Wydanie bieżące

15 listopada 22 (70) / 2006

Wojtek Mszyca Jr,

PRZYPADKI Z POGRANICZA MROKU I GROTESKI

A A A
Scott Walker “The Drift”. 4AD, 2006.
Powszechnie przyjętą praktyką jest recenzowanie nowości wydawniczych, myślę jednak że w przypadku „The Drift” Scotta Walkera mogę sobie pozwolić na odstępstwo od tej reguły. Dlaczego? Choćby dlatego, że jego poprzedni album, „Tilt”, ukazał się w 1995 roku a poprzedzający go „Climate of Hunter” w 1984 roku. Jest jednak ważniejszy powód. Najnowsze dzieło Walkera bez wątpienia zagości na wielu listach najważniejszych wydarzeń muzycznych bieżącego roku. Jest to przy tym album, który wielu osobom wyda się nieporozumieniem. Wiele innych uzna go za genialny. Najtrudniej będzie znaleźć kogoś, kto po jego wysłuchaniu pozostanie obojętny, bo muzyka Walkera w swojej obecnej postaci wywołuje skrajne emocje.

Scott Walker ma za sobą długą drogę, która przebiega od młodzieńczej sławy i wielkich komercyjnych sukcesów odnoszonych z grupą The Walker Brothers w latach sześćdziesiątych, do dzisiejszej pozycji outsidera bezkompromisowo realizującego swoją wizję. Poznał smak masowej popularności, świadomie jednak z niej zrezygnował, by tworzyć na własnych warunkach, poza jakimikolwiek układami, modami, gatunkami czy rynkowymi zależnościami. Zyskał za to ogromny szacunek wśród osobowości muzycznego świata – fascynację jego twórczością deklarują choćby Brian Eno i David Bowie. Choć jego płyty nie sprzedają się dobrze, wydawcy zabiegają o nie i uważają za perły swoich katalogów. Najnowsza ukazała się, w pięknej szacie graficznej, w popularnej w Polsce, głównie za sprawą wydawnictw Dead Can Dance, wytwórni 4AD.

Muzyka wypełniająca „The Drift” właściwie dla każdego może się okazać wyzwaniem. I nie mam tu bynajmniej na myśli słuchaczy RMF FM, ci nie powinni nawet zbliżać się do tego albumu, zresztą szansa na to że dowiedzą się o jego istnieniu jest znikoma. Mówię o ludziach świadomie słuchających muzyki i szukających w niej prawdziwych emocji i przygody, a nie tylko łatwej rozrywki. Nikt chyba nie jest do końca przygotowany na to, co proponuje Walker. Podkłady muzyczne jego piosenek są mroczne, neurotyczne, nasycone nietypowymi brzmieniami i odarte ze wszystkiego, co nie jest niezbędne. Podczas nagrań użyto wielu nietypowych technik i instrumentów, warto wspomnieć na przykład o boksowaniu mięsa, które zastępuje w jednym z utworów perkusję. Za pomocą nietypowych środków zespół Walkera wyczarował niezwykły świat brzmień, które tworzą amorficzne, pozbawione piosenkowej struktury tło dla głosu lidera. I właśnie jego głos może dla wielu osób stanowić największe wyzwanie. Spotkałem się w internecie z opinią, że pretensjonalność Walkera pozostaje poza dyskusją nawet wśród jego fanów. Ci, którzy uznają go za geniusza, od tych, którzy go nie znoszą, różnią się tylko tym, czy ową pretensjonalność akceptują, czy też nie są w stanie jej znieść. Sposób, w jaki Walker śpiewa, jest bez dwóch zdań bardzo teatralny, sztuczny, w swoim przerysowaniu bliski może nawet konwencji operowej. Razem z klaustrofobiczną muzyką, tworzy dość przerażającą całość kojarzącą się z absurdalnym spektaklem z koszmarnego snu. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy owa wymyślna maniera wokalna jest zabiegiem celowym, pozbędzie się ich w momencie, kiedy pod koniec płyty Walker nagle zaczyna skrzeczeć niczym... Kaczor Donald. W jego muzyce nie ma przypadku, jest świadoma stylizacja i ucieczka od wszelkich schematów. Obrazu całości dopełniają abstrakcyjne, niedopowiedziane teksty, które zaludnia galeria postaci takich jak Slobodan Milosevic, Benito Mussolini czy nienarodzony brat bliźniak Elvisa Presleya.
Z tego, co dotychczas napisałem, można śmiało wyciągnąć wniosek, że „The Drift” to niestrawna propozycja dla odmieńców. Suma składników, które tworzą obraz tej muzyki rzeczywiście na to wskazuje. Jest jednak coś w tej płycie, co wykracza daleko poza sumę składników, co wbrew logice, wbrew uprzedzeniom, fascynuje. Jest to ten rodzaj fascynacji, połączonej z niepewnością i strachem, który budzi ciemne wejście do jaskini. Słuchanie tej płyty jest jak zagłębianie się w otchłań, która jednocześnie przeraża i przyciąga, odpycha i intryguje. Tej muzyki nie da się jednoznacznie ocenić. Myślę że to jej największy atut. Każde spotkanie z nią to spotkanie z nieznanym, wyzwanie, które warto podjąć, choćby po to by zmierzyć się z siłą własnych przyzwyczajeń i spróbować przełamać swoje uprzedzenia. Tylko wybitna osobowość mogła stworzyć coś tak fascynującego, balansując na granicy ciemności, absurdu, teatralności i groteski.

PS. Warto zobaczyć przygotowaną z okazji premiery płyty specjalną stronę internetową www.the-drift.net.