Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (72) / 2006

Miłka O. Malzahn,

ORKIESTRA ŚREDNIO SPEŁNIONYCH MARZEŃ

A A A
Nie tylko ja marzyłam, że będzie to ponadzwykłe, wyczekane przeżycie, ale... To nie był dobry koncert, choć muzycy źle nie zagrali. Po pierwsze – w warszawskim Palladium było strasznie tłoczno – się stało, gdy się słuchało – w ścisku i w gorącu się kiwało na boki, a przecież w sumie to był jazz! Kiwanie się – owszem, proszę, ale w godnych warunkach! Jazzem najlepiej jest się delektować w bardziej wyrafinowanych okolicznościach tj. mniej więcej na siedząco, lecz z alternatywnym miejscem dla tych, którzy lubią od razu wpaść w trans lub przynajmniej – delektować się mając dostęp do wystarczającej ilości tlenu. W Palladium można było z powodu gorąca (chociażby) zgubić czasem niuanse...

W ramach wspomnianego gubienia, w połowie występu gwiazd ktoś z publiczności krzyknął (po polsku): „a teraz zagrajcie coś swojego!”. Był to wyraz dezaprobaty dla coldplay’owej stylistyki, w którą zespół wpadł, głównie z powodu Patricka Watsona, wokalisty (prośba nie została spełniona, z powodu różnicy lingwistycznej zapewne, albo z innych powodów). I tak oto zgubił The Cinematic Orchestra filmowość!

Show uratowały m.in. perkusyjne zawijasy Luke'a Flowersa. Był to pokaz utrzymywania pulsu bez wysiłku i operowania pałkami z gracją (i polotem), tak by ruchy rąk muzyka hipnotyzowały widzów (czyli były płynne i eleganckie), a rytm utrzymywał wszystko w pionie. W Polsce nie ma takiego perkusisty! Są nawet technicznie lepsi – ale nie ma podobnie wytwornego. Flowers był nie tyko widowiskowy, ale też skuteczny i nie gubił swojej motorycznej roli wśród zawijasów oraz pauz.

Głos Fontelli Bass, która dotychczas śpiewała na koncertach (i nie tylko) Cinematic Orchestra pewnie uszlachetniłby to wydarzenie, niestety rzecz przyprawiono inaczej. Zespół zagrał jakby mniej jazzowo (i nie soul), nawet nie specjalnie transowo, lecz nowo–repertuarowo. Nie mniej „Evolution” – było! (uff)

Teraz skupię się na plusach: panowie grali tak, jak nie grają Polacy tj. lekko, raczej wirtuozeryjnie, z wyczuciem chwili i sprzętu. Było kilka utworów (hitów?) z poprzednich płyt, które wdzięczna (i liczna) publiczność przywitała oklaskami, było sporo nowych kawałków, które przyjęto życzliwie (ach ta nasza polska gościnność!) Wokalista manieryzował się brzmieniowo wpadając w britopowy (chyba) zaśpiew, ale używał efektu w sposób oszczędny, czyli mądry i był naprawdę interesujący, czyli przykuwał uwagę aż do trzeciego utworu – potem stał się irytujący. Ale i tak widownia reagowała ze zrozumieniem, bo wiadomo, że nie wiadomo, kiedy taka druga koncertowa okazji się przydarzy.
Były owacje, choć po dwóch godzinach (w tym support Kerd, spóźniony nieco) część dobrze ulokowanej publiczności (takiej, co widziała scenę lub z natury była wysoka) odpuściła sobie patrzenie i zrobiła miejsce dla tych z tyłu. Osobiście na takiej wymianie skorzystałam, w przeciwnym razie nie widziałabym nic. A do oglądania było sześciu muzyków w bardzo dobrym oświetleniu. Klubowo i surowo.

Repertuar, jaki Cinematic przywiózł do Polski, mógł się spodobać, choć niekoniecznie w wersji koncertowej. Rzecz jasna – nikt u nas nie gra tak jak oni….! Oni są jedyną taką orkiestrą i miło było ich zobaczyć na żywo.
Jeszcze przypomnę szczegóły dotyczące Onych: zaczęli grać jako dzieci niemalże, teraz – to dojrzali artyści, na swoim koncie mają koncerty lepsze (dostępne u nas na dvd) i gorsze oraz 4 piękne płyty. Zespół założył Jason Swinscoe (na scenie /i w studiu/ to jakby demiurg, wyrazista sceniczna postać). Cinematic Orchestra nagrywa dla Ninja Tune, a został zauważony na rynku dzięki soundtrackowi do rosyjskiego filmu z 1929 roku – „Człowiek z kamerą” (2003). Stąd wiadomo, że akurat ci Brytyjczycy lubią eksperymenty, więc na ich koncert już raczej się nie wybiorę, ale po piątą płytę chętnie sięgnę (ponoć w marcu się ukaże).
The Cinematic Orchestra, Warszawa, Palladium, 30 listopada 2006.