ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (73) / 2007

Miłka O. Malzahn,

GRZEGORZ TURNAU

A A A
„Historia pewnej podróży”. EMI Music Poland 2006.
Grzegorz Turnau śpiewa Marka Grechutę, czyli nudnawa podróż w dobrze znanym towarzystwie.

Tak się złożyło, że Grzegorz Turnau skończył nagrywać płytę z piosenkami Marka Grechuty, gdy autora piosenek zabrakło. Nie ma już na polskiej scenie człowieka – legendy, poety – muzyka , ale – na nasze szczęście – jest to, co stworzył. Marek Grechuta towarzyszył kilku pokoleniom wrażliwych Polaków, zatem sumiennie zabrałam się do słuchania „Historii pewnej podróży”. Podejrzewałam, że mimo świeżej daty na wydawnictwie będzie to raczej podróż w przeszłość, zaserwowana przez Pomaton EMI w 50:58 minutach muzyki, w 14 piosenkach zaaranżowanych przez piosenkarza. I się nie pomyliłam.

A wnioski z tej podróży
mam takie: Grzegorz Turnau zawsze będzie Turnauem Grzegorzem, choćby śpiewał nie-wiadomo-co. Teraz wiadomo, co śpiewa i robi to po swojemu – zatem zgoda na taką kolej rzeczy. Wybór piosenek nie jest oczywisty (co jest dobre), nie jest też szczególnie przewidywalny. Szczególnie zaskakujący też nie jest. Ot, kilka hitów znanych każdemu i kilka piosenek, które warto poznać/przypomnieć sobie. Na to też można się zgodzić. Lecz jeśli aranżacje tych utworów miały być współczesne – to trzeba jasno powiedzieć, że nie są. Turnau, metrykalnie dość młody artysta, myśli o muzyce w sposób daleki od nowoczesnego (co można uznać za plus lub minus, zależy od repertuaru). Tym razem, budując brzmienie, preferuje na przykład zawodzącą niekiedy, a niekiedy rytmizującą mocno, gitarę Jacka Królika (i jakoś nie mam w sobie zgody na taki stan rzeczy). Nie stawia na bardziej oryginalne instrumenty, lub na loopy i sample (lub na twórczych debiutantów instrumentalnych).

Ta tradycyjność
w zetknięciu z piosenkami Grechuty to w zasadzie atut (choć gitara wielce taka sobie).
W ogóle na krążku dużo jest jazzu i to mocno osadzonego, przemyślanego, przyswajalnego (na plus, czyli – zgoda). Owszem, Grzegorz Turnau jest archaiczny, lecz najwyraźniej stara się zbudować pomost z tamtejszości w tutejszość na bazie uniwersalnych uczuć. Jak to dokładnie robi – trudno dociec, niemniej Turnau śpiewający Grechutę pozostaje zrozumiały i brzmieniowo rozpoznawalny. Według mnie – oto siła dobrego tekstu i dobrej melodii.

A piosenki Marka Grechuty są szalenie melodyjne i owe melodie mają ogromną moc, której, przyznajmy, w popularnym, nowoczesnym graniu – coraz mniej. O ile trudno jest zanucić numery z pierwszych miejsc list przebojów (rozmaitych) to piosenki Grechuty są do zanucenia niemalże w całości. Ta, o której wspomnę – do nucenia nadaje się świetnie i działanie ma muzykologiczno-terapeutyczne: „ Nie ma się czego bać, to tylko księżyc idzie, srebrne husty prać” (twoja postać). Zaczyna się od klasycznego pianina i klasycznie wgranego wokalu, nade wszystko – od świetnego tekstu (POEZJA!). Piosenka zrealizowana została tak, by trafiała wprost do serca. I właśnie tam trafia.
Aha, ważne, takie kawałki już nie powstają, więc proszę korzystać ze starszych!

Dobra poezja
ma w sobie tajemnice, do których się wraca po odpoczynek, po siłę, po piękno. 14 Piosenek z tej płyty to 14 szans na wzruszenie (albo na znudzenie, zależy…) Na przykład: „Zadymka”, to czysta, zimowa melancholia… gdzie Jan Kanty Pawluśkiewicz odzywa się na chwilę. Bardzo to magiczna chwila, jakby zza zmrożonej szyby, choć kompletnie nie wiadomo, czemu Pawluśkiewicz śpiewa, usytuowany w jednej linijce tekstu, ani to duet, ani zgrabny chórek.

Turnau porwał się także na „Korowód”. W jego wersji jest gładki i zagrany jazzowo. Piosenka dobra do zadumania, a o to w branży muzycznej najtrudniej. Na tym zresztą polega fenomen twórczości Grechuty, na zadumaniu (gdyby nie te gitary... w refrenie szczególnie…). „Gaj” – odśpiewany został absolutnie po Grechutowemu, zagrany w podziale rytmicznym wymyślonym przez autora, nic nowego. Jest za to duet z Marią Anną Jopek, która (jak zawsze) wymyśliła piękne chórki. W tym zestawie, gdy przechodzi w jazzowe frazy – ma się „gaj” całkiem dobrze. A tytułowa „Historia jednej podróży” jest mniej znana i pewnie taka pozostanie, choć jest podróżna i pogodna. „Motorek” – bardzo charakterystyczny, ze smykami z tempem pośpiesznym, z wierszem na cześć motoryzacji, jest staroświecki i jednocześnie odkrywa pierwsze ludzkie moto-zdziwienie. Pobrzmiewa tu echo Piwnicy Pod Baranami i inne takie odchodzące klimaty oraz utracone zdziwienia. Należy wsłuchać się w opowieść, by być mądrzejszym o podobną obserwację. Warto. Ech, gdyby nie te gitarowe riffy! Choć muzycznie (te riffy) są logiczne, zagrane przez dobrego muzyka , to jednak... brrr.

Znawca jeden znajomy
twierdzi, że czasem lepiej do nagrań zaprosić mniej znanych muzyków, bo gdy im nie starcza wirtuozerii mogą zagrać coś naprawdę ciekawego, zaskakującego. Z Turnauem zagrali tylko prześwietni muzycy. I wszystko jest oczywiste. Aha, jeszcze wspomnę, że najlepiej wypadły najbardziej melancholijne utwory, takie jak „Lanckorona”, piosenki nazywane dla jasności poezją śpiewaną. I niech tak będzie, klasyfikatorzy znajdą odpowiednie półki, przez co przyjemność fanom nie zostanie odebrana.

Podsumuję: płyta jest skokiem w przeszłość, w nadwrażliwość, w pejzaże muzyczne, w odmęty pamięci. I tak ma się Turnau do repertuaru Grechuty, refleksyjnie. „Historia pewnej podróży” nie jest zaskakująca, ani interpretacyjnie, ani brzmieniowo. Jest jak podróż w dobrze znanym towarzystwie, w wygodnym środku lokomocji, trochę za długa i trochę przynudna. Dodam jeszcze, że nagrana jest świetnie. Wszystkie instrumenty (a wiele ich) selektywane, dobrze osadzone , no… mistrzostwo realizacyjne.

Jeszcze słowo o genezie: Grzegorz Turnau rozpoczynał swoją wędrówkę artystyczną od podziwiania występów Grechuty w krakowskiej Piwnicy Pod Różą, i płytą postanowił złożyć hołd mistrzowi. Nie przypadkowe jest, że teksty mają motyw wędrówki i podróży, ma to być metafora ludzkiego losu… Są takie opinie – że Turnau tu nieco smędzi. I nie są one (że tak powiem) pozbawione podstaw… Ale podróże takie z natury są, miejscami nudnawe, chyba, że to krótki wypad za miasto. Więc „Historia jednej podróży” wypadem za miasto nie jest!