Wydanie bieżące

15 listopada 22 (70) / 2006

Ryszard Chłopek,

JEDEN POEMAT NA JEDNO ŻYCIE

A A A
Pisać całym sobą. Nie oszczędzać kości ani duszy. Pisać tym, co się przeżyło i co tkwi najgłębiej – szaleństwem, chorobą, rozsądkiem oraz własnym zdrowiem. Nie rozdrabniać się na wiersze, wierszyki, zgrabne warsztatowe blichtry. Bez gier i gierek, patetycznych albo smutnych gestów. Nie uwodzić czytelnika, nie czarować, nie ściemniać. Patrzeć mu prosto w oczy, tak, by się przestraszył. Niech poczuje na plecach lepki oddech śmierci. Niech się rozbudzą w jego trzewiach wszystkie siły życia. Imperatyw autentyczności towarzyszy wierszom Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego.

„Wierszom”? Nie jestem pewien, czy to właściwe słowo, bo poeta na dwa sposoby zaznacza ciągłość i jedność tego, co pisze. Ilekroć staję się posiadaczem którejś z jego książek, oprócz nowych utworów zawiera ona cały wcześniejszy dorobek autora. Tak było z „Kamieniem pełnym pokarmu” (Warszawa 1999) oraz z „Daleko stąd zostawiłem swoje dawne i niedawne ciało” (Kraków 2003). Tak jest również teraz, kiedy żniwiarz „Dycio”, uczestniczy w „Dożynkach” Biura Literackiego i wydaje „Poezję jako miejsce na ziemi”. Jakby chciał podkreślić, że to jest właśnie całość, że nie powinno się tej poezji czytać na wyrywki. A na dodatek wszystko, co napisze zamiast albo obok tytułu, ma zawsze cyfrę rzymską. Póki co ostatnia to: CCLXXII. Autor „Młodzieńca o wzorowych obyczajach” właściwie nie pisze „wierszy” – autonomicznych utworów, choćby i powiązanych ze sobą. To jest poemat. Jeden, długi i spójny. Nieskończony. Można się domyślać, że skończony nie będzie. Urwie się kiedyś, nagle (oby jak najpóźniej). Pozostawi wyrwę. Dycki zasadził ów poemat bardzo dawno temu. Był rok 1988, a może i wcześniej. Lub ktoś go w Dyckim zasadził. Choćby matka, która – jak gdzie indziej wspomina – była kochanką Norwida. A może poemat zasadził Dyckiego? Teraz to już nieważne. Nierozstrzygalne.

Pisze się o tej poezji, że tchnie barokiem, że patronują jej Mikołaj Sęp-Szarzyński czy Daniel Naborowski. Poniekąd to prawda. Gdyż jest to opowieść o wielkim rozdarciu. Pomiędzy ciałem i duszą, życiem i śmiercią, wiarą i niewiarą, męskością i kobiecością, niebem i ziemią, wilkiem i pasterzem, ciemnością i światłem. Odbywa się w niej nieustanne celebrowanie kruchości. Zaklinanie śmierci. „jutro już tylko trumny wydadzą krzyk ostateczny / przed wprowadzeniem człowieka na swoje nieobsadzone miejsce / niezastąpiony jest człowiek gdy krzyczeć ma nikt / z wołania o Niemoc przyjdą nasze dzieci i zasiądą przy otwartych ustach”.

Ale też jest to historia pełna lęku i drżenia. Zewsząd przychodzi tragedia. Ona czyha. Jest bardzo cierpliwa. Bohater też jest cierpliwy, gdy jej oczekuje. „Ona w każdym uśmiechu, ona każdym oddechu, ona we śnie, w modlitwie i hymnie”. Ten depresyjny zaśpiew Norwida przenika poezję Dyckiego. Gdy woła o Niemoc, gdy asystuje przy chorobie matki, gdy pielgrzymuje do antykwariatów i na cmentarze, gdy ulicą Lubaczowską idzie za trumną, gdy przyjaciel popełnia samobójstwo. Cały czas towarzyszy mu widmo katastrofy, swoistej „apokalipsy przeczuwanej”, jednak w jednostkowym wymiarze. Ona musi nadejść. Bo „stoi nade mną ciemna gwiazda / nad panem również panie profesorze / nie wyprze się pan tego nie wyprze (...) która nas do siebie przyciąga i mruga / nie wyprze się pan tego nie wyprze”.

Poniekąd już nadeszła. „przysięgam schizofrenia jest jak pies bez kości / który z żołądkiem moim ma do czynienia / i z żołądkiem moim czyni sobie zadość / co to jest samotność”. Apokalipsa prywatna materializuje się w ciężkiej, nawracającej chorobie. Odbierającej jasność i klarowność myślenia, koncentrację, kontakt z rzeczywistością, spokój, życie emocjonalne, a w przewlekłej formie również sprawność intelektualną. Chorobie stygmatyzującej („to wariat”), spychającej na margines, w samotność. W upartą, przewlekłą samotność z powikłaniami.

Pisząc o psychozie, Tkaczyszyn-Dycki robi rzecz wyjątkową, na jaką stać tylko geniusza. Nie koncentruje się na tak zwanych objawach wytwórczych – urojeniach oraz omamach, które pozornie są bardzo literackie. Omija ten szlak – łatwy, ale pełen mielizn. Poeta sięga głębiej. Pokazuje uniwersalny wymiar choroby – lęk, przerażenie, osamotnienie, uwikłanie w rodzinę, szukanie oparcia w Bogu, szukanie zrozumienia, smutek, wycofanie. Z tym wszystkim Dycki nakazuje się zmierzyć swojemu bohaterowi. W jego schizofrenii każdy z nas może znaleźć siebie. Być może zresztą wszyscy mamy w sobie jakieś psychotyczne jądro.

Ta poezja ocala. Jest miejscem na ziemi. Takim, w którym można się schować. Odetchnąć. Może nie daje sił, ale daje nadzieję – „mówią, że istnieją słowa przed którymi / zamykamy się do nadspodziewanych objęć wierszy / i w których prosimy żeby nam wybaczono”. Na kartkach są jeszcze świeże ślady kości i duszy. Są rozpacz oraz lęk przed rozpadem oswajane melodią i rytmem. I któż się ostoi wobec wersów „Dycia”?
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki: „Poezja jako miejsce na ziemi”. Biuro Literackie. Wrocław 2006.