Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (73) / 2007

Magdalena Kempna-Pieniążek,

GŁOS W CIEMNOŚCI MULTIKINA

A A A
Oglądając po raz pięćdziesiąty „Powrót do przyszłości”, po raz setny „Kevina samego w domu”, obserwując po raz nie wiadomo który (ale zawsze o jeden za dużo) lukrowane uśmiechy „polskich artystów śpiewających najsłynniejsze polskie kolędy”, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że do tradycyjnych świątecznych rytuałów – tych związanych z karpiem, opłatkiem i siankiem pod wigilijnym obrusem – współczesność dołączyła kolejny: swoisty rytuał medialny. Dobre kino i telewizja w czas Bożego Narodzenia to, jak wiadomo, towar raczej deficytowy. Ale przecież „świątecznie” niekoniecznie znaczy „lepiej” – co najwyżej „inaczej niż na co dzień”. Może więc specyfika „świątecznego pakietu programów” nie polega na jakości, ale na tematyce, na zasadzie „święta przed telewizorem – święta w telewizorze”? Skoro oswoiliśmy się z grudniową inwazją hipermarketowych Mikołajów, a nawet uznaliśmy ją za element programowo wpisany w przedświąteczny pejzaż, to dlaczego nie uznać przygód jasnowłosego diabełka o imieniu Kevin za składową bożonarodzeniowego rytuału medialnego? A cechą rytuału jest przede wszystkim jego powtarzalność…

Kiedy ponad dwa lata temu na ekrany kin wchodziła „Pasja” Mela Gibsona, wydawało się, że część społeczeństwa postanowiła wykorzystać okazję i włączyć film w ramy obchodów Wielkiego Postu (ba, sugestie takie padały wręcz z ambon w niektórych kościołach). Co więcej, premiera dzieła wypadła w okolicach Środy Popielcowej, co miało tym bardziej ułatwić zaanektowanie kolejnego elementu popkultury przez – również coraz bardziej popkulturową – współczesną religijność. Przed kilkoma tygodniami, tuż przed pierwszą niedzielą Adwentu, na ekrany wkroczyła kolejna świąteczna bomboniera – „Narodzenie” w reżyserii Catherine Hardwicke. I chociaż – w odróżnieniu od „Pasji” – film zdaje się przechodzić bez większego echa do kanonu filmów religijnych, jego zaistnienie aż prosi się o chwilę zastanowienia.

Jest w tym obrazie w zasadzie wszystko, co może się kojarzyć z Bożym Narodzeniem: okrutny Herod, Trzej Królowie ze Wschodu z obowiązkowymi darami i równie obowiązkową gwiazdą, szopa, a w niej żłóbek, jest posągowy anioł Gabriel (Alexander Siddig) i prawy cieśla Józef (Oscar Isaac), rzeź Niewiniątek, osiołek, na którym podróżuje Maria (Keisha Castle-Hughes), jest Bóg przemawiający tubalnym głosem z obłoku czy z świątynnej ciemności, jest nawet melodia najsłynniejszej kolędy świata, czyli „Cichej nocy”. Co więcej, są nawet – dość toporne i drażniące swą oczywistością – symbole przyszłej męki Chrystusa w postaci krzyży, na których Rzymianie wieszają swoich przeciwników. Określenie „szopka bożonarodzeniowa” nasuwa się samo: twórcy filmu starają się za wszelką cenę zawrzeć w obrazie wszystkie elementy kojarzące się z tradycją święta, czego kulminacją jest scena hołdu składanego Dzieciątku przez pasterzy i Trzech Króli, skomponowana idealnie według wzorca papierowych stajenek, które czasem stawