ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (70) / 2006

Aneta Głowacka,

TELEWIZYJNY KABARET METAFIZYCZNY

A A A
„Trelemorele”, króciutki, bo zaledwie pięciostronicowy tekst Tadeusza Różewicza (taką objętość zajmuje w „Dialogu”, gdzie był opublikowany w 2005 roku) uchodzi za przewrotną satyrę na świat mediów, dramaturgiczny żarcik, któremu daleko do egzystencjalnego i dramaturgicznego ciężaru pozostałych, poważniejszych sztuk autora „Kartoteki”. Trelemorele – telemorele – telenowele. A więc błahostka, żarcik, zabawa słowna. Nic więc dziwnego, że kiedy Piotr Łazarkiewicz zapoznawał kogoś z dziełkiem, ukrywając nazwisko autora, podejrzewano, że to jakiś młody dramaturg w „Trelemorelach” się objawił. Sam Różewicz prześmiewczo zaopatrzył tekst w dodatkową adnotację, że jest to „scenariusz telenowel dla telewizji prywatnej i publicznej”, w jakimś sensie już na wstępie nakreślając perspektywę odbioru i sposób scenicznej interpretacji. Żeby jednak powstał spektakl telewizyjny, Łazarkiewicz musiał naciągnąć tekst na ramki nowego scenariusza.

Absurdalny z ducha poemat satyryczny Różewicza skrzy się od klisz słownych zaczerpniętych z języka reklam, teleturniejów, programów informacyjnych, cytatów z kolorowych pisemek i mało wyrafinowanej mowy potocznej. Żart słowny kąpie się tu w atmosferze absurdu, wypowiadane przez postaci słowa nie niosą żadnych znaczeń. Są tylko formą, pustym znakiem, elementem kolażu. Zestawienie ze sobą różnych form, cytatów ze świata mediów w jakimś sensie naśladuje płytką powierzchnię świata, od której odbija się głębsza treść.

Piotr Łazarkiewicz poszedł za sugestią dramaturga i osadził tekst w ramach telewizyjnego show. Telewizor jest nie tylko centralnym punktem życia pojawiającej się w tle rodziny, ale i generatorem kolejnych opowieści. Zgromadzona przed nim familia przełącza pilotem kanały, na których pojawiają się kolejne sceny z Różewiczowskiego tekstu. Tak jak w telewizorze każda zdaje się nie pasować do poprzedniej, nie wkomponowuje się w logiczne następstwo zdarzeń, nie buduje spójnej opowieści. Uwaga widza rozprasza się atakowana wizualnymi i audialnymi bodźcami, z migających obrazów tworzy się percepcyjny patchwork. Obserwowany świat wydaje się chaotyczny i nieprzewidywalny. Sceny z włoskiej telenoweli przerywa film przyrodniczy. Obraz skąpany w estetyce filmów Davida Lyncha przeplata się ze scenami z paradokumentu. Znajomo brzmiące słowa przerywa fraza w języku rosyjskim lub włoskim. Nic nie jest tu pewne i oczywiste, do każdego obrazu trzeba przyłożyć dystansujące szkiełko. Wydaje się, że pudło telewizora kipi od zaskakujących obrazów i percepcyjnego szaleństwa, nad opowiadanymi historiami unosi się duch sensacji.

Tekst Różewicza nie jest łatwy do pokazania na scenie. Czytany, sprawia wrażenie absurdalnego poematu, literackiej frazy ociekającej pure nonsensem, litanii słów układających się w przedziwne konstelacje. Ich właściwie odczytanie wymaga odpowiedniego przestankowania, wrażliwości na słowo, wyłuskania niejednoznaczności, jakie tekst ze sobą niesie. Odkrycia kodów, które wykorzystuje. Toteż idealnym posunięciem okazał się wybór aktorów – Marii Peszek i Jana Peszka, którzy doskonale wchodzą w role, przewijające się niczym obrazy w kalejdoskopie: wielkiej gwiazdy, reporterki, mężczyzny w „damsko-męskiej toalecie pełnej luster i pedofilów”, biznesmena, obiecującego polityka, czy wreszcie aktorki, scenarzystki, kompozytorki, melomanki i kelnerki w jednym. Zmieniają płeć, wygląd, przebierają się w nowe tożsamości. W płynnej nowoczesności, której telewizja jest groteskowym odbiciem, nic nie jest pewne i na zawsze dane. Viagrę popija się martini. W basenie rozmawia o eutanazji. Tematy maturalne można kupić dokładnie w tym samym miejscu, w którym w masowej ilości „produkuje” się dolary.

Można by zarzucić spektaklowi Łazarkiewicza, że porusza się tylko po powierzchni tematu: to, że świat generowany przez telewizyjne medium sprawia wrażenie snu wariata, wszyscy doskonale wiemy. Opisuje świat, jaki jest, ale nie stawia żadnej diagnozy. Jednak ta diagnoza nie wypływa bezpośrednio również z tekstu Różewicza. Rodzi się dopiero w głowie czytelnika po złożeniu wszystkich epizodów. Łazarkiewicz niewątpliwie przydał słowom poety medialnej plastyczności, uwypuklił absurd świata, który powstaje między słowami. Rozmowy o niczym w basenie przypominają odcinek „Mody na sukces”. Damsko-męska toaleta z ornamentem pisuarów i luster, skąpanych w mroku albo soczystej czerwieni, mogłaby się znaleźć w epizodzie „Miasteczka Twin Peaks”. Wątek o kibolach dewastujących miasto po przegranym meczu przypomina policyjne reportaże operacyjne. Wręczenie „oskarów w złotych maskach na niedźwiedziu” parodiuje wszelkie gale, na których przyznaje się nagrody. I wreszcie króciuteńka scena w niebie, kiedy postacie unoszą się między chmurami na linkach, przypomina programy dla dzieci kręcone w telewizyjnym atelier.

Łazarkiewiczowi udało się nie tylko uchwycić ducha Różewiczowskiej parodii, ale i ubrać słowa poety w dobrze skrojony na tę miarę kostium: ocierającego się o metafizykę telewizyjnego kabaretu. Niby wszystko jest oczywiste, bo doskonale odczytujemy wykorzystane klisze, a jednak czuje się, że pod powierzchnią cytatu jest jakieś niedopowiedzenie, wymykająca się jednoznacznym stwierdzeniom przestrzeń inter-semiotyczna.
Tadeusz Różewicz: „Trelemorele”. Scenariusz telewizyjny i reż.: Piotr Łazarkiewicz. Zdjęcia: Wojciech Todorow, Jacek Fabrowicz. Scenografia i kostiumy: Katarzyna Sobańska. Muzyka: Antoni Łazarkiewicz. Montaż: Daniel Sokołowski. Grafika komputerowa, efekty specjalne: Grzegorz Rogala. Studio Teatralne Dwójki. Premiera: 15 października 2006.