Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (72) / 2006

Ryszard Chłopek, Maciej Gierszewski,

UWOLNIJ SWÓJ SEN!

A A A
Fot. Krzysztof Dziamski
Z Maciejem Gierszewskim rozmawia Ryszard Chłopek
Ryszard Chłopek: Maćku, ukazał się Twój debiutancki tomik „Profile”. Skądinąd wiem, że długo nad nim pracowałeś. Miałem okazję czytać w maszynopisie jedną z wcześniejszych wersji tej książki, wówczas, kiedy nosiła ona jeszcze tytuł „Stara Walewska i inne obserwacje”. Opowiedz proszę o losach „Profili” i o Twojej jakże cierpliwej pracy.

Maciej Gierszewski: Tak, w końcu ukazała się moja książka z wierszami. W sumie, jak zauważyłeś, jest to jakby moja druga książka. Pierwsza, czyli „Stara Walewska i inne obserwacje”, po prostu się nie ukazała. Z różnych przyczyn. Przede wszystkim z powodu tego, iż wydawnictwo „Nowy Wiek”, które miało tę książkę wydać, padło. Potem przez jakiś czas szukałem innego wydawnictwa, znalazłem, ale ono też padło, a potem już nie chciałem wydawać tej książki w takim kształcie. Praca nad „Profilami” wcale nie była jakąś spokojną robotą. Chciałem mieć już za sobą okres „Starej Walewskiej…”, byłem już tą książką zmęczony, rzygałem już tymi tekstami, miałem ich dość. Dlatego w pierwszej wersji „Profili” nie było ani jednego wiersza ze starej książki, ale Adam Pluszka przekonał mnie, jakimiś pokrętnymi argumentami, że to wcale nie jest dobry pomysł.

R.Ch.: Wydawnictwa mają jakąś niezrozumiałą skłonność do padania w najmniej odpowiednich momentach, ale dobrze się stało, że za radą Pluszki ocaliłeś te utwory. Pozostaniemy jeszcze w tematach gimnastycznych – było o padaniu, będzie o siadaniu. Swego czasu piastowałeś funkcję redaktora naczelnego „Pro Arte” i pismo to wówczas przeżywało okres swojej świetności. „Pro Arte” w formie internetowej istnieje nadal, ale odkąd przestałeś je prowadzić, wyraźnie „siadło”. Ta historia z osieroceniem przez Ciebie pisma nie jest dla mnie do końca zrozumiała...

M.G.: Rzeczywiście przez jakiś czas, przez kilka lat, byłem redaktorem naczelnym „Pro Arte”. Gdy wtedy prowadziłem pismo, zależało mi na tym, by miało ono charakter ogólnopolski, chciałem robić pismo w jakimś sensie znaczące i reagujące na bieżące sprawy. Nie zawsze się to udawało, bo jednak byliśmy kwartalnikiem i to nieregularnym. To, że wtedy kondycja pisma była taka dobra, to nie tylko moja zasługa, miałem wielu współpracowników, na których profesjonalizm mogłem liczyć, między innymi Justynę Golę, Karola Francuzika, Błażeja Warkockiego, Edwarda Pasewicza. Nie mnie oceniać, w jakim miejscu znajduje się aktualnie „Pro Arte”. Mogę jedynie mówić o tym, co było wtedy. Myślę, że sprawa z „Pro Arte” wiąże się z pewnymi politycznymi, uczelnianymi kwestiami. „PA” było i jest pismem wydziałowym Filologii Polskiej UAM, ja nigdy nie studiowałem tego kierunku, więc jakby byłem spoza układu. Po pewnym czasie pojawiły się głosy, że publikujemy za mało „naszych” (czyli „ich”) studentów, że pismo „nie służy” studentom. Zostałem obarczony winą za ten stan rzeczy. Dlatego musieliśmy się rozstać.

R.Ch.: Tak. Pomysł, że pismo ma „służyć” społeczeństwu, czyli precyzyjnie „naszej” jego części, nie jest, jak widać, ideą nową. Zapewne starszą niż „Pro Arte”, nawet to z dopiskiem „et Studio”. Ale skoro już poruszyliśmy sprawę „naszości”, to sporo znajomych z literackiego światka pojawia się w Twoim tomiku. Zapytam Zadurą: „Im więcej nazwisk, tym więcej potencjalnych czytelników”?

M.G.: Rysiu, niekoniecznie dlatego. Zresztą zobacz, Ciebie nie ma, a przeczytałeś, ale pewnie tylko potwierdzasz regułę o wyjątkach. Prawdę mówiąc wiersze z „Profili” są zaludnione nie tylko przez „znajomych ze światka”. Poza tym „bohater” sam się tłumaczy: „Składam się tylko z tego co przeczytałem”. Anegdotyczną odpowiedzią na Twoje pytanie jest pewien dialog z „Tulipana”: „Zacytować ci coś?”, „Nie, już mi wystarczy, przecież nic innego nie robimy, jak tylko siedzimy na słowach”.

R.Ch.: Jednak to nie tylko cytowanie i „siedzenie na słowach”. Bo samych odwołań chyba nie jest aż tak wiele. Pytam raczej o pewne zainteresowanie drugą osobą. Toczą się w tej książce opowieści o ludziach i ich losach. Nie tylko te oniryczne z Honetem, Sosnowskim i innymi, ale też realistyczne, jak choćby o Walewskiej. Na tę potrzebę przyglądania się innym wskazuje również tytuł „Profile”.

M.G.: Wiesz, odwołań w tej książce jest dość sporo. Są różne zabawy z cytatami, kryptocytatami, wtrąceniami, inwersją znaczeń i sensów raz już napisanych słów. Jest w tej książce wiersz, który składa się z samych cytatów i nie mam tu na myśli tekstu „Rozstępy”. W pewnym sensie jest to książka o moich „przygodach” z Innymi, których podglądam, podsłuchuję, gadam z nimi, spotykam, mijam. To taki bieg (no, raczej spacer) na orientację wśród Innych. Zresztą, by znów troszeczkę pocytować, bo po co się męczyć, skoro już ktoś powiedział/napisał to za mnie, tym razem Grzegorz Wysocki: „Profile więc to w warstwie najbardziej dosłownej twarze widziane z boku, ale także (…) kontury, zarysy czegoś, jakiegoś miejsca, wydarzenia, osoby. Profil oznaczać może również charakter czegoś – mówimy na przykład o profilu czasopisma czy wydawnictwa”, nic dodać, nic ująć. A poza tym zawsze rajcowały mnie profile aluminiowe i to, do czego mogą one służyć. Nigdy tego nie odkryłem.

R.Ch.: Tekst w całości złożony z cytatów, to – jak się domyślam – „Słynne i świetne”. Pozostańmy jednak jeszcze na chwilę przy tytule tomiku. Pozycja profilu zakłada specyficzny rodzaj relacji, w której Ty na kogoś patrzysz, ale już on na Ciebie nie. Co najwyżej może zerkać. Poza tym obserwator widzi jedynie połowę twarzy...

M.G.: No i tu małe zaskoczenie, gdyż „Słynne i świetne” składa się prawie z samych tytułów książek, artykułów, wierszy, filmów, opowiadań, natomiast nie jest to ten tekst, który zbudowany jest jedynie z samych cytatów.… Masz rację – spojrzenie/spoglądanie z profilu zakłada spojrzenie jednostronne, jednowymiarowe, jednakże nie czuję, by ten sposób patrzenia był jakoś tak specjalnie kaleki. Sam wiesz dobrze, że pisząc, należy się zdecydować, należy wybrać jakąś opcję. Oczywiście staram się na wskroś pokazać różne możliwości spojrzenia/spoglądania, stąd właśnie liczba mnoga „profili”. Wiesz, marzy mi się, by napisać takie teksty, w których uda mi się złapać więcej niż jeden profil, może stąd właśnie bije źródło nowych wierszy, które powoli składają mi się w cykl pod roboczym tytułem „Blady ogień”. Mam wrażenie, że w tej odpowiedzi podryfowałem w jakimś innym, niż zakładany przez Ciebie, kierunku.

R.Ch.: Dryfujmy zatem! Dobrze jest dryfować, szczególnie przy bezwietrznej pogodzie. A za moim oknem –- mimo jesieni – cisza. Niewiele zakładam, przystępując do rozmowy, notuję sobie wcześniej jakieś pytania, ale potem je zadaję albo i nie – mniejsza z tym. Będę się upierał, że tytuły książek, artykułów, wierszy, filmów, opowiadań to jednak cytaty, więc „Słynne i świetne” też są swoistym „bigosem literackim”. Bardzo uroczym. Poniekąd zgadłem! Nie gram dalej. Stawiałbym na „Rozmówki”, ale to chyba jednak nie to... Zaintrygowała mnie wizja wiersza, który próbuje łapać jak najwięcej możliwych opcji spoglądania. Chyba dlatego tak dużo snu w „Profilach”? Sen jest dobrym punktem wyjścia do ogarnięcia wszystkiego? No i trzecia kwestia – wszystkiego nie złapiesz, ale co chciałbyś złapać najbardziej?

