Wydanie bieżące

15 listopada 22 (70) / 2006

Wiesław Kowalski, Paweł Łysak,

TEATR WOKÓŁ PROJEKTÓW

A A A
Z Pawłem Łysakiem, reżyserem, dyrektorem Teatru Polskiego w Bydgoszczy, rozmawia Wiesław Kowalski
Wiesław Kowalski: Objęcie przez Pana i Pawła Wodzińskiego dyrekcji Teatru Polskiego w Poznaniu wywołało w 2000 roku niemały szum medialny. Po wystawieniu „Shopping and Fucking” Marka Ravenhilla i „Ognia w głowie” Mariusa von Mayenburga byliście Panowie jakby naznaczeni piętnem brutalistów. Dzisiaj mało kto już o tym pamięta.

Paweł Łysak: Było to w okresie, kiedy teatr polski poszukiwał nowej drogi, podejmował próby oczyszczenia języka teatralnego, czy też znalezienia nowego. Taki moment spóźnionej rewolucji. Ale dzisiaj to już etap zamknięty. Moda na brutalistów minęła. Pozytywny aspekt tego zjawiska to promocja nowej literatury, pokazanie nowego sposobu myślenia i otwarcie nowych dróg dla teatralnych poszukiwań. Negatywna natomiast była powierzchowność ocen zamiast próby głębszej analizy. Objęcie dyrekcji Teatru Polskiego w Bydgoszczy to dla mnie czas pracy bardziej skoncentrowanej i spokojnej. Dzisiaj nasz teatr nie potrzebuje sensacji, rewolucji czy rozgardiaszu. Trzeba zacząć go budować jakby od nowa, bowiem wiele rzeczy w jego strukturze się rozsypało. A do tego potrzebne jest skupienie i namysł.

W.K.: O jakiej budowie Pan myśli?

P.Ł.: Trzeba zbudować to, czego w teatrze brakuje. A brakuje solidności w sensie warsztatowym i intelektualnym. Teatr musi artykułować najważniejsze treści dotyczące najbardziej istotnych problemów świata i naszego kraju. Takie spektakle realizowali w ważnych dla Polski okresach historycznych Swinarski, Dejmek i Jarocki. Teraz też jest taki moment. Czas chwilowych przeobrażeń, negacji czy teatralnych fajerwerków, nie jest nam dziś potrzebny. Sztuka powinna włączyć się w głęboką, a nie powierzchowną dyskusję na temat współczesności. Może również taką dyskusję inicjować.

W.K.: W Poznaniu imponujący był zestaw reżyserów, których zapraszał Pan do współpracy. Grzegorz Jarzyna, Krzysztof Warlikowski, Anna Augustynowicz, Paweł Szkotak, Grażyna Kania, Ingmar Villqist, Piotr Chołodziński, Rafał Sabara, Tomasz Mann…Kim według Pana jest reżyser? Czy tylko rzemieślnikiem, który „ustawia spektakl”? Czy prawodawcą koncepcji myślowej, estetyki i konwencji przedstawienia?

P.Ł.: W polskim teatrze pozycja reżysera jest bardzo silna. I tak jest od lat kilkudziesięciu. Wystarczy wspomnieć choćby Kantora, Grotowskiego czy Grzegorzewskiego, którzy wyznaczali kierunki rozwoju w polskim teatrze. Od paru lat więcej uwagi zaczyna się poświęcać współczesnej dramaturgii. I wydawać by się mogło, że rola reżysera jakby schodzi na margines teatralnych rozważań. Ale niezupełnie. Jest cała grupa młodych, szalenie ciekawych i utalentowanych twórców, którzy potrafią robić żywy teatr, zabierają głos w najbardziej aktualnych sprawach swojego pokolenia. Wywołują dyskusję i prowokują publiczność do rozmowy. Ale trzeba przyznać, że coś się zmieniło. Wielcy demiurdzy polskiego teatru to był jednak inny rodzaj artystów. Artystów łączących artyzm i rzemiosło w jedność. Dzisiaj daje się zauważyć odwrót od rzemiosła. I to jest niedobre, bo skutkuje powierzchownością i eksploatowaniem umiejętności, które w środowisku określane są jako serialowe.
Dla mnie wzorem prawdziwego artysty pozostaje cały czas prof. Tadeusz Łomnicki, człowiek wielkiego talentu, opanowanego do perfekcji warsztatu i otwartych horyzontów artystycznych. Dzisiaj artysta próbuje za wszelką cenę być inny, szuka pomysłów, by pokazać coś nowego. Stąd wiele w teatrze wydarzeń, myśli i rzeczy pobocznych. Natomiast brakuje głównego nurtu, tego najbardziej ciekawego i poważnego.

