Wydanie bieżące

1 czerwca 5 (5) / 2003

Anna Koziołek,

I NAWET WILKÓW NIE BYŁO...

A A A
Pisanie o tym, iż tegoroczny festiwal canneński był wyjątkowo mizerny, stało się swoistą konwencją. Znamiennym zaczyna się też powoli stawać, iż polscy krytycy wracają z tego jakże uroczego zakątka, z zapasem apokaliptycznych wręcz doniesień: a to Pianista im się nie spodobał, a to coraz trudniej im przedrzeć się przez szczelnie obwarowane wykrywaczami metalu wejście do pałacu Lumiérów, aż wreszcie bezwstydnie wyznają, że konkurs był tak kiepski, że nie było nawet, czego oglądać... Niewiele istotnie brakuje, by sławetne stwierdzenie Lwa Rywina, że "krytyk, narzeka, ponieważ sam niczego nigdy nie zrobił", stało się synonimem korespondentów z Cannes. 

Cóż można w takich okolicznościach powiedzieć? Chyba tylko tyle, że nadal uważam Pianistę za film wyjątkowo przeciętny, natomiast pokazy najsłabszych obrazów niedawno minionego festiwalu, jak na ironię uważam, za projekcje niemalże kultowe, do scharakteryzowania których, jakże adekwatny wydaje się monolog Maklakiewicza: "...nuda... Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana... Dialogi niedobre... Bardzo niedobre dialogi są. Proszę pana... W ogóle brak akcji jest..."

Właściwie, można było przypuszczać, że ubiegłoroczna, jubileuszowa selekcja filmów konkursowych, wśród których znalazły się jedne z najlepszych filmów dekady, była absolutnie niepowtarzalna. Dywagować można, natomiast prawdopodobnie nikt nie kusił się o jakiekolwiek proroctwa. Niektórzy byli powściągliwi do tego stopnia, że ich czujności nie zbudził nawet wyjątkowo skromnie prezentujący się plakat festiwalowy, nieśmiało anonsujący: Viva il cinema!, spod okazałych transparentów i futurystycznych konstrukcji, na których wznosiły się reklamy Matrix Reloaded oraz Terminatora 3. Przypuszczalnie także, zaledwie nielicznych zastanowiła lista enigmatycznie i z francuska w większości brzmiących nazwisk, pod którymi kryli się twórcy konkursowych propozycji. Podejrzane dopiero wydały się nieustające w pochwałach komentarze na łamach festiwalowych magazynów, przez dwa tygodnie wytrwale i dobitnie prognozujące, iż Złotą Palmę zgarnie Dogville Larsa von Triera, zanim komukolwiek udało się owego "czarnego konia" rozgrywek zobaczyć... 





Elephant



Półtorej tygodnia karmienia wygłodzonych widzów entuzjastycznymi recenzjami z Dogville wystarczyło, żeby na film czekano z większą niecierpliwością, niż na przyjazd samej Nicole Kidman, co nawet na canneńskie warunki, mogło wydać się przesadzone. O desperacji kinomaniaków, można było przekonać się przede wszystkim w porannej kolejce po bilety, gdzie rozgrywały się sceny godne otwierającego festiwal remaku, z gatunku płaszcza i szpady, Fanfan la Tulippe. Zgiełk może istotnie przesadzony, natomiast była to rzeczywiście jedna z niewielu tegorocznych premier, warta jakiegokolwiek zamieszania.

Von Trier, który po najwyraźniej chwilowym zaledwie flircie z zasadami Dogmy, kontynuuje egzaminowanie kolejnych gatunków współczesnej sztuki, zmierzył się tym razem z formą teatralną. Jednak mimo świadomej ucieczki od nowofalowych przykazań, nadal pielęgnuje specyficzną sobie surowość w podejściu do kolejnych historii. Można śmiało podejrzewać, że wielbiciele wystawnych adaptacji Kennetha Branagha, niewiele znajdą dla siebie w wizji Duńczyka, podczas gdy nawet zaprzyjaźnionych z tą stylistyką, razi początkowo dosłowność, z jaką reżyser potraktował tworzywo. Von Trier sprowadził przestrzeń utworu do ascetycznych ram niewielkiej sceny, która stanowi jedyne tło dramatu mającego miejsce w "pieskim miasteczku". Starannie zaznaczone kredą, na nieskazitelnie czarnej powierzchni sceny, domy poszczególnych mieszkańców Dogville, stanowią kolejne progi, które przekracza ukrywająca się w miasteczku Grace (Kidman). Podobny stopień zaawansowania osiągamy stopniowo - my, widzowie, wchodząc coraz głębiej w rzeczywistość wyraźnie uporządkowaną przez podzielenie całości na dziewięć aktów. Dopiero po bardzo długiej chwili zdajemy sobie sprawę, że wpadliśmy w misternie zaplanowaną pułapkę "czarno - białego" odbierania tego świata, a wówczas, cały schemat zostaje bezceremonialnie zburzony, pozostawiając nas całkowicie samych i zagubionych pośród pytań o przekraczanie granic. 