M.G.: W mojej głowie słowo „dryf” składa się w jedno zdanie ze słowem „nurt”, wychodzi mi mniej więcej coś takiego: „Dryfowaliśmy przy bezwietrznej pogodzie, ale nurt rzeki spychał nas na mieliznę”. A Tobie jakie zdanie by wyszło? W jakimś sensie „Słynne i świetne” to „bigos literacki”, o którym Henryk Bereza napisał: „Początkowo myśli się, że to pomysłowy chwyt parapoetycki, już w drugiej strofie przez chwyt mówi się o poezji, następne pary słów mają już nieprzewidziane znaczenia, nazywają coś nowego, mają swoją tajemnicę, są poezją, zróżnicowaną wewnętrznie, zabawną i zadziwiającą”. Widzisz, poniekąd zgadłeś, ale nie bawmy się dalej w tę ciuciubabkę. Idźmy dalej. Sen przez swoją pokręconą logikę, czy też raczej należałoby powiedzieć: ze swoją oniryczną logiką, w której wszystko jest możliwe i wszystko ma uzasadnienie, bo nie potrzebuje uzasadnienia, jest bardzo dobrym punktem wyjścia, a może nawet i dojścia. We śnie wszystko się ze sobą łączy, zaplata i te połączenia nie potrzebują potwierdzenia. Po prostu są. Mówimy przecież o „logice snu”, chociaż nie ma ona żadnego przełożenia na logikę świata realnego. Wydaje mi się, że w jakimś sensie relacje internetowe należą także do onirycznej przestrzeni. Są poza sferą „zdrowego rozsądku”. Co chciałbym złapać najbardziej? To, jak i dlaczego ludzie się ze sobą łączą lub nie. W sumie zgadam się z Wojciechem Wenclem, który w wywiadzie dla „Stanu krytycznego” powiedział: „W gruncie rzeczy przecież w poezji nie chodzi o wierność jakiejś estetyce, lecz o wierność prawdzie”.

R.Ch.: Ale jakiej prawdzie? Prawdzie rzeczywistości?, snu?, internetu?, estetyki? (jakiej? – każda ma inną prawdę). Prawdę wierności?, prawdę niewierności? Czy jest jakaś wyższa prawda, która organizuje te tysiące innych prawd? Nie czytałem tego wywiadu z Wenclem, dlatego pytam Ciebie.

M.G.: Wywiad z Wojciechem Wenclem bardzo ciekawy, polecam, można się dużo nauczyć i jeszcze więcej dowiedzieć, na przykład: dlaczego należy lub nie należy pisać, a także jak należy pisać. Prawda, że „prawda” to dość skomplikowany temat, więc może odstąpmy od niego. Domyślam się jedynie, że Wenclowi chodziło o prawdę wieczności, o prawdę wieczystości i „boskiego planu”. Niestety, od kilku lat nie jestem w stanie się w tym rejestrze usadowić, choć, uwierz mi, staram się, staram się jak tylko mogę, ale wychodzi na to, że niewiele mogę. Nawiązując do tego, o czym mówiliśmy powyżej, to mi zależałoby na tym, by odkryć prawdę o wzajemnych relacjach międzyludzkich. Może to zboczenie zawodowe, ale opisanie połączeń i zależności ludzkich, wyciągnięcie ich na światło dzienne, przedstawienie i pokazanie wydaje mi się na tyle intrygujące, by o tym pisać.

R.Ch.: Macieju! Zdradź w takim razie, kim jesteś z zawodu.

M.G.: Socjologiem, a bo co?

R.Ch.: No tak, to jest takie wykształcenie. Ale w jaki sposób socjolog zarabia na przysłowiowe życie?

M.G.: Socjolog oczywiście nie pracuje w swoim zawodzie, bo nie lubi obliczać błędu statystycznego i dlatego przez osiem godzin (i więcej) przekłada paczki z jednego miejsca w zupełnie inne miejsce, w pewnej firmie kurierskiej.

R.Ch.: O! To zupełnie jak Charles Bukowski. Wiesz, że był listonoszem? Całe dwanaście lat.

M.G.: Nie, nie wiedziałem, że był listonoszem. Jeśli w twym nawiązaniu do Bukowskiego, jest ukryte pytanie, czy lubię jego prozę, to odpowiadam: nie lubię, wolę Jamesa Baldwina i Tarjei Vesaasa.

R.Ch.: Wrócę jeszcze do owej chęci „opisania połączeń i zależności ludzkich, wyciągnięcia ich na światło dzienne”. To trochę – mówiąc metaforycznie – potrzeba zajrzenia do środka, do tych paczek... Co też tam sobie ludzie posyłają? Nie korci Cię czasem, żeby te pakuły jakoś prześwietlić. Choćby za pomocą fantazji? Myślę, że wbrew pozorom wykonujesz bardzo twórcze – bo wprawiające w ruch wyobraźnię – zajęcie.

M.G.: Rysiu, z tymi paczkami sprawa się przedstawia tak, że wielokrotnie widziałem, co ludzie wysyłają, są to często bardzo absurdalne rzeczy w stylu pustych słoików po majonezie Hellmans, czy też żywych kur niosek. Wiesz, nigdy się nie zastanawiałem nad tym, że pracuję w miejscu, w którym podglądam czyjeś prywatne życie. Natomiast Ed Pasewicz potrafił zrobić z tego właśnie świetne wiersze, na przykład „Elegię sucholeską".

R.Ch.: Pracujecie razem w tej firmie?

M.G.: Pracowaliśmy, i to przez kilka ładnych lat. Wynikają z tego takie różne zabawne historie, niektóre mogę zdradzić, inne nie, z tych, które mogę, to Edward napisał „Dolną Wildę”, gdy pracowaliśmy przez dwa miesiące non-stop na nocki, specyfika pracy polegała na tym, że do 24.00 mieliśmy trochę pracy, a potem do 5.00 Edek siedział przy kompie i pisał wiersze do tej książki (jednym palcem walił w klawiaturę, teraz robi to już dwoma, trzema – postęp!).

R.Ch.: Wrócę jeszcze do owej potrzeby łapania jak największej ilości opcji, o której rozmawialiśmy wcześniej. Estetycznie też chyba starasz się to robić, bo w „Profilach” są wiersze narracyjne, oniryczne, „nieomal-lingwistyczne” i z jeszcze kilku innych szuflad, którym nie potrafię w tym momencie nadać odpowiedniej etykietki. Opowiedz troszkę o genezie tej różnorodności.

M.G.: Wiesz, jesteś kolejną osobą, która mówi, że w tej książce są wiersze lingwistyczne, muszę się nad tym poważnie zastanowić, bo przecież nie chciałem tego…! Ale wracając do Twego pytania, to zaczynam się obawiać, że ja po prostu nie potrafię być konsekwentny, nie potrafię się zamknąć w (zdecydować na?) jednym jedynym sposobie obrazowania, w jednym sposobie prowadzania wiersza. „Świat” jest tak różnorodny, że domaga się ode mnie tej różnorodności. A może jest też tak, że ja dopiero szukam właściwego sposobu, by wyrazić tę różnorodność „świata”, może się dopiero uczę, szukam (po omacku?), może nie potrafię się zdecydować, choć oczywiście wolałbym powiedzieć, że jest to świadomy zabieg „profilowania”.

R.Ch.: Twoja notka biograficzna kończy się informacją, że pod adresem www.dzejms.blog.pl prowadzisz antologię oniryczną. Opowiedz o tym projekcie.

M.G.: Jakiś czas temu prowadziłem różne projekty internetowe, przede wszystkim blogi, w pewnej chwili okazało się, że mam ich cztery i to różne. Aktualnie prowadzę już tylko jeden. Jest to wspomniany przez ciebie blog – antologia oniryczna. Troszeczkę zmienił się adres, bo strona ta działa teraz pod adresem http://www.outremer.blog.pl/, jest to kontynuacja dzejms.blog.pl. Jak sama nazwa wskazuje, jest to strona, na której wstawiam sny, nie tylko moje, ale wszelkie, różne, takie, które mi przesyłają znajomi, takie, które przeczytam gdzieś w książce, necie, takie które podsłucham. Hasłem wywoławczym tej strony jest: „Uwolnij swój sen!!!”.

R.Ch.: Dziękuję za rozmowę.

M.G.: Ja także.

Wywiad przeprowadzono drogą internetową w październiku i listopadzie 2006 roku.
    Zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu: Samorzadu Województwa Slaskiego, Fundacji - Otwarty Kod Kultury Śląskie. pozytywna energia Fundacja Otwarty Kod Kultury