W.K.: Mówiąc o mistrzach, często wspomina Pan również Macieja Prusa i przywołuje myśl Leona Schillera.

P.Ł.: Jeszcze jako student Akademii Teatralnej byłem asystentem Macieja Prusa w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Od niego uczyłem się praktyki teatralnej. Natomiast Schiller jest autorem wielkiej myśli teatralnej, o której trochę zapomniano. To idea teatru społecznego. Nie reporterskiego czy ideologicznego, ale społecznego w tym sensie, w jakim mówi się dziś o nim na świecie.

W.K.: Dlatego tak potrzebny jest podświadomy słuch reżysera na rytm czasu?

P.Ł.: Jestem przekonany, że widz żyje tym, co wyniesie z myśli i problematyki spektaklu. Dlatego zawsze mówię, że nie ma innego teatru niż teatr współczesny. Najżywiej zawsze odbierane jest to, co ma związek ze współczesnością. I nie chodzi tu wcale o odwołania czy aluzje do spraw bieżących. Ważne jest to, o czym każdy człowiek na widowni, znajdujący się w określonym momencie swojego życia, myśli, co odczuwa, czuje i co przeżywa.

W.K.: Stąd zapewne Pana otwartość na wszystko to, co dzieje się we współczesnym dramacie w Europie. W Poznaniu organizowane były dni pod hasłem Nowa Dramaturgia Niemiecka, Brytyjska, Rosyjska… a także warsztaty teatralne, szkoła dramaturgii i spotkania z teoretykami teatru.

P.Ł.: Teatr ma obowiązek, by te różne działania okołoteatralne prowadzić. W Poznaniu ten nurt działalności był jakby niezależny. W Bydgoszczy chciałbym natomiast stworzyć rodzaj projektu, który mówiłby o określonych tematach i sprawach. Chciałbym, aby miało to ścisły związek z przygotowywanym przedstawieniem. Wyobrażam sobie, że przy okazji premiery organizujemy działania artystyczne, które ten spektakl dopowiadają i dookreślają. To pomysł, który dopiero powstaje i jestem na etapie jego rozwijania.

W.K.: A klasyka? Jakie jest wg Pana jej miejsce we współczesnym teatrze? Sam Pan reżyserował na różnych scenach dramaty Szekspira, Czechowa, Wyspiańskiego, Eurypidesa, Słowackiego…

P.Ł.: W końcówce lat 90. trochę odszedłem od klasyki, ponieważ wtedy niewiele robiło się rzeczy współczesnych. Chciałem wprowadzać na scenę teksty nowe, które nas bezpośrednio dotyczą. Teraz ta sytuacja się zmieniła, bo myślę, że najważniejsze jest zachowanie proporcji. Klasyka to rezerwuar myśli teatralnej i wielkich problemów, które muszą być odczytywane wciąż na nowo, poprzez siebie i swoje czasy. Tylko bowiem w tym sensie jest ona dla dzisiejszej publiczności istotna i ważna. Tak jak nie ma współczesnej myśli bez Platona, Arystotelesa i Kanta, tak nie ma współczesnego teatru bez wielkich klasyków.

W.K.: A co zrobić z modą w teatrze na postmodernizm, który otwiera worek możliwości dla wielości teatralnych języków i znaków plastycznych, należących do różnych porządków estetycznych?

P.Ł.: Nigdy nie pragnąłem wpisywać się w konkretne nurty czy teatralne trendy. Istotne są dla mnie te przedstawienia, które mają nam coś do powiedzenia o naszych czasach. A z estetyką można się zgadzać lub nie. Zabiegi formalne niekiedy sprzyjają treściom, niekiedy je zabijają.

W.K.: Jest Pan reżyserem i dyrektorem. Czy w jakiś szczególny sposób myśli Pan o publiczności?

P.Ł.: I jako reżyser, i jako dyrektor myślę podobnie. Najważniejsze jest nawiązanie dialogu. To zadanie trudne i odpowiedzialne. Oczywiście, chciałbym, by publiczność była wymagająca i sam też jestem wobec niej wymagający. Nie zawsze może mamy do tego prawo, ale każde spotkanie w teatrze musi być czymś szczególnym. To rodzaj dialogu, impulsu, który pobudza do myślenia i refleksji.

W.K.: To na barkach reżysera - dyrektora spoczywa odpowiedzialność za podejmowanie ważnych tematów i problemów, tworzenie własnej linii ideowej oraz umiejętność korzystania z całego dorobku teatralnego. Wiadomo, że na Zachodzie reżyser ma do pomocy w tych kwestiach dramaturga.

