ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (70) / 2006

Kamil Dąbrowski,

JULIETTE AND THE LICKS

A A A
„Four on the Floor”. Hassle Records, 2006.
Juliette Lewis i jej koledzy drugim albumem „Four on the Floor” nie próbują zdobywać list przebojów. Nie chcą być sławni. Oni chcą grać rock’n’rolla i to możliwie jak najgłośniej i najostrzej.

Aktorzy na scenie muzycznej to nie nowość. Mieliśmy już m.in. Russella Crowe’a i jego 30 Odd Foot of Grunts (w skrócie: TOFOG) oraz Keanu Reevesa i jego trio Dogstar. O kapeli tego drugiego zapewne mało kto słyszał. Reeves skupił się bardziej na karierze filmowej. Dogstar nagrał tylko dwa albumy i na dodatek ostatni w 2000 roku. Za to zespół Crowe’a nagrywa, koncertuje i to z niemałym powodzeniem. Popularny jest chyba bardziej na Zachodzie, w Japonii czy rodzimej Australii. Polskim słuchaczom znany jest ostatnio dzięki utworowi „Never Be Alone Again” (granemu przez Trójkę), w którym gościnnie zaśpiewała Chrissie Hynde z The Pretenders. Russell, wypuszcza się też w trasy koncertowe, ale jakoś nigdy nie po drodze było mu do kraju nad Wisłą.

Lewis od jakiegoś czasu pojawiała się na scenie muzycznej, ale tylko okazjonalnie. Jej rola w filmie „Strange Days”, gdzie wystąpiła jako wokalistka, potwierdziła, że ma potencjał bycia liderką zespołu stricte rockowego. Od 2003 roku skutecznie zamienia granie przed kamerą na granie przed mikrofonem. Coraz rzadziej można ją zobaczyć na wielkim ekranie, aczkolwiek Lewis nie powiedziała stanowczego „nie” występowaniu w filmach. Ostatnio mogliśmy ją ogladać w „Prawie do wolności” emitowanym przez jedną ze stacji TV. Natomiast na styczeń 2007 roku planowana jest premiera filmu „Catch & Release” z Juliette w jednej z głównych ról.

Album zaczyna się mocnym i ostrym „Smash and Grab”, ale tak grali już przed 25 laty AD/DC czy Motörhead. Wtedy można było mówić o jakimś kunszcie i ewolucji muzycznej rocka. W drugim kawałku, „Hot Kiss”, Juliette wokalnie brzmi jak Kristin Hersh (50 Foot Wave). Jest tu po trochu tradycyjnego rocka („Get Up”) i punka („Killer)”. W „Bullshit King” mamy coś z Queens of the Stone Age. Dopiero w „Death of a Whore” robi się ciekawiej. Kompozycja, najbardziej interesująca i intrygująca z całego zestawu, ma jakąś własną, narastającą budowę. No i ten klimat oraz temat. W sam raz na film z gatunku psycho-thrillera. Zaś dodatkowym smaczkiem może być udział w nagraniach Dave’a Grohla (ex-Nirvana, Foo Fighters).

Powiem szczerze: płyta „Four and the Floor” nie powaliła mnie na kolana. Nie wzbudziła we mnie dreszczu i uczucia szczeniackiego buntu, jakiego doznaje się po przesłuchaniu na przykład Pearl Jam czy PJ Harvey. Zresztą debiutancki album „You’re Speaking My Language” też nic specjalnego nie przyniósł. Coś w stylu Dody, z tą różnicą, że po amerykańsku. Szkoda tylko, że nie mieliśmy szansy zobaczyć kapeli Lewis 4 listopada. Jej koncert w Polsce został odwołany i przeniesiony na pierwszą połowę przyszłego roku. Przekonalibyśmy się wówczas jak ta muzyka brzmi na żywo. Tymczasem pozostaje nam „delektowanie” się dziesięcioma kawałkami miernego według mnie, rockowego grania.