Lars von Thier nie po raz pierwszy w przemyślany sposób igra z naszymi emocjami, pozwalając nam zaprzyjaźnić się z jego bohaterami, po to, by za ich pośrednictwem zadać pytania naszym sumieniom wprost. Nie ma wątpliwości, z jak doskonałym i utalentowanym demiurgiem mamy do czynienia, chociaż ostatecznie główną nagrodą wyróżniony został Elephant Gusa van Sant. Wbrew pozorom jednak, oba filmy lokują się bardzo blisko siebie - podobnie dopieszczone formalnie czy analogicznie prowadzące narrację, gdzie rozmyślnie pozwala się widzom na wyrobienie własnego poglądu na temat obserwowanej społeczności, aby w finale całkowicie zachwiać fasadami tych wyobrażeń. Sposób opowiedzenia obu historii, utrudnia tym samym omawianie tych obrazów, bez zdradzania sedna problemów, których dotyczą. Dzieje się tak szczególnie w przypadku Elephanta, który aż prosi się o porównanie z nagrodzonym w roku ubiegłym dokumentem Michaela Moora. Jednak żeby konsekwentnie nie odbierać przyjemności tym, którym przyjdzie film Moora i van Santa dopiero obejrzeć, powiem jedynie, że obu reżyserom, mimo odmiennego podejścia do tematu, udało się powstrzymać od oceny, co prawdopodobnie szczególnie zostało docenione przez jurorów tegorocznego konkursu. Bardziej należałoby zastanowić się, czy rzeczywiście był to najlepszy film festiwalu?

Kontrowersyjny w początkach swej kariery, poprzez hołubienie kulturze gejowskiego undergroundu, Gus van Sant zdetronizował się z pozycji obrazoburcy dopiero Buntownikiem z wyboruElephantem powraca do analizy środowiska zagubionych w niezrównoważonej rzeczywistości amerykańskich nastolatków. Poruszając się w obszarze patologii, porównywalnie ekspresywnych do tematów podejmowanych przez Larsa van Triera, pozostawał jednak daleko w tyle za Duńczykiem, nie wychodząc poza poziom twórcy niszowego. Niewątpliwie inaczej zaczęto postrzegać go po jakże odmiennym w formie i wyrazie Buntowniku..., którym wyraźnie zmienił swoją kategorię twórcy kultowego, co pozwoliło tym samym na podejście do ostatniego filmu Gusa van Sant z nowego, wyższego poziomu. I to prawdopodobnie przesądziło o przyznaniu Złotej Palmy, która od kilku lat w nieznośnie jaskrawy sposób wpisuje się w ramy nagrody "za całokształt twórczości, który wreszcie doceniono" (Nanni Moretti, Roman Polański i wreszcie Gus van Sant). Podczas gdy Lars von Trier wszystko to już w Cannes zdobył.





