Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (73) / 2007

Wojtek Mszyca Jr,

PJ HARVEY

A A A
“The Peel Sessions: 1991-2004”. Universal Music Group 2006.
John Peel, być może najsłynniejszy radiowy DJ wszech czasów, zasłużył na miano instytucji kultury niezależnej za sprawą organizowanych przez lata sesji nagraniowych. Te tak zwane Peel Sessions były de facto występami na żywo, choć odbywały się w radiowym studiu. Przewinęły się przez nie setki wykonawców, z których wielu zdecydowało się na wydanie Peel Sessions jako swoich pełnoprawnych płyt. Po przedwczesnej śmierci Peela w 2004 roku, wciąż ukazują się zarejestrowane u niego materiały, ostatnio zaś do stale rosnącego grona artystów, którzy w swojej dyskografii mają płytę z „Peel Sessions” w tytule, dołączyła PJ Harvey.

Po raz pierwszy trio PJ wystąpiło u Peela w 1992 roku. Pierwsze trzy utwory na płycie pochodzą z tej właśnie sesji. To mocny początek, pokazujący pełną dojrzałość artystyczną zespołu (początkowo PJ Harvey było nazwą całego tria, później dopiero artystycznym pseudonimem samej Polly Jane). Potężne brzmienie z miażdżącą sekcją rytmiczną i doskonałe kompozycje, które kilka miesięcy później znalazły się na debiutanckiej płycie „Dry”, stanowią jeden z najmocniejszych akcentów składanki. Wśród zgromadzonych tu utworów, zarejestrowanych na przestrzeni lat w różnych aranżacjach i składach, wybranych ze wszystkich okresów działalności PJ, nie ma ani jednego słabszego momentu. Pojawiają się za to takie rewelacje jak „Snake” wykonany tu bez perkusji, a mimo to, za sprawą potężnego, momentami niemal histerycznego głosu Polly Jane, porażający brutalnością i ociekający jadem. I nie jest to jedyny moment, kiedy podczas słuchania tej płyty przechodzą mnie ciarki. Wspaniale wypadają piosenki z mojego ulubionego krążka PJ „Stories From the City, Stories From the Sea”, przy czym jedna z nich („This Wicked Tongue”) znalazła się tylko na japońskim wydaniu albumu. Wciąż nie mogę pojąć części osób, nazywających siebie „prawdziwymi fanami”, którzy uznają tę płytę za mniej udaną. To smutne, że ludzie określający się tym mianem zwykli odmawiać swoim idolom (sprawa nie dotyczy tylko PJ Harvey) prawa do rozwoju i zmiany, oczekując mechanicznej produkcji kolejnych klonów ich ulubionych, zwykle wczesnych albumów. Koniec dygresji. Piosenka „You Come Through”, zarejestrowana już po śmierci Peela, podczas koncertu poświęconego jego pamięci, nabiera w tym kontekście zupełnie nowego znaczenia. Zamyka ona w wielkim stylu „The Peel Sessions 1991-2004”. Niestety. Więcej sesji u Peela już nie będzie.

PJ Harvey zachwyca wspaniałym głosem, ma talent do pisania rewelacyjnych piosenek, ale największym jej atutem jest to, czego próżno szukać u innych „gwiazd” – w jej muzyce i jej słowach jest prawda. Ta sama prawda, która stanowi o sile rażenia muzyki rockowej. To coś, czego próżno szukać u wszystkich żałosnych pseudogwiazdek kreowanych przez media i wyłanianych przez „fachowców” w telewizyjnych konkursach lub przez ślącą esemesy publiczność o gustach sprowadzonych przez RMF do najniższego wspólnego mianownika. PJ Harvey gra w zupełnie innej lidze i od lat pozostaje moim zdaniem największą osobowością wśród śpiewających pań. Każde jej wydawnictwo jest wydarzeniem i nie inaczej jest tym razem.