Wydanie bieżące

1 czerwca 5 (5) / 2003

,

PLASTYKA - ZOOM

A A A
Bycie cool wychodzi z mody, Brytania powraca do realności. Tak najkrócej można skomentować wystawę "Reality Check".

Ekspozycja, którą po prezentacjach w Londynie, Lubljanie i Pradze ujrzeć można w krakowskim Bunkrze Sztuki, nie tylko pozwala na "sprawdzenie" stanu współczesnej fotografii brytyjskiej, ale również stawia pytania o granice realności. Problem ten, od kilku już lat podnoszony także w dyskusjach o młodej sztuce polskiej, jest spoiwem łączącym prace 16. , urodzonych w drugiej połowie lat 60. i latach 70., brytyjskich artystów. W ich rękach aparat fotograficzny i kamera wideo stają się narzędziami analizy rzeczywistości. Właśnie analizy, nie zaś rejestracji, bo pod pozorami chłodnej dokumentacji kryją się najrozmaitsze strategie manipulacji obrazami: od nostalgicznej estetyzacji po ironiczny komentarz. 

Fotografia uchodzi za sztukę najbardziej powiązaną z rzeczywistością. Mimo tego obraz fotograficzny nie jest tożsamy z rzeczywistością, lecz - jak każde inne przedstawienie - jest abstrakcją. Kreuje swoją własną, zawieszoną między realnością a fantazją "rzeczywistość drugiego stopnia". Ta niejednoznaczność, zawieszenie między istnieniem a zmyśleniem najwyraźniej dochodzi do głosu w wideo-opowieściach snutych przez Alana Curalla. Zwykłych historiach relacjonowanych przez nieco stremowanego młodego człowieka, które, gdy posłuchać ich dokładnie, okazują się sprytnie zakamuflowanymi opowieściami science fiction. Pozory mylą, nic nie jest takie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Borykający się z losem artysta z Glasgow okazuje się kosmitą, który zabija czas uczęszczając do szkoły artystycznej, podczas, gdy jego koledzy remontują statek kosmiczny w miejscowym warsztacie samochodowym. Nie jedyny to przypadek na tej wystawie, gdy nie do końca jesteśmy pewni, co kryje się za pokazywanymi nam sytuacjami. Kim jest nieruchomo leżąca na podłodze kobieta, której ciało liżą dwa psy? Czy w tej scenie mamy do czynienia ze zwierzęcym erotyzmem czy ze śmiercią? A może z jednym i drugim równocześnie? Autorka filmu - Michelle Williams nie daje na te pytania jednoznacznej odpowiedzi. Równie niejednoznaczny jest erotyzm filmu "Negrophhilia - a Romance" k r buxey, w którym obrazom seksu uprawianego przez artystkę i jej czarnoskórego kochanka towarzyszy komentarz pełen rasistowskich uwag.



Krakowska wystawa pokazuje, że sztuka brytyjska ciągle pozostaje głęboko zaangażowana społecznie. Choć jest to zaangażowanie typowe dla "małego realizmu", rozpatrujące różnorakie bolączki społeczne z perspektywy indywidualnej bądź, co najwyżej, lokalnej. Jednostkowe przykłady, jak w panoramiczne fotografie budynków szkolnych z lat 50. Ori Gershta, zyskują wymiar uniwersalny. Pokazują destrukcję, jakiej podlegają szczytne założenia, jak tania, pośpiesznie budowana wersja modernistycznej architektury wchodzi w konflikt z wymogami życia. Prace prezentowane w Bunkrze Sztuki ujawniają jeszcze jedno - mechanizm produkcji obrazu. Shizuki Yokomizo zanim sportretuje kogoś nieznajomego, pisze list, w którym informuje, kiedy będzie czekać na niego/nią z aparatem pod oknem. Natomiast Bettina von Zwehl budzi swoich modeli w środku nocy lub zmusza do wyczerpujących ćwiczeń. Innym razem, jak w pracy Drydena Goodwina, wystarczy wskaźnik laserowy, by to, co zwyczajne, trywialne zostało podniesione do rangi wytworu artystycznego, by przyciągnęło nasz wzrok.



Prace pokazane na tej wystawie poruszają swoją niezaprzeczalną urodą plastyczną, a zarazem przygnębiają. Sterty towarów i naczyń kuchennych, opustoszałe szkoły, choć czyste i uporządkowane, sprawiają wrażenie pozostawionych samym sobie. Smutek emanuje z twarzy portretowanych ludzi. Pokazana z drobiazgową szczegółowością codzienność przygnębia. Dzieje się tak, być może także dlatego, że po dokładnym sprawdzeniu real okazuje się jeszcze jedną sprytnie zakamuflowaną symulacją. 

"Reality Check. Aktualne osiągnięcia brytyjskiej fotografii i sztuki video". Bunkier Sztuki. Kraków, 3 lipca - 10 sierpnia 2003.

CIAŁO W OBIEKTYWIE PROPAGANDY

Mottem wystawy "O ciałach i innych rzeczach" mogłoby być hasło: "Twoje ciało jest polem bitwy", które przed laty pojawiło się na słynnej pracy Barbary Kruger.

Niebezpieczne związki sztuki z ciałem, tak chętnie eksplorowane przez sztukę krytyczną lat 90. przestały być siłą napędzająją polską sztukę, co chyba najbardziej dobitnie pokazała ubiegłoroczna wystawa w poznańskim Arsenale. Nie znaczy to jednak, że temat powiązań władzy z ciałem, dyscyplinowania ciała, poddawania go najrozmaitszym formom represji i oceny stracił na aktualności. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że zagadnienie to ciągle czeka na swoje opracowanie. Pretekstem do szerszego, nie ograniczającego się tylko do tzw. nurtu krytycznego spojrzenia na uwikłanie ciała w dyskurs władzy może być wystawa niemieckiej fotografii XX wieku prezentowanej w Galerii Miejskiej w Pradze. Ekspozycja frapująca, bo pokazująca nie tyle dzieje niemieckiej fotografii, ile historię przemian, jakim podlegały wyobrażenia ludzkiego ciała. Przegląd prac ponad 40. fotografików, od Augusta Sandera poczynając, a na Wolfgangu Tillmansie i Andreasie Gurskym kończąc, którzy tematem swych prac uczynili ciało. Cztery generacje artystów, którzy przedstawiali interakcje, w jakie wchodziło ludzkie ciało z modernistyczną architekturą, polityką i mass mediami. 

Ich fotografie są lustrem odzwierciedlającym społeczną i kulturalną historię Niemiec. Pokazującym w skondensowany sposób przemiany obyczaju i kształtowanie się coraz to nowych sposobów obrazowania ludzkiego ciała. Fotografia, choć ciągle konfrontowana z rzeczywistością, kreuje wyobrażenia, które reprezentują jedynie pewną wizję realności, nie zaś samą realność. Bywa też, jak działo się w okresie III Rzeszy, narzędziem politycznej propagandy. Dopitnie pokazuje to zestawienie portretów aryjskich władców, stylizowanych przez Leni Riefenstahl na antyczne posągi, z fotografiami uwiecznionych gdzieś w środkowej Rosji podludzi, obdartych, brudnych istot, których wizerunki przekonywać miały Niemców o konieczności ich biologicznej eksterminacji. Historia polityczna przeplata się z historią obyczaju, mody i równie szybko jak ona zmieniającymi się kanonami piękna. Posągowi bohaterowie ery Hitlera ustępują miejsca równie wspaniale zbudowanym, acz ulegającym już tylko pokusom mamony modelom Helmuta Newtona. Doskonałym produktom przemysłu reklamowego lat 80. , które dziś, gdy zdążyliśmy się już przyzwyczaić do migawkowego stylu fotografowania mody, mogą razić swą perfekcyjną sztucznością.

"O tělech a jiných věcech. Německá fotografie ve 20. Stoleti". Galerie hlavního města Prahy. Praga, 18 czerwca - 28 września 2003.



KOBIETA-IGŁA

O samotności jednostki wśród tłumu napisano już tak wiele, że wydawałoby się, iż nic nowego nie można powiedzieć na ten temat. Tymczasem wielooekranowa projekcja, jaką Kim Sooja zaprezentowała w Zachęcie, pokazuje, że jest to temat ciągle ważny i nośny artystycznie. 


W każdej z wybranych przez siebie metropolii Kim Sooja stanęła na środku ruchliwej ulicy. Zastygła w bezruchu, zesztywniała niczym słup soli, przeobraziła się w wpatrzoną gdzieś przed siebie kobietę igłę. Obcą odcinającą się od przepływającego wokół niej tłumu przechodniów. Patrząc na nią stajemy się świadkami jej bycia w tłumie, zapominamy o ustawionej za jej plecami kamerze. Nie widzimy twarzy artystki, nie wiemy o czym myślała, gdy zamieniona w nieruchomy przedmiot spoglądała w oczy tysięcy mijających ją ludzi. Ich zmieniające się co sekundę twarze, których nie jesteśmy w stanie ani policzyć, ani zapamiętać, zlewają się ze sobą tworząc twarz miasta, w którym żyją. Obojętną i zimną w Tokio, Szanghaju i Londynie, zaciekawioną w Lagos i Kairze. Właśnie ów wielobarwny tłum jest, obok artystki, najważniejszym bohaterem jej performance. Zdystansowany i z pozoru pozbawiony emocji w Tokio, monotonnie szary w Szanghaju i wielobarwny różnorodnymi odcieniami skóry mieszkańców Londynu. Ten tłum jest statystą, ale też bohaterem pracy Sooji. W Lagos wokół koreańskiej artystki niemal natychmiast gromadzi się gromadka ciekawskich, którzy uważnie ją obserwują. Nie wstydzą się okazać swojego zainteresowania komuś tak bardzo odmiennemu od nich, obcemu, zachowującemu się w sposób zupełnie dla nich niezrozumiały. Zachowują się jak ciekawe świata dzieci. Być może ostatnie już na Ziemi. 



Performance Sooji jest opowieścią o obojętności, ale też o tym, że ma ona wiele odcieni. Z tokijskiego tłumu wyróżnia się młoda kobieta z rozanieloną twarzą, ona też nie dostrzega "kobiety-igły", nie dostrzega pijana swoim szczęściem.



Sooja unaocznia swoje istnienie przez powtarzalne sytuacje, jej obecność powtórzona na ośmiu ekranach wydaje się jedyną stałą, jedynym pewnikiem w świecie, który pokazuje. Na multiplikacji, powtarzaniu tego samego motywu opierają się również inne prace koreańskiej artystki. Pokazuje zwielokrotnione ślady po ludzkiej obecności, tkaniny, które towarzyszą człowiekowi od urodzin do śmierci. Tkaniny będące symbolem kobiety i tradycyjnie przypisanych jej czynności: szycia i prania. Tak właśnie odczytywać można zawieszone w sali Matejkowskiej Zachęty pięknie zdobione, jedwabne tkaniny. Podobne do tych, które całymi latami artystka szyła i łatała. Znak jej cichej obecności wyrażającej się w kontemplacyjnej postawie wobec świata. Obecności, której widzowie Zachęty zapewne długo nie zapomną. 

Kim Sooja. Zachęta. Państwowa Galeria Sztuki. Wystawa otwarta do 29 czerwca 2003.



NOWA EUROPA?

Kampania referendalna nie zachwycała ani pomysłowością, ani rozmachem. Wszystko toczyło się zgodnie z konwencją. Najrozmaitsze autorytety moralne i politycy próbowali odwoływać się do rozsądku swych rodaków, zaś prasa rozpisywała się o entuzjastycznych Litwinach i krnąbrych Norwegach, żałujących poniewczasie, że kiedyś powiedzieli nie. O udziale artystów w tych przedakcesyjnych zmaganiach nie byłoby co wspominać, gdyby nie wystawa, którą w warszawskiej Galerii XX1 zorganizował rozsławiony kontrowersjami wokół "Irreligii" - Kazimierz Piotrowski. 



Jednak tym razem, to nie kurator, lecz Stanisław Szukalski stał się prawdziwym bohaterem ekspozycji. Nie tyle zresztą on sam, ile jego mesjanistyczna koncepcja Neuropy. Powstała już w latach 30. XX wieku Idea europejskiego braterstwa mniejszych, pokrzywdzonych narodów, z której miały zostać wyłączone mocarstwa imperialne, nazywane Yetinsynami - drapieżcami. Zjednoczona na zasadzie równości Neuropa miała być równym partnerem połączonych Ameryk - Promeryki, i wraz z nią stworzyć wielką, filantropijną Unię Transatlantycką. Projekt ten wedle artysty nosił znamiona boskiego objawienia, które planował przedstawić w swojej ostatniej książce inspirowanej własnym projektem pomnika Jana Pawła II, ale jego wizjonerskie pomysły nie doczekały się ani aprobaty hierarchów kościoła, ani szerszego rozpropagowania. 



Realizacji nie doczekał się też zaprojektowany przez Szukalskiego pomnik przedstawiający papieża jako Boskiego Orła walczącego z Hydrą. Niestety, wskrzeszenie przez Piotrowskiego koncepcji Neuropy, także zakończyło się fiaskiem. Wystawa rozczarowuje, zwłaszcza, że pokazano na niej tylko jedną nową pracę - "Czerwiec 2003" Kijewskiego/Kocur, plakatowy wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej w aureoli unijnych gwiazd. Płaski i stereotypowy jak serwowane nam przez media opinie o zjednoczonej Europie i roli, jaką powinna w niej odgrywać Polska. "Neuropa" rozczarowuje przede wszystkim dlatego, że niewiele z niej wynika. Zgromadzone obok siebie prace Marka Sobczyka, Grzegorza Klamana i Zbigniewa Libery, choć godne uwagi same w sobie, zamiast wzajemnie wzmacniać swoją wymowę, raczej ją osłabiają. Tworzą rodzaj gabinetu historycznych emblematów, ilustrujących lekcję historii. 

Celu ekspozycji (poza oczywistym zaznaczeniem "naszego" miejsca w Europie na trzy tygodnie przed referendum), a zwłaszcza jej kształtu nie wyjaśniają też towarzyszące jej teksty. Czym jest (ma być) nowa, zjednoczona Europa: kolejną utopią, odmianą nowej plemienności czy też imperium Yetisynów? Czy wreszcie, jaki jest do niej stosunek Polaków, czym jest dla nich Europa? Na to ostatnie pytanie chyba najpełniej odpowiedzieli Ewa Rybska i Władysław Kazimierczak w performance "A new futurismo". Nie jest to wesoła konstatacja. Choć trzeba przyznać finał mógł zaskoczyć. Swoją drogą, znając preferencje Polaków, może warto rozpowszechnić przed referendum towarzyszące wystawie hasło: "Głosując na Neuropę, głosujesz na Promerykę!" Wówczas frekwencja na pewno będzie wyższa!

Neuropa. Sztuka, patronimikum i nowa plemienność. Galeria XX1, Warszawa. 16 maja - 15 czerwca 2003.

ZACHĘTA DLA DZIECI

Dzień Dziecka i coraz szybciej zbliżające się wakacje sprawiają, że rozmaite instytucje kulturalne prześcigają się w przygotowaniu imprez przeznaczonych dla najmłodszych widzów. Artystyczna ranga tych poczynań rzadko przewyższa poziom piosenek Majki Jerzowskiej, tym ciekawsza wydaje się propozycja warszawskiej Zachęty, by poznać milusińskich z arkanami sztuki współczesnej. 

Zestaw artystów, pokazujących na tej wystawie swoje prace jest iście imponujący. Już dawno nie było w Polsce ekspozycji, na której można było równocześnie zobaczyć prace Wilhelma Sasnala, Roberta Maciejuka, Maurycego Gomolickiego, Adama Adacha, Dominika Lejmana i Moniki Sosnowskiej. Jednak choć mamy okazje podziwiać samą śmietankę młodej sztuki, nie wszystko na warszawskiej ekspozycji zachwyca. Wydaje się, że organizatorom i kuratorom ekspozycji zabrakło wyobraźni, że zostawili artystom zbyt dużo swobody, nawet nie próbując połączyć ich prac w jakąś jedną, spójną całość. 

O tym pierwszym świadczy tytuł wystawy, długi i nudny, który zamiast zachęcać do odwiedzenia galerii, znakomicie od tego zniechęca. Przejawem drugiego jest zestawianie ze sobą prac-konceptów z obiektami rodem z przedszkolnego placu zabaw. Zjeżdżalnia ustawiona na schodach galerii, nie tyle pozbawia monumentalną klatkę schodową jej powagi, ile rodzi podejrzenie, że za wzorem centrów handlowych i supermarketów rodzice powinni zostawić tu dzieci i samodzielnie udać się na zwiedzanie wystawy. Innym nieporozumieniem wydaje się znakomicie skądinąd trafiający w gusta małych i dużych widzów pomysł Krzysztofa Knittla i Dariusza Kunowskiego, by pozwolić dzieciom "Dotknąć węża od środka". Emocje wywołane przeciskaniem się przez ciemne zakamarki wężowego przewodu pokarmowego, zgłębianie jego tajemnic, badanie różnorakich struktur materiału, dotykanie wypustek jelita, wszystkie te oferowane przez artystów atrakcje na pewno znakomicie pasowałyby do parku rozrywki. Jednak w Zachęcie rażą zbytnią oczywistością, rażą tym bardziej, że tuż obok przejść trzeba przez tajemny korytarz Moniki Sosnowskiej.

Klocki Lego to jeszcze nie sztuka, sztuką jest dopiero to, co zostanie z nich zbudowane. Choćby klasyczna już, pochodząca z połowy lat 90. rzeźba "Królowa Midas w poszukiwaniu Bungsa" Marka Kijewskiego. Najlepiej zaś, gdy dzieci - co umożliwia im Lejman - same mogą dać upust swojej kreatywności, gdy sztuka uczy ich twórczego myślenia i rozwija wyobraźnię. Zapewne wśród zabawek, gier i szarad, jakie pokazano w Zachęcie zarówno dzieci, jak i dorośli znajdą coś dla siebie. Tych ostatnich może irytować pomieszanie konwencji, zestawianie obok siebie stanowisk komputerowych ze "staroświeckimi" portretami misia Koralgola. Niedosyt musi powodować pewna zachowawczość twórców wystawy i brak jej jasno określonej koncepcji. Jednak nie zapominajmy, że bałagan panujący w dziecięcych pokojach świadczy o dobrej zabawie, o tym, że nikt się nie nudzi. Ten właśnie cel został z pewnością osiągnięty.

Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci. Zachęta. Państwowa Galeria Sztuki. 17 maja - 29 czerwca 2003