The Tulse Luper Suitcases



Spośród pozostałych pretendentów do konkursowego wyróżnienia, wartych wspomnienia było zaledwie kilka obrazów. W tej grupie z całą pewnością powinien znaleźć się najnowszy film, wzbudzającego zwykle skrajne odczucia, Petera Greenawaya, który tym razem, zdecydowanie wybijał się na tle innych propozycji. Perfekcyjnie skonstruowanych obrazów Greenawaya nie sposób pomylić z niczyją twórczością, który I częścią The Tulse Luper Suitcases, niestrudzenie podąża drogą precyzyjnych wyliczeń, obliczeń i równań. Towarzyszy temu niepowtarzalna malarskość, obsesyjnie uporządkowana w matematycznych strukturach, co przytłacza zazwyczaj nagromadzeniem. Jednak nawet, jeśli potraktować jego dotychczasowe utwory, jako balansujące na krawędziach między złożonością artysty a jego dziełem, to wydaje się jednak, że swoim najnowszym kompendium sztuki i autotematyzmu przekroczył mimo wszystko granice ludzkiej percepcji. The Tulse Luper Suitcases stanowi tematycznie skomponowaną w walizkach-segregatorach mozaikę, układającą się w biografię więźnia-tułacza, Tulsa Lupera, którą reżyser wzbogaca o naukowe relacje, podparte listami, paradokumentalnymi fragmentami oraz "objaśniającym" całość głosem lektora. Dla tych, którzy nie mają jeszcze pełnego wyobrażenia tej konstrukcji, dodam jedynie, iż wszystko jest podane widzowi jednocześnie. Można również podejrzewać, zgodnie z zauważoną w Cannes prawidłowością, że staranność Greenawaya zostanie nagrodzona dopiero wraz z ukończeniem wielopoziomowego katalogu doznań Lupera. 

W grupie filmów wyjątkowych znalazł się też, wyświetlany jako jeden z ostatnich, Mystic River w reżyserii Clinta Eastwooda, fantastycznie nawiązujący tym razem do klasyki czarnego kryminału. Mystic River, podobnie jak najważniejszy dotychczas w reżyserskim dorobku Eastwooda Bez przebaczenia, stanowi dyskusję z ugruntowanymi przez lata mitami. Zaczerpnięte z kina gangsterskiego elementy, gdzie etyka zbudowana jest na męskiej przyjaźni, poświęceniu i zaufaniu, zostają tu podważone przez strach i zdradę. Poszukiwanie prawdy, rozgrywa się w historii Eastwooda, pomiędzy pytaniami o męską lojalność, a uczciwość wobec małżonków i samych siebie. 

Podobną konwencję łamigłówki, wykorzystał w swoim najnowszym filmie François Ozon, zatytułowanym Swimming Pool. Ozon, już w Ośmiu kobietach zdradził wyjątkowy talent do żonglowania skostniałymi ikonami, które umieszcza we współczesnym kontekście, przez co nadaje im nowego, odświeżającego wymiaru. W Swimming Pool przywraca do łask kryminał godny Agathy Christie. Tutaj, doświadczenia poszukującej natchnienia angielsko purytańskiej pisarki, Sary Morton (Charlotte Rampling) nieoczekiwanie krzyżują się z doświadczeniami ucieleśnienia hedonizmu, nastoletniej córki wydawcy Sary - Julie (w tej roli coraz intensywniej błyszcząca gwiazdka francuskiego kina, Ludivine Sagnier). Sarah zaczyna czerpać skrytą przyjemność z podglądania Julie, testującej kolejnych kochanków, które to obserwacje, coraz wyraźniej zaczynają kształtować powieść Sary, jak i ją samą. Fikcja zaczyna mieszać się z rzeczywistością, a faktyczne pragnienia ze śmiałymi fantazjami, tworząc w rezultacie fascynujący rebus. Niestety także przemilczany w końcowym werdykcie. 

Po takich rekomendacjach, trudno będzie powrócić do początkowego stwierdzenia, że był to wyjątkowo skromnie prezentujący się konkurs. Niestety, w tym miejscu relacji, mój kasandryczny ton niechybnie musi powrócić, ponieważ pozostałe z dwudziestu przedstawionych do Złotej Palmy propozycji w większości zdradzały nieudolność reżyserów w opowiadaniu historii, lub jeszcze gorzej - brak jakiejkolwiek historii do przekazania. 
 



Brown Bunny




Bezkonkurencyjny w tym nieoczekiwanie stworzonym rankingu, okazał się Vincent Gallo z arcydziełem kina drogi: Brown Bunny. Pozwalam sobie nazywać Brown Bunny fenomenem tego gatunku, ponieważ bez wątpienia nigdy wcześniej (i obyśmy uchowali się od jakichkolwiek późniejszych nawiązań!) nie było tyle "drogi" w kinie. No, dla porządku, trzeba jeszcze przyznać, że samego Vincenta Gallo również, czego należało się spodziewać po jednoznacznie sugerującej "stopce" filmu, w której czytamy, że autorem filmu i scenariusza jest Vincent Gallo; autorem zdjęć: Vincent Gallo; całość zmontował: (jak wcześniej); wyprodukował: (żadnych zmian); aż wreszcie, w rolach głównych: naturalnie Vincent Gallo i, tu zaskoczenie, Chloé Sévigny. Jednak na samą Sévigny, przyszło nam dosyć długo poczekać (dokładnie 1h40min), a i tak (tu muszę zmartwić wielbicieli jej talentu), jest już wówczas nieżywa. O czym zatem jest Brown Bunny? Bud Clay, grany przez Gallo, jedzie z New Hampshire (nie mamy pewności gdzie to dokładnie jest, ale śmiemy podejrzewać, że dosyć daleko od celu) do Los Angeles, gdzie ma wziąć udział w wyścigach Formuły II i spotkać się ze swoją dziewczyną, Daisy. Zatem jedzie.