P.Ł.: Funkcja dramaturga, który myśli i pracuje nad koncepcją, wizją, profilem i obliczem teatru czy przedstawienia, to absolutnie przyszłość polskiego teatru. I u nas – choć jeszcze w sposób nie do końca formalny – zaczyna się coś w tej materii zmieniać. Dramaturg pojawia się w teatrze przy okazji przygotowywanego spektaklu czy projektu. Idea powoływania takich osób jest mi bliska i chciałbym ją w Bydgoszczy realizować.

W.K.: Bydgoszcz, w przeciwieństwie do Poznania, jest miastem monoteatralnym. Czy to zmienia Pana spojrzenie na repertuar i jego kształtowanie?

P.Ł.: W Poznaniu obok Teatru Nowego, działał jeszcze Teatr Animacji, który był bardzo silnym ośrodkiem, przygotowującym na wysokim poziomie spektakle dla dzieci. Stąd założyliśmy od początku, że w Polskim nie będziemy takiego repertuaru realizować. W Bydgoszczy trzeba pamiętać o wszystkich przedziałach wiekowych. Również o widzach najmłodszych. Chciałbym spełnić oczekiwania jak najszerszego kręgu odbiorców, bo taki jest obowiązek jedynego teatru dramatycznego w mieście. Dlatego myślę o prezentowaniu przedstawień w formie projektów dotyczących jednego tematu. Konstruowany w ten sposób repertuar pozwoli na czystsze pokazanie repertuarowej myśli i proponowanej problematyki. A zatem na bydgoskiej scenie gościć będą różne spektakle dla różnych ludzi.

W.K.: Czy według Pana zespół artystów na scenie zorganizowany wokół jednego tematu, zbliżający się w dyskusji, w sporze wokół zagrożonych wartości, wobec potrzeby artykułowania prawdy, może świadomie i jednym głosem wyrażać wiarę estetyczną i etyczną?

P.Ł.: By zespół mógł nadać teatrowi określone oblicze, rzeczywiście powinien mówić jednym etycznym głosem. Co do kwestii estetycznych, to nie byłbym już taki pewien. Tego typu upodobania bywają różne. Czasami trudno jest znieść coś, co nie mieści się w naszym kanonie wartości. Ale różnorodność estetyczna może zrodzić konstruktywną dyskusję. Nie chodzi przecież o to, by wszyscy aktorzy i realizatorzy mówili jednym chóralnym głosem w jednej sprawie. Teatr tylko wtedy będzie interesujący, kiedy dojdzie w nim do konfrontacji wielości stylów, konwencji i interpretacyjnych możliwości.

W.K.: Jeśli mowa o aktorach, to proszę powiedzieć, jakie predyspozycje Pan preferuje? Niektórzy twierdzą, że nie ma złych aktorów, są tylko źli reżyserzy.

P.Ł.: Posiadanie umiejętności warsztatowych, a bycie artystą to dwie różne sprawy . Zwracał na to uwagę wspomniany już Tadeusz Łomnicki., który twierdził, że szkoła powinna uczyć przede wszystkim światopoglądu. A z tym u aktorów bywa różnie. Na pewno trudniej współpracuje się z rzemieślnikiem, który nie jest artystą. Nie można zapominać, że aktor to również twórca i kreator scenicznej rzeczywistości. Trzeba pamiętać o tym, że sposoby grania się zmieniają, warsztat i język teatralny ewoluują i ulegają przeobrażeniom. I myślenie o tym jest szalenie istotne.

W.K.: W Poznaniu, jako mieście leżącym między Warszawą a Berlinem, myślał Pan o stworzeniu Międzynarodowego Centrum Teatralnego. W Bydgoszczy takie możliwości stwarza chyba Festiwal Prapremier, który obejmuje Pan po dyrektorze Adamie Orzechowskim.

P.Ł.: Festiwal Prapremier powinien zyskać międzynarodowe oblicze. I to jest nieuchronne.
Przede wszystkim sukces tego festiwalu skłania, by myśleć o rozszerzeniu jego formuły. Na razie zbieram opinie i rozpoczynam przygotowania do następnej edycji konkursu.

W.K.: Podsumowując: możemy się spodziewać w Bydgoszczy teatru, który będzie walczył ze skostnieniem, przestarzałą estetyką, będzie prowokował do myślenia, zadawania pytań, do intelektualnego wysiłku przy podejmowaniu trudnych tematów.

P.Ł.: Bardzo trafne podsumowanie.

W.K.: Dziękuję za rozmowę.