ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (278) / 2015

Przemysław Pawełek,

NIEMIECKIE ECHA FRANCUSKICH MISTRZÓW (CYRRUS-MIL)

A A A
Andreas od lat cieszy się w Polsce dużym uznaniem. Każde kolejne dzieło niemieckiego autora spotyka się z (co najmniej) życzliwym przyjęciem rodzimych czytelników. Debiutujący w naszym kraju album „Cyrrus-Mil” onegdaj przyjmowano jako komiksowe objawienie. Czy słusznie?

Na recenzowany tom składają się dwie oddzielne historie, tworzące jednak pewną całość; ot, część trylogii, która pewnie nigdy nie doczeka się domknięcia. Cyrrus i Mil to także imiona osób (czy też bytów) związanych z motywem przewodnim obu komiksów – tajemniczą świątynią, przedwiecznym obiektem ulokowanym na środku pustyni. Nie jest znana jego przeszłość, nie wiadomo, w jakim celu został wzniesiony. Intryguje jednak badaczy, zwłaszcza tych, którzy bezwzględnie chcą czerpać wiedzę z Drzewa Poznania Dobra i Zła. Ale nie wszystkie próby zgłębienia tajemnic budowli kończą się powodzeniem, tak samo jak nie do końca zostaje zaspokojona ciekawość czytelnika.

Artysta bawi się z nami w kotka i myszkę, zwłaszcza w chronologicznie poszatkowanym „Cyrrusie”. Unikając linearności, przekształca dość prostą fabułę w przekładaniec, zmuszający odbiorcę do uważnego śledzenia nakładających się na siebie wydarzeń. Narracyjne igraszki idą tu w parze z formalnymi eksperymentami. Andreas żongluje układem plansz, w zależności od wątku zmienia techniki wyrazu bądź dla utrzymania porządku rozgranicza poszczególne sceny (odpowiednimi dla nich) paletami barw. Tajemnicza historia skręca w stronę psychodelii oraz surrealizmu, a nad całością unosi się aura bliska pracom Moebiusa.

„Mil”, czyli druga z opowieści uwzględnionych w recenzowanym tomie, utrzymana jest w podobnej tonacji. O ile w pierwszej części albumu autor śmiało igra z chronologią jako elementem formy, o tyle w drugiej posyła jednego z bohaterów na wyprawę do nieokreślonej epoki (kiedy to kamienna budowla dopiero  powstawała), czas natomiast staje się istotnym elementem fabuły. Dziwny, oniryczny świat może budzić skojarzenia z wizjami autorów wydawnictwa Les Humanoides Associés, co zresztą jest usprawiedliwione - podobnie jak „Cyrrusa", opowieść pierwotnie publikowano w legendarnym magazynie „Métal Hurlant" .

Nowy-stary album Andreasa daje nam wszystko, za co można tego twórcę uwielbiać bądź czuć do niego niechęć. Odnajdziemy tu więc typową dla tego artysty kreskę, zabawy planszą i kadrowaniem, swobodną narrację obrazem, metafizyczny klimat, a także pewną dozę wzniosłego niedopowiedzenia, które rodzi jednak wątpliwości, czy autor wiedział, jaką historię chciał nam opowiedzieć, czy raczej ofiarował nam klocki, z których sami powinniśmy ją zbudować.  

Być może fabuła została gruntownie przemyślana. Jednak w związku z tym, że otrzymujemy tylko 2/3 założonej całości, trudno przejrzeć intencje Andreasa. Czy to opowieść o Bogu, końcu świata czy o czymś zupełnie innym? Czym bądź kim jest świątynia i jaką funkcję pełni pokrywająca jej ściany mozaika z wizerunkiem labiryntu? Czy mamy do czynienia z wysublimowanym mistycyzmem odwołującym się do antropologii, Jungowskich teorii zbiorowej nieświadomości i archetypów czy raczej z artystowskim bełkotem? Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania i nie chcę nawet udawać że wiem, dokąd takie próby by mnie zaprowadziły. Wiem natomiast, że nie odmówię sobie ponownego sięgnięcia po ów tomik, choćby po to, by raz jeszcze ułożyć fabularne puzzle oraz poczuć dziwaczną atmosferę (pra)pustyni.
Andreas: „Cyrrus-Mil” („Cyrrus-Mil”). Tłumaczenie: Maria Mosiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2015.