Nieświadoma niczego publiczność, niezwykle licznie przybyła na uroczystą premierę, na której nie omieszkał się pojawić twórca filmu (tu nazwisko można już chyba pominąć). Pech chciał, że równie licznie, najbardziej zniecierpliwieni zaczęli projekcję opuszczać już po dziesięciu minutach. Bardziej wytrwali, po trzydziestu minutach, dzięki czemu udało im się zobaczyć pierwsze tankowanie benzyny, które zostało nagrodzone owacją na stojąco. Natomiast najcierpliwszych, czekała nie lada gratka - nagrodą dla tych, którzy wytrwali do końca, była obszerna scena pornograficzna. Potem już tylko pokazano tytułowego królika...

Niepoprawni optymiści, którzy liczyli, że po takim doświadczeniu, nic gorszego ich nie spotka, bardzo szybko zostali wyprowadzeni z błędu. Jeszcze tego samego dnia, mieliśmy okazję zobaczyć pozakonkursowy Czas wilków Michaela Haneke. Tym razem jednak, znacznie trudniej będzie mi powiedzieć, o czym tak naprawdę był film, ponieważ niestety niewiele było widać. Chociaż, słowo "niewiele" nie oddaje istoty sprawy - powiedzmy bez ogródek: film był czarny. Za to było słychać i to bardzo dobrze. Najwyraźniej Isabelle Huppert, która zapewne z racji tego, że grała główną rolę, krzyczała najgłośniej. Reżyser poskąpił jej jednak w inny sposób, ograniczając jej listę dialogową do nawoływania nieustannie gubiących się w tych egipskich ciemnościach dzieci. Były to zarazem jedne z nielicznych, zrozumiałych dla nas słów, gdyż spora część rozmów toczyła się chyba po węgiersku, których to fragmentów nie rozumiał zapewne sam Haneke, ponieważ nie zostały przetłumaczone. 

Z tą jakże znikomą wiedzą, byłam zmuszona sięgnąć do fachowej prasy, żeby upewnić się, że dobrze zrozumiałam intencje twórcy Czasu wilków. Okazało się, tak jak podejrzewałam, że nie planował on audycji radiowej, ale pragnął ukazać futurystyczną wizję naszej społeczności, kiedy zostanie ona pozbawiona wody i innych środków do życia. Przypuszczalnie, w związku z tym, Czas wilków, to dogłębne studium psychologiczne zachowań ludzkich w ekstremalnych warunkach. Ja jednak, nie podejmuję się tego potwierdzić.

O reszcie potknięć nie warto się rozpisywać, chociaż udałoby się znaleźć jeszcze kilka perełek (chociażby japoński film o meduzie Bright Future czy francuska czarna komedia, z nienaganną, jak na "czarny" film przystało, ilością trupów). Wystarczy powiedzieć, że po zakończeniu tegorocznego festiwalu, odczuwało się spory niedosyt - zarówno dobrych filmów, jak nawet gwiazd wielkiego formatu, które można by podziwiać na czerwonym dywanie. Wszystkiego za mało, albo raczej, jak stwierdził z żalem mój amerykański znajomy, podczas burzliwej dyskusji o filmie Michaela Haneke: "I nawet wilków nie było..."
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes, 14-25 maja 2003.

Nagrodzeni:
Złota Palma: Elephant reż. Gus van Sant
Nagroda za reżyserię: Gus van Sant za film Elephant
Najlepsza aktorka: Marie Josee Croze (Inwazja barbarzyńców)
Najlepszy aktor: Muzaffer Ozdemir i Mehmat Emin Toprak (Uzak)
Najlepszy scenariusz: Inwazja barbarzyńców
Nagroda specjalna jury: Piąta po południu reż. Samira Makhmalbaf