Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (72) / 2006

Wiesław Kowalski,

NADLUDZKOŚĆ CZY FEMINIZM

A A A
Czy antyk to tylko martwy pomnik odległej kultury? Jak dzisiaj, w 2006 roku, wystawić „Medeę” Eurypidesa? Jakie jest miejsce tragedii greckiej, zrealizowanej po raz pierwszy w 431 roku p.n.e., w świadomości dzisiejszego widza i współczesnego artysty? Wreszcie jak zagrać Medeę, tragiczną czarodziejkę z Kolchidy? Odpowiedź na ostatnie pytanie wydaje się prosta – tak, jak zrobiła to Maria Kierzkowska w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Więcej wątpliwości budzą już inscenizacyjne i interpretacyjne zabiegi reżysera Marcina Wierzchowskiego, dyplomanta Wydziału Reżyserii Dramatu PWST w Krakowie. Tak naprawdę trudno o jednoznaczną opinię na temat toruńskiego przedstawienia. Jest to spektakl nierówny, usiłujący momentami zbyt nachalnie i natrętnie, jakby ilustracyjnym zgiełkiem, przybliżyć tragedię grecką współczesnemu widzowi. Próby łączenia dramatycznej historii z życiowymi, codziennymi troskami i kłopotami kobiet nie zawsze są zrozumiałe i czytelne. Dlatego zespolenie w całość rozmaitych elementów tego spektaklu, niespójnych i niejednolitych, wydaje się niemożliwe. Programowa idea przedstawienia, nawiązującego w formie do alternatywnych działań teatralnych z przełomu lat 60. i 70. jest mało przekonująca i może budzić interpretacyjny sprzeciw. Wierzchowskiemu nie udało się, jak onegdaj Hubnerowi w Teatrze Starym i w warszawskim Powszechnym, stworzyć współczesnej wizji greckiego antyku. Zastosowane przez realizatorów odwołania do pozamitycznej warstwy dramatu nie powiodły się. Próba zestawienia ich z wiedzą współczesnego człowieka na temat mechanizmów psychiki ludzkiej, a także z wiedzą o Grecji, Eurypidesie i teatrze, nie działa.

Maria Kierzkowska nie gra kobiety obłąkanej. Nie jest despotką, z sobie tylko właściwym poczuciem sprawiedliwości. Jej siła namiętności, granicząca niekiedy z obłędem czy szaleństwem, jest do bólu prawdziwa i szczera. Sens Medei, w interpretacji Kierzkowskiej, polega na podjęciu przez bohaterkę świadomej i przerażającej decyzji, mającej przynieść oczyszczenie. Aktorka od pierwszej do ostatniej sceny jest na tym temacie skoncentrowana, napięta do ostateczności. Potrafi wypluć nienawiść przez zaciśnięte zęby i skulić się w rozpaczy jak małe dziecko. Jest czysta i mądra. Jeśli patetyczna, to ani przez chwilę koturnowo. Nasze codzienne oswajanie z masowością cierpienia źle zniosłoby najmniejszą egzaltację. Każdy jej jęk boleści jest tak samo przejmujący, szalenie desperacki. Kierzkowska tworzy, niepozbawiony tragizmu, wyrazisty typ konkretnej kobiety w konkretnej sytuacji. Kobiety, będącej uosobieniem najgłębszych i najsilniejszych ludzkich uczuć. Można bez cienia wątpliwości powiedzieć, że to Medea współczesna w najbardziej szlachetnym znaczeniu i wymiarze, posiadająca świadomość tego, co nieuchronne. Dlatego okrutny i nieubłagany los dzieciobójczyni musi budzić litość i trwogę. Na szczególne uznanie zasługuje podporządkowanie aktorki wymogom klasycznego tekstu, bez rezygnacji z nadania mitycznej bohaterce rysu indywidualnego. Podobnie jak umiejętność osiągania w wyrażaniu namiętności wymiaru monumentalnego, bez uciekania się w nieopanowaną histerię, nerwowość gestów czy zachowań. Toruńska inscenizacja prezentuje wizję córki Ajetesa jako kobiety zrozpaczonej, która dla obrony swej ludzkiej godności nie boi się chwycić sposobów szaleńczych i ostatecznych. Dokonuje zabójstwa dzieci tyleż z zemsty nad ich ojcem, co z rozpaczy nad własnym losem. Kierzkowska tę miażdżącą sprzeczność tragedii antycznej nosi w sobie.

Niestety, pozostałe postaci, szczególnie męskie, mają w inscenizacji Wierzchowskiego znaczenie drugoplanowe. W przypadku Jazona, skądinąd bardzo dobrze zagranego przez Pawła Tchórzelskiego, może budzić niezgodę sposób, w jaki potraktowane są jego racje – jakby unieważnione, nieistotne i kompromitowane. Ma to swoje konsekwencje w budowaniu konfliktu między niewiernym mężem, który, poślubiając córkę Kreona, pragnie zagwarantować swoim dzieciom korynckie obywatelstwo, a orientalną wróżką, przedstawicielką barbarzyńskiego Wschodu. Reżysera zdają się interesować jedynie przekonania samej Medei. Budzi ona jego współczucie jako kobieta nie tyle zła, co unieszczęśliwiona przez obłudnego męża. Wierzchowski, poszukując w tekście innych niż te dane bezpośrednio w dramacie, motywów zbrodni, potraktował utwór Eurypidesa nader swobodnie. A przecież w całej twórczości autora „Bachantek” najważniejsze jest zderzenie dwóch światów: konfrontacja jednostki z obowiązującymi normami i konwenansami, indywidualnego cierpienia z bezmyślnym okrucieństwem świata. W tekście owo zderzenie racji tytułowej bohaterki z punktem widzenia mężczyzny jest rysowane bardzo wyraźnie i na wielu płaszczyznach. Szkoda, że toruńska inscenizacja zupełnie zapomina, że Jazon to nie tylko sprawca krzywd i cierpienia, ale też obrońca racjonalnej tradycji helleńskiej, porządku praw i obyczajów, męskiego kultu siły i rozumu.

Po obejrzeniu toruńskiego przedstawienia w pamięci pozostają tylko role kilku aktorów. Obok już wymienionych na uznanie zasługuje dramatyczna i wzruszająca kreacja Tatiany Pawłowskiej jako Egeusza. Jednak mówić się chce tylko o Medei. Czy poniosła totalną klęskę? Czy to jedynie klęska jej człowieczeństwa? A może tylko odrzucenie go w chwili podejmowania decyzji? Czy w ten sposób można osiągnąć gotowość do podjęcia nowego życia? W pamięci pozostają budzące niepokój, proste i uwewnętrznione formy przekazywania uczuć. Nagromadzonych i skoncentrowanych do granic wytrzymałości drobnych i niemal zwyczajnych przejawów cierpienia nie sposób zapomnieć. Tylko one bronią się w przestrzennym chaosie i nie giną pośród piasku, telewizyjnych monitorów, zwisających łańcuchów, metalowych konstrukcji i ekranów z wyświetlanym morzem.

„Medea” to pierwsze przedstawienie Marcina Wierzchowskiego w teatrze repertuarowym. Może dlatego reżyserowi nie udało się zapanować nad wszystkimi elementami spektaklu. Wiele w nim niekonsekwencji i niewykorzystanych – ciekawych w zamyśle – pomysłów. Ambitna artystyczna porażka.
Eurypides „Medea”. Reż.: Marcin Wierzchowski. Scenografia: Matylda Kotlińska. Muzyka: Michał Litwiniec. Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu. Premiera 4 listopada 2006 roku.