ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 5 (5) / 2003

Anna Szczęch,

CZY ŁATWO BYĆ DEBIUTANTEM?

A A A





Podczas tegorocznej edycji opolskiego festiwalu teatralnego Klasyka Polska dyrektor Bartosz Zaczykiewicz mówił, że organizatorzy spotkań teatralnych starają się zapraszać debiutujących reżyserów, by później przypisywać sobie "odkrycie nowego talentu" (jak wiadomo, opolskie "Konfrontacje" szczycą się wypromowaniem Grzegorza Jarzyny, który zaraz po Szkole Teatralnej przywiózł tu swoją "Iwonę, księżniczkę Burgunda"). O względy "nieopierzonych" twórców zabiegają dyrektorzy teatrów. Nastała moda na "młodych zdolniejszych", wzrósł wyraźnie popyt na debiutantów, podsycany dodatkowo faktem, że rocznie reżyserię teatralną kończy jedynie 5 - 7 osób. Mają oni obecnie szansę robić spektakle w najlepszych teatrach, z najlepszymi zespołami, a nawet po niedługim czasie objąć dyrekcję artystyczną (jak Jarzyna, Brzoza, Cieplak, Miśkiewicz czy Augustynowicz) i tworzyć teatr autorski. To brzmi jak sielanka, ale czy tak jest rzeczywiście? 



Maciej Sobociński, zeszłoroczny absolwent (jeden z dwóch!) wydziału reżyserii krakowskiej Akademii Teatralnej, zadebiutował w Teatrze im. J.Słowackiego w Krakowie "Dziadami" A.Mickiewicza. Trudno o lepszy start, ale...Sobociński wziął na warsztat najtrudniejszy, w moim mniemaniu, utwór - narodową świętość - i podjął dyskusję z jego tradycyjnymi odczytaniami. Powstał świetny, nowatorski spektakl, spójna wizja wyzuta z wszelkich patriotycznych, mało kogo interesujących, motywów. Dlatego trudno mówić tu o adaptacji. Reżyser połączył wszystkie części "Dziadów" i odnalazł w nich paralele, np. Zły Pan z II części jest jednocześnie Senatorem z części III (świetny Marcin Kuźmiński), pani Rollinson jest jednym z ptaków prześladujących potępionego, Guślarz i Ksiądz Piotr tworzą jedną postać - kapłana. Głównym bohaterem pozostał Gustaw- Konrad (Krzysztof Zawadzki) - artysta rozdwojony między ziemią a niebem, o którego tożsamości niewiele możemy powiedzieć. Być może jest jednym z duchów przywoływanych w czasie obrzędu przez Guślarza... Na pewno nie należy do żadnego ze światów, ani żywych, ani umarłych, znajduje się w jakiejś nieokreślonej przestrzeni "pomiędzy" i z tego miejsca obserwuje to, co dzieje się wokół, przygląda się rzeczywistości, ale nie bierze w niej udziału. Jednak toczy z samym sobą walkę o wybór jednego ze światów. Te zmagania akcentuje tajemnicza postać (genialny Błażej Wójcik- zdecydowanie najlepsza rola w spektaklu), alter ego Gustawa - Konrada, sytuujące się zawsze na przeciwnym biegunie jego obecnego stanu. Początkowo jest Myśliwym (z I części "Dziadów"), usilnie starającym się sprowadzić bohatera na ziemię. Jak leitmotiv powtarza:



Latasz, mój ptaszku, za wysoko latasz, 

A czy znasz dzielność swoich skrzydełek?

Spojrzy na ziemię, którą tak pomiatasz,

Co tam wabików, co tam sidełek!



 





W czasie Wielkiej Improwizacji przemienia się w Szatana i ostatecznie znika po egzorcyzmach Księdza Piotra - Guślarza. Gustaw - Konrad odzyskuje "jedność" i w spokoju może odejść do świata umarłych. W ostatniej scenie, gdy Dziewczyna próbuje wywołać ducha kochanka, pojawia się tylko na chwilę i znika w mroku.



Dla mnie spektakl Sobocińskiego jest obrazem odwiecznego konfliktu - życie a sztuka, rzeczywistość a marzenie - znanego każdemu twórcy. Tę paraboliczną formę dopełnia scenografia (pochyła platforma z kwadratowymi włazami) i kostiumy, nie sugerujące żadnego konkretnego "czasu i miejsca akcji", sytuujące ten dramat w bezczasie i "bezprzestrzeni". Atmosferę snu i transowego rytuału (jakim są przecież dziady) buduje dodatkowo genialna muzyka Bolesława Rawskiego.



Proszę wybaczyć mi nieco zbyt podniosły ton, ale nadal jestem pod ogromnym wrażeniem tego spektaklu. Nie znaczy to, że nie dostrzegam niedociągnięć przedsięwzięcia Sobocińskiego (niezbyt trafny wybór Krzysztofa Zawadzkiego, który wyraźnie nie poradził sobie z główną rolą, nieco przydługie monologi Gustawa - Konrada), jednak jako całość spektakl, jeśli nawet nie zachwyca, to na pewno stanowi pretekst do zażartych dyskusji. No właśnie, tu wracam do mojej początkowej tezy, że debiutujący reżyserzy teatralni żyją obecnie jak pączki w maśle. Przykład Sobocińskiego jest doskonałym argumentem, by to twierdzenie obalić. Młody absolwent reżyserii (przypominam- jeden z dwóch!) robi doskonały spektakl, w dobrym teatrze i odnoszę wrażenie (Sobociński zapewne też), że nikogo to nie interesuje. Po premierze ukazała się jedna (!) recenzja w ogólnopolskiej gazecie i na tym oddźwięk krytyki się skończył. Na drugim (już!) spektaklu większą część widowni wypełniła wycieczka szkolna, która przyszła po prostu na "lekturę". Być może (a raczej na pewno) odstraszająco na potencjalną publiczność podziałał wybór dramatu, może przekonanie, że "Dziady" nie stanowią już źródła inspiracji (trudno wyrwać się z wpajanych w szkole szablonów interpretacyjnych). Nie jest to jednak żadne wytłumaczenie dla tzw. środowiska, które powinno nie tyle dbać o debiutantów czy "starać się o ich względy", co dostrzegać, dyskutować, chwalić lub ganić i dzięki temu "wprowadzać" ich na "teatralny rynek". A z tego, co obserwuję, nikt nie kwapi się do odkrywania talentu młodego reżysera Sobocińskiego. Czyżby nadeszła moda na surowe "warunki wzrostu" każdej indywidualności? 





 
Adam Mickiewicz "Dziady. Gustaw - Konrad". Scenariusz i reż. Maciej Sobociński. Scenografia: Jagna Janicka. Muz.: Bolesław Rawski. Choreografia: Ewa Wycichowska. Premiera: 25 kwietnia 2003, Teatr im. J. Słowackiego, Kraków