszkiwanie wiąże się z działalnością wewnątrzsystemowego uporządkowania przestrzeni wizualnej i mieszkalnej, a nie, jak w pracach literaturoznawców, wewnątrztekstowej i segmentowanej wedle zupełnie innych metodologii. Dom to dla architekta sposób kreacji własnego ja w zuniformizowanym i zinstytucjonalizowanym świecie braku wyposażenia – Rybczyński postuluje jego powrót oraz powtórną personalizację wnętrz. Taki też plan zdaje się realizować w książce: od wnętrz średniowiecznych pozbawionych znaków szczególnych, przez pokoje holenderskie i francuskie, silnie manifestujące osobowość zamieszkującego, po przygodę z art déco i brutalizmem Le Corbusiera. Zamknięcie to odwrót od komfortu na rzecz przestrzeni niczyjej, a jeśli już poddanej semiotycznemu dyktatowi – to oddanej na usługi szeroko pojętej pracy zarobkowej (zimne i niewygodne biurowce, niesprzyjające pod względem estetycznym i użytkowym). Dokonany fachowym okiem raport Rybczyńskiego nie przynosi kojących wiadomości, ale daje nadzieję na powrót miejsc spersonalizowanych i dopracowanych pod względem komfortu. Zdaniem architekta dom to nie tylko ekwiwalent zawartości portfela, ale również, niepodlegający standaryzacyjnym procesom, wyznacznik świadomości społeczno-politycznej.

Wznowienie tej pozycji to również ukoronowanie prawie dwudziestu lat badań nad zagadnieniem doświadczenia (zalążki tej kategorii odnajdziemy w „Języku modernizmu” Ryszarda Nycza z 1997 roku) i stopniowego przyswajania zagranicznych tekstów związanych z tą kategorią. Kanon stanowią przede wszystkim prace Franka Ankersmitha „Narracja, reprezentacja, doświadczenie. Studia z teorii historiografii” (Kraków 2004), Martina Jaya „Pieśni doświadczenia. Nowoczesne amerykańskie i europejskie wariacje na uniwersalny temat” (Kraków 2008) oraz Ryszarda Nycza „Poetyka doświadczenia. Teoria, nowoczesność, literatura” (Warszawa 2012).

Mit wiecznego powrotu

Książka Rybczyńskiego zbudowana jest z niemal liryczną precyzją: tu wszystko ma swoje, umotywowane historycznym wywodem, popartym egzemplifikacjami, miejsce. Okazuje się, iż współczesnego konsumenta toczy wirus nostalgii. A wszystko zaczyna się i kończy na… Ralphie Laurenie, który w 1984 roku zapowiedział, że zamierza projektować również wnętrza. Jego autorska kolekcja składała się z czterech odsłon, każda wiązała się z kanonicznym wyobrażeniem otoczenia ewokowanego przez sugestywne nazwy. Każda też sygnowała osobny styl, integralny i samowystarczalny, charakterystyczny dla nonszalancji Laurena projektującego w 1977 roku kostiumy do filmu „Annie Hall”, które nosili Diane Keaton i Woody Allen. Mamy więc do wyboru style sygnowane następującymi nazwami: „Chałupa z bali”, „Superklasa”, „Jamajka”, „Nowa Anglia”. O Laurenie nie można powiedzieć, że był kiedykolwiek couturier. Jego sława zbliża się do modowych geniuszów – Yvesa Saint Laurenta i Huberta de Givenchy’ego, ale sukces opiera się na znajomości reguł rynku i gustu mas. O ile wymienieni dyktatorzy sprzedali swoje talenty przemysłowi prêt-à-porter, przed inwazją rynku komercyjnego skupili się na wykreowaniu doskonale skomponowanych kolekcji haute couture. Elitarność Laurenta podkreśla retrospektywna wystawa w Metropolitan Museum zorganizowana w 1984 roku. Tymczasem Lauren bazuje na bezpiecznych oczekiwaniach klientów, wystrój wnętrz musi wywoływać nostalgię za czasem utraconym, ale przede wszystkim powinien być odpowiednio spatynowany. Czynnikiem kształtującym gust człowieka jest szeroko pojęta tradycja. Lauren kontynuuje już istniejącą, ale Rybczyński podkreśla, iż wykreowanie tradycji na potrzeby konsolidacji stabilnej więzi społecznej, w której tradycja ręczy za prestiż, bo staje się znamieniem długiego trwania, to tylko kwestia inwencji. I tak XVIII-wieczna Anglia stała się wzorem dla innych państw pragnących posiadać własny hymn, często dodawano do angielskiej melodii autorskie słowa, Szwajcaria do dziś śpiewa „Rufst du, mein Vaterland” na nutę „God Save the King”. Tradycyjne, zachowawcze wnętrza okazują się spełnieniem oczekiwań klientów, nowe technologie zostały z czterech kolekcji Laurena wyrugowane: zabudowano i ukryto wszystkie kable, urządzenia elektryczne; to wnętrza świetnie nadające się do kontemplacji, odpoczynku i zapomnienia o sekundarnych sprawach. Co ciekawe, gabinet Malcolma S. Forbesa wygląda jak pomieszczenie muzealne przygotowane do ekspozycji, ta pedanteria w sposobie kreacji tradycyjnych, obciążonych zachowawczą powściągliwością wnętrz, zdradza predylekcję do polimorficznych stylów, eklektycznych, ale zdyscyplinowanych w kreowanym formacie firmy. Nowoczesność sąsiaduje tu z gabinetami silnie stygmatyzowanymi przeszłością, sam Lauren, angażując Angela Donghie do przearanżowania nowojorskiego, dwupoziomowego apartamentu, oczekiwał zgrzebnego minimalizmu, który projektanci nazwali „zwodniczo prostym” (s. 282). Człowiek kreujący wygląd a la Vanderbildt zapragnął przestrzeni o zmniejszonej „gęstości”. Peter Thornton, pomysłodawca tego terminu i autor książki „Autentyczne dekoracje” z 1984 roku, zauważa, iż jej natężenie zmienia się jak moda. Na stopień gęstości nie wpływają style historyczne, bo w obrębie jednego stylu gęstość może ulec wahadłowym odchyleniom. Wiele zależy od tego, ile wzorów i faktur jest w stanie zarejestrować ludzkie oko. Stopień gęstości zmieniał się wraz z prymatem kolejnych stylów, mógł ulegać anachronicznym zastojom i nawrotom; angielskie neopalladiańskie wnętrza w 1720 roku były gęstsze niż dwadzieścia lat później, a pokoje w połowie epoki wiktoriańskiej zagracano o wiele mniej niż w latach siedemdziesiątych XIX wieku, szczególnie jeśli były urządzane w stylu Queen Anne. Od 1970 roku widać powrót do wnętrz przeładowanych, urządzonych z przepychem, ta manifestowana potrzeba szczelnego zagospodarowania wnętrza wiąże się ściśle z chęcią odnalezienia azylu, który gwarantuje tradycja. Można więc przytoczyć sąd Jeana Starobinskiego, iż: „Nostalgik nie tęskni za miejscem swej młodości, ale za swoją młodością, za swoim dzieciństwem. Jego pragnienie kieruje się nie ku przedmiotowi, który chce odzyskać, ale ku czasowi niemożliwemu do odzyskania” (Zaleski 1996: 17). Kolekcje Laurena zapewniają ten moment epifanii, odzyskane wczoraj trwa w najlepsze, mimo iż jego fundator wybiera wizje chłodnej elegancji i dystansu, więc bliżej mu do Le Corbusiera niż wnętrz wiktoriańskich bądź georgiańskich. Przeszłość pozostaje w cenie, nawet jeśli to cena przyprawiająca o zawrót głowy.

Małe jest piękne!

Pojęcie domowości zostało przez Holendrów dopracowane w najmniejszym szczególne, co zaświadczają pozostawione dzieła malarzy Niderlandów: Jana Vermeera van Delfta oraz Emanuela de Witte’a. Ich umiłowanie skromności, oszczędności, roztropności oraz całego kanonu cnót konsekwentnie ośmieszanych i wyszydzanych przez przyjezdnych zaowocowało wykształceniem holenderskiego sposobu kreacji wnętrz i otoczenia. Miłość Holendrów do swoich domów objawiała się przez posiadanie repliki budynku, która stawała się symbolem dobrobytu, otaczanym szacunkiem, przypominającym o opłacalności ciężkiej i sumiennej pracy. Czułość do miniatur przekładała się na emocjonalny stosunek do wnętrz, dla których „złoty wiek” plasuje się między rokiem 1609 a 1660. Holendrzy stronili od teatralnych wnętrz, przepych i nadmiar charakterystyczne dla pomieszczeń angielskich i francuskich okazywały się zbytecznym luksusem. Umiłowanie prostoty i wstrzemięźliwość gustu są wynikiem religii; kalwinizm stał się religią państwową i chociaż tylko jedna trzecia ludności deklarowała religijność, kalwińska powściągliwość zaowocowała zmianą i ugruntowaniem nowego ładu estetycznego. Niderlandzcy budowniczowie rezygnowali z kosztownych konstrukcji, na których opierać się miały ich domy, a rezygnując z kamienia do budowy domów, rezygnowali także z pali będących przy takich założeniach konstrukcyjnych sprawą przesądzoną. Wybór cegły pozwalał na eliminację pali, ale w konsekwencji powodował puryzm architektoniczny, bowiem cegła nie pozwalała na jakąkolwiek obróbkę, nie nadawała się również do reliefów. Na holenderskich domach odcisnęły się zatem warunki klimatyczno-przestrzenne oraz wszechobecne kanały, które skutkowały zmniejszeniem szerokości parcel. Śmiały podział wertykalny na pokoje górne i dolne stał się początkiem emancypacji świadomości intymności w holenderskich wnętrzach.

Holendrzy zdradzali również predylekcję do mniejszych i przytulniejszych wnętrz, rozmach przestał być wyznacznikiem zamożności i pozycji społecznej. Mniejsza powierzchnia mieszkalna wymagała mniejszego nakładu sił włożonego w jej porządkowanie, rzemieślnicy zakładali przedsiębiorstwa niewchodzące w skład domostwa, raz na zawsze rozdzielono strefę publiczną związaną z interesami oraz pracą od strefy intymnej. Zatrudnianie służby okazało się w Holandii przedsięwzięciem niemożliwym, co wynikało z charakteru Holendrów. Kobiety prowadziły domy bez pomocy wyspecjalizowanych opiekunek i bon. Holenderski mikroświat jawił się tak, jak uwiecznili go apologeci Niderlandów: to świat naznaczony ładem aksjonormatywnym – gdzie na wszystko przychodzi pora i gdzie wszyscy znają swoje miejsce. Dom to przestrzeń zorganizowana i poddana koniecznej redukcji, tak w sferze finansowej, jak również architektonicznej. Rybczyński, prowadząc komplementarną narrację o wnętrzach holenderskich, zestawia je z francuskimi; te dwie potęgi europejskie zupełnie inaczej rozwiązały problem komfortu, intymności i domowości. Francja Ludwika XIV stawiała na wygodę i przyjemność, posądzanie jednak królów francuskich o hedonizm nie jest konieczne. Te dwa mocarstwa ugruntowały swój smak na odmiennych uwarunkowaniach historyczno-ekonomicznych. Francuski Wersal to model uporządkowanego kosmosu, ale i w nim wykoncypowano wnętrza bardziej lub mniej intymne: pokoje do przyjęć (appartements de parade), pokoje recepcyjne (appartements de société) oraz appartements de commodité. Ta ostatnia kategoria zarezerwowana jest dla pana i pani domu, którzy po dniu pełnym obowiązków mogą pozwolić sobie na odrobinę swawoli i bez krępacji zmienić strój na mniej oficjalny, rozpuścić włosy i poczuć się „u siebie”. Podobnie jak w Holandii, francuska polaryzacja przestrzeni wiązała się z tęsknotą do prywatności, zaciszności i komfortu, które gwarantowały dwa rodzaje mebli; zaspokajające potrzeby estetyczne (sièges meublants) oraz związane z komfortem, mobilne i wygodniejsze (sièges courants). We francuskich wnętrzach często występowały rażące antynomie: z jednej strony luksus i wygoda rokoka, z drugiej klasycystyczna miara i harmonia, niepozwalająca na jakąkolwiek ingerencję ludzką w zaprojektowany wystrój. Wnętrza projektowane były dla podkreślenia symetrii i harmonii mebli, przestronne komnaty potrzebowały dopełnienia w postaci mebli służących za ozdoby i punkty perspektywiczne podkreślające artyzm architektów. Komfort nie bez pośpiechu adaptowano do ludzkich potrzeb, ale trwało to jeszcze dwa stulecia. Dzisiejszym standardom odpowiada jednak holenderska zażyłość z domem, co świetnie dokumentuje Rybczyński, badając etymologię słowa „dom”. Leksykograficzne zacięcie autora powoduje, iż rozprawa staje się tym ciekawsza, gdyż pewne reguły i uwarunkowania zachowały się w języku, podstawowym medium pośredniczącym między człowiekiem i światem: „Holendrzy kochali swoje domy. Dzielą oni to stare anglosaskie słowo – ham, hejm po holendersku – z innymi ludami północnej Europy. Home, czyli „dom”, oznacza jednocześnie „budynek” i „gospodarstwo”, „mieszkanie” i „schronienie”, „posiadanie” i „przywiązanie”. Home oznacza budynek, ale też wszystko, co jest w nim i dookoła niego, jak również ludzi, a także poczucie satysfakcji i zadowolenia z tego, co to słowo niesie” (s. 96).

Rybczyński imponuje erudycją. Przedstawiając transformację idei komfortu, zestawia ją z innymi kategoriami wnętrzarskimi: przyjemnością, wygodą, praktycznością i swobodą. Na te czynniki poprawiające samopoczucie wpływają uwarunkowania ekonomiczne, status społeczny klientów oraz historyczne przewroty i krachy. Historia wnętrz zazębia się z modą i pozostaje wobec niej komplementarna. Rybczyński buduje rzetelny opis długofalowego procesu, który w dzisiejszych czasach dokonuje zwrotu i apologii stylów dawnych, niosących pewne, stabilne wzorce moralno-obyczajowe. Formacje stylotwórcze zmieniają się i ustępują następnym, ale dom pozostaje miejscem, gdzie dokonujące się zmiany świadczą o emancypacji pewnych idei i polaryzacji zdań architektów i tapicerów. Samo słowo „komfort” przeszło długą adaptacyjną i semantyczną wędrówkę: „Zadziwiające, jak często w powieściach Jane Austen spotyka się słowo komfort i komfortowy. Używała go w dawnym znaczeniu podtrzymywania czy wsparcia, ale wielokrotnie przekazywała za jego pomocą nowy rodzaj doświadczenia – ukontentowanie spowodowane fizycznym obcowaniem z otoczeniem” (s. 178). Francuska myśl o komforcie skupiała się na koegzystencji przydatności, przyjemności obcowania z otaczającymi przedmiotami i dobrego fizycznego samopoczucia. Angielskie poczucie komfortu wiąże się ze spokojem i brakiem dramatu (s. 179). Z jednej więc strony spełniało postulaty wykoncypowane przez Zaleskiego, dla którego idylla to „moment wytchnienia, chwila serenite, wyspa na morzu łez, azyl na skraju przepaści” (Zaleski 2007: 17), z drugiej zaś strony ta nonszalancja ogrodów i domów angielskich została doskonale przygotowana i opracowana dla wytworzenia efektu chaosu, jako przeciwwaga dla marzeń o „kraju łagodności”.

Kobieca dyktatura/kobieca sygnatura

Kobieca dominacja w sposobie gospodarowania i urządzania wnętrz sięga holenderskiej ekspansji stylu. Nic dziwnego, że prym wiedzie kobieta, która w domu spędza większą część życia. Holenderskie kobiety znane ze swej zapobiegliwości i perfekcji same opiekowały się gospodarstwami domowymi i samostanowiły o kształcie najbliższego otoczenia. Ich doświadczenie okazało się cennym wskaźnikiem do modernizacji wnętrz. Kwestie płci zostają podniesione do rangi doktrynalnej podczas nieprzekonujących przymiarek dwóch stylów: angielskiego (gremialnie ogłoszonego męskim) oraz francuskiego (rokoko zaważyło na opinii o kobiecym charakterze tych wnętrz). Oczywiście Rybczyński rekonstruuje diachroniczny stan świadomości społeczeństw europejskich. To stereotypy każą widzieć w płynnych i gotyzujących liniach ekwiwalent kobiecości, zaś we wnętrzach georgiańskich męską władzę i toporność. Dopiero krótkożywotne art déco zażegnało płciowe interferencje w obrębie stylów. Wariacje na temat luksusowych i artystowskich wnętrz zapewniały o równouprawnieniu tego stylu. Płeć nie determinuje zachwytu nad drobiazgowością wykonań, rzemieślniczą pracą i przede wszystkim nieskrępowaną wyobraźnią francuskich ensembliers. Nikomu nie przyszłaby do głowy próba przypisania tego stylu konkretnej płci jako jej zewnętrznego ekwiwalentu i komponentu psychosomatycznego. Do żyrandoli z żyłkowanego alabastru, gepardzich wzorów, przestrzeni znoszących prawa fizyki oraz intarsjowanych mebli wzdychały kobiety i wzdychali mężczyźni. Solidna porcja luksusu, na który niewielu było stać zawładnęła wyobraźnią i portfelem klientów oraz sercami wizytujących Światową Wystawę Sztuk Zdobniczych i Nowoczesnego Przemysłu w 1925 roku. To tam doszło do kolejnego potężnego starcia dwóch gigantów stylowych – art déco i Nowego Ducha wylansowanego przez kuzynów Jeanneret, Charlesa-Edouarda [Le Corbusiera] i Pierre’a. Brutalny styl białego kontenera uznany został za nieporozumienie, ale już kilka lat później stał się obowiązującą doktryną wnętrzarską ze względu na stopień zero stylu, tanie półfabrykaty stanowiące o niskiej cenie wystroju oraz swojskość ewokującą przestrzeń barów i lokali odwiedzanych chętnie przez przeciętnych klientów, np. francuskich kierowców ciężarówek (s. 274).

Książka Rybczyńskiego posiada jeszcze jedną, szczególną zaletę: przypomina i emancypuje nazwiska kobiecych inżynierów wnętrz. To one dzięki swej żmudnej pracy, sprawnemu zarządzaniu domem i łączeniu kariery ze społecznikostwem udoskonaliły pracę w kuchni; dzisiejszy układ szafek, ich liczba, wysokość blatów, wybór materiałów budowlanych, a także bliskość niektórych urządzeń to zasługa takich pionierów jak Lilian Gilbreth, Christine Frederick oraz Catharine Beecher. Ta ostatnia założyła pierwszą uczelnię dla kobiet w Hartford w 1821 roku. Lilian Gilbreth była inżynierem przemysłowym, konsultantką i pisarką, ale wychowała też dwanaścioro dzieci. Christine Frederick pisała i wykładała na temat spraw konsumentów w latach dwudziestych i trzydziestych. Założyła także Reklamę Kobiet Amerykańskich po tym, jak nie przyjęto jej do wyłącznie męskiego Klubu Reklamowego. Jak słusznie zauważa Rybczyński, były to kobiety wybitne, jego traktat jest więc hołdem złożonym kobiecej determinacji, wyobraźni i rozmachowi.

To kobiety również pozbyły się służby ze swych gospodarstw domowych. Decyzja ta podyktowana była zerwaniem ze „stanem barbarzyńskiej zależności” ogłaszanym i propagowanym przez Mary Pattison w książce „Zasady domowej mechaniki”. Christine Frederick, autorka pomysłu „gospodarstwa bez służących”, utrzymywała, że głównymi przeszkodami w sprawnie działających gospodarstwach były służące, które sprzeciwiały się nowym pomysłom oraz ulepszeniom. W 1869 roku Catharine Beecher razem z siostrą Harriet wydały książkę „Dom amerykańskiej kobiety”, w której piszą o instalacji wentylacyjno-grzewczej. Modernizują układ pomieszczeń, wprowadzają ich podział przy pomocy alkowy na kółkach. Te innowacje pozwoliły na dopracowanie i kobiecą odsłonę komfortu, którym się dziś zachwycamy. Udoskonalona przestrzeń spełniała wymagania zapracowanych kobiet, które wytrwałością dorównywały mężczyznom: pracownikom hut, biur, zakładów przemysłowych. Skrzętna analiza podziału pracy i układu podstawowych elementów, niezbędnych do sprawnego funkcjonowania murarzy, poskutkowała zmianą świadomości co do takich rozwiązań jak wysokość i materiał, z jakiego zostały wykonane blat, suszarki po obu stronach zlewu, szafy ścienne oraz okno umieszczone nad blatem do pracy. Kobiety postulowały również zmniejszenie powierzchni domów i ekspozycję narzędzi w kuchni, co pozwalało na szybkość operacji wykonywanych w zasięgu ręki. Warto zatem zacytować rzecznika innowacji, Bjørnara Olsena, który uważa, iż: „(…) Heidegger rzeczywiście definiuje bliskość jako kluczową ludzką tendencję, jako egzystencjał. Opisując ją za pomocą pojęć, używa on nieznanych słów, takich jak Ent-fernung, od-dalenie – oznaczające zniesienie dystansu, akt czynienia czegoś dalekiego bliskim, oddalenie oznacza: unicestwienie dali, tzn. odległości, przybliżenie. Nie chodzi tu o przezwyciężenie geograficznego dystansu, przynajmniej nie w ścisłym, wymiernym sensie, lecz o odniesienie do wytwarzania zażyłości z czymś. Jest to część naszego codziennego obchodzenia się z rzeczami w modusie poręczności (…)” (Olsen 2013: 122). Powinniśmy zatem pamiętać, że wiele innowacji kuchennych zawdzięczamy kobietom, które po raz kolejny udowodniły, iż znacznie lepiej od mężczyzn radzą sobie z zarządzaniem przestrzenią i czasem.

Porządek dyskursu

Rybczyński okazuje się również rzecznikiem innowacyjności w zakresie wzornictwa i designu. Postuluje kult zmysłu historycznego; styl jako najmniejsza cząstka tradycji powinien być adaptowany do zmieniających się potrzeb współczesnego człowieka: „Tym, czego ludziom brakuje w domach, nie są tandetne historyczne odniesienia. Potrzebne im jest poczucie zadomowienia, a nie większa ilość boazerii; uczucie prywatności, a nie neopalladiańskie okna; atmosfera przytulności, a nie gipsowe głowice kolumn” (s.316). Wierne naśladowanie z rozmachem wnętrz sprzed pięćdziesięciu czy stu lat okazuje się dla architekta zabiegiem anachronicznym i wzorem stylu negatywnego, gdzie komfort zostaje całkowicie wyeliminowany na rzecz jakości estetycznych. Niebagatelny wpływ na sposób konstruowania pojęcia komfortu ma świadomość jego zmiennego poziomu u różnych aktantów. Komfort jest zatem pojęciem subiektywnym i często słabo uchwytnym: dla jednych wiąże się z podwyższona temperaturą, dla innych z chłodem. Ilość czynników warunkujących poczucie komfortu zadziwia i przeraża. Ale należy sobie zdać sprawę, że komfort plasuje się między biegunem naddatku swobody, a jego brakiem. Ta przestrzeń między dwoma skrajnościami ma szansę zostać przez jak największą ilość ankietowanych ogłoszona za idealny wskaźnik komfortu. Niemożliwe jest obliczanie statystycznego poczucia komfortu, ale można na podstawie badań behawioralnych uzyskać zadowalające wyniki i oprzeć na nich wiedzę o urządzaniu wnętrz. Rybczyński postulując zachowanie piętna indywidualności apeluje także o doskonałe współgranie elementów z dawnych epok. Technika, jego zdaniem, może nie tyle uratować nas, ile odciążyć i usprawnić działanie gospodarstwa domowego. Jej ewolucja również przyczyniła się do zmian jakościowych w budownictwie i wzornictwie. Rybczyński dowcipnie koncypuje Cebulową Teorię Komfortu (s.331), która niczym palimpsest zakłada nawarstwianie przeszłych teorii komfortu i daje pełny obraz zmian zachodzących na przestrzeni wieków w obrębie jego funkcjonowania. Warto zatem zgodzić się z autorem i przystać na nieuchwytną polimorficzną strukturę odczucia komfortu: to coś, co doprowadza do somatycznej i intelektualnej przyjemności. To, czy każdy odczuje ją w takim samym stopniu zależy od finezji architekta. I o tym mówi nam bez ustanku Rybczyński.

Karuzela z Le Corbusierami

Podstawową zaletą książki Rybczyńskiego są przystępny język i, jak już zostało to podkreślone, erudycja. Pojawia się jednak wiele potocyzmów, które odbierają tej publikacji naukową klarowność i przejrzystość (możliwe, iż to wina tłumaczki, której zależało na przystępności). Wywód mącą nieprzemyślane frazeologizmy i to na nich skupia się uwaga czytelnika. Mimo iż książka posiada charakter popularnonaukowy, z powodzeniem sięgną po nią historycy sztuki, architekci, socjolodzy i literaturoznawcy. Problematyka domu łączy się, jak zaprezentował to Rybczyński, z szeroko pojętym tłem społeczno-historycznym. Argumenty i wywody autora budzą podziw, bo ukazują dzieje jednego przedmiotu (np. krzesła) na tle kilku doktrynalnych stylistyk oraz zmieniających się znaczeń komfortu. To książka pozwalająca dostrzec ludzką wrażliwość na przedmioty, które na stałe wrosły w pejzaż domowy: elektryczną lampę, klozet, wannę czy lodówkę. Podziwiając obroty tych rzeczy, Rybczyński nie zapomina o napomnieniu Eliadego, który, krytykując myśl Le Corbusiera, stwierdza: „Dom nie jest przedmiotem, »maszyną do mieszkania«, jest on wszechświatem, który człowiek sobie buduje naśladując wzorcowe dzieło bogów – kosmogonię. Budowanie i zasiedlanie każdej siedziby zawsze poniekąd równoznaczne jest z początkiem, z nowym życiem, wszelki zaś początek odtwarza ów pierwotny początek, kiedy ponad światem po raz pierwszy rozbłysło światło” (Eliade 1992: 27). Ten ryt mitograficzny doskonale oddaje ducha książki Rybczyńskiego, dla którego domowość łączy się ze światem, by dać zadziwiające rezultaty w ich organizacji.

LITERATURA:

Eliade M.: „Okultyzm, czary, mody kulturalne. Eseje”. Przeł. I. Kania. Kraków 1992.

Olsen B.: „W obronie rzeczy. Archeologia ontologia przedmiotów”. Przeł. B. Shalcross. Warszawa 2013.

Sławek T.: „Mapa domu”. W: T Sławek., A. Kunce, Z. Kadłubek Z.: „Oikologia. Nauka o domu”. Katowice 2013.

Zaleski M.: „Formy pamięci. O przedstawianiu przeszłości w polskiej literaturze współczesnej”. Warszawa 1996.

Zaleski M.: „Echa idylli w literaturze polskiej doby nowoczesności i późnej nowoczesności”. Kraków 2007.
Witold Rybczyński: „Dom. Krótka historia idei”. Przeł. Krystyna Husarska. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2015.