Wydanie bieżące

15 lipca 14 (278) / 2015

Radosław Pisula,

ARCHEOLOGIA NIESAMOWITOŚCI (AVENGERS: WOJNA BEZ KOŃCA)

A A A
Na festiwalu Komiksowa Warszawa nagle i bez szumnych zapowiedzi wydawnictwo Egmont Polska odpaliło prawdziwą bombę: poinformowało o podpisaniu dużej umowy z Marvelem, dzięki czemu – w ciągu kilku następnych miesięcy – zaatakuje rodzimy rynek bardzo świeżymi historiami z Domu Pomysłów. Aby wbić się w kampanię reklamową nowego filmu z Mścicielami, oficyna w trybie natychmiastowym wydała historię „Avengers: Wojna bez końca”. Niestety, krucjatę rozpoczęto od salwy ślepakami.

Każdy wielki twórca posiada gdzieś w odmętach swojego portfolio tytuły, które zrobił po prostu dla pieniędzy – nie wszystko bowiem możemy robić z miłości, a komercyjne zlecenia pomagają spłacać rachunki i nie wymagają wielkiego zaangażowania. Dowód? W realiach kostiumowego mainstreamu scenarzysta dostaje do ręki znanych bohaterów, których relacje opierają się na stereotypowych różnicach. Potem wystarczy połatać je za pomocą pretekstowej fabuły, dodać do tego dialogi bazujące głównie na przekomarzaniach i voilà – komiks podczepiony pod wielkie medialne wydarzenie gotowy.

Z takiego założenia musiał wyjść Warren Ellis – niezwykle utalentowany scenarzysta, mający na swoim koncie kilka kamieni milowych w rozwoju medium („Transmetropolitan”, „Global Frequency”, „Planetary” oraz sporo wybitnego trykociarstwa,  z „Nextwave”, „Thunderbolts” i „Moon Knightem” na czele), który poszedł po najmniejszej linii oporu, przygotowując produkt skierowany do niedzielnych czytelników, zafascynowanych filmowymi Mścicielami. Produkt pozbawiony serca, większego sensu i – nie owijając w bawełnę – napisany po prostu byle jak.

Opowieść kręci się wokół typowych dla twórczości Brytyjczyka motywów, będących połączeniem specyficznej, pulpowej archeologii oraz wątków transhumanistycznych. Zalążkiem akcji jest pojawienie się dziwnego drona, stanowiącego zespolenie nazistowskiej technologii i… potężnej kreatury z nordyckiej mitologii. Te „rewelacje” momentalnie uruchamiają wspomnienia Kapitana Ameryki i Thora, którzy identyfikują części składowe nowego zagrożenia i po zebraniu ekipy Avengers (filmowy zespół doprawiony Wolverinem, Spider-Manem oraz Kapitanem Marvelem) ruszają na tajemniczą wyspę, gdzie w przeszłości skrzyżowały się drogi superżołnierza oraz gromowładnego wojownika.

Historia jest boleśnie prościutka, mimo iż początkowo wydaje się skrywać jakąś skomplikowaną tajemnicę. Co gorsza, liczący sto dwadzieścia stron album straszy zaskakująco licznymi dłużyznami.  Kolejnym mankamentem jest stopień przegadania, na który wpływ mają dialogi w głównej mierze składające się z wielkich ekspozycji i czerstwych żartów. Wynika to z mocnej stereotypizacji bohaterów – wszystkich można określić maksymalnie dwoma przymiotnikami. Dodatkowo każdy z protagonistów chce pokazać, że jest „najmądrzejszym chłopcem w pokoju”, przez co herosi wychodzą tutaj na nieustannie prężących muskuły smarkaczy.

Niemniej komiks zyskuje, jeśli spojrzymy na niego przez pryzmat nastawienia Ellisa do tematu superbohaterów, których przeważnie kreuje w ironiczny sposób (wzorowo zdekonstruował trykociarzy w „The Authority”). W takim wypadku zrobienie z filmowej wersji Avengers zlepku archetypów – przerzucających się utartymi docinkami – stanowi piękną szpilę wbitą w szkielet typowej historii z Domu Pomysłów oraz w przynoszące gigantyczne zyski postacie. Nie jest to idealna pozycja dla fanów Mścicieli (chociaż młodszym czytelnikom może się spodobać), ale na pewnym poziomie stanowi ciekawy komentarz wymierzony w główny nurt.

O dziwo, na tej niedopieczonej pizzy dobrze trzymają się rysunki Mike’a McKone’a – wyrobnika wcześniej zajmującego się najbardziej znanymi tytułami Marvela i DC. Jego prace są przejrzyste, schludne oraz podkreślone dobrze nałożonymi kolorami. Chwilami mogą wydawać się nieco statyczne i plastikowe, na czym cierpi mimika postaci (oraz ich niewielka wariantowość), jednak w ogólnym rozrachunku spełniają swoje zadanie, przez co finalny produkt ogląda się nieźle. Ale właśnie w tym upatruję największej wady całości.

„Wojna bez końca” to po prostu towar wpisujący się w nadal obowiązujący szał wokół filmowych Avengers (pierwotnie komiks pojawił się na rynku w 2013 roku). Cała linia Original Graphic Novels, do której należy album Ellisa, jest skądinąd niezłym pomysłem amerykańskiego wydawnictwa (w założeniach ma prezentować zamknięte, jednolite historie, niezwiązane ściśle z regularnymi seriami oraz stanowiące idealny start dla nowych czytelników), jednak wersja Mścicieli zaproponowana przez Brytyjczyka wydaje się zbyt siermiężna, aby z wykopem przetrzeć szlaki innym tytułom Marvela w Polsce. Nie jest to szczególnie zły komiks, ale naprawdę szkoda, że Ellis nakreślił całość od linijki – brakuje tutaj jego szaleństwa, zuchwałości, zabawy skostniałymi ikonami oraz, po prostu, duszy. Scenarzysta na pewno opłacił rachunki, ale z artystycznego punktu widzenia mogło być dużo, dużo lepiej.
Warren Ellis, Mike McKone: „Avengers: Wojna bez końca” („Avengers. Endless Wartime”). Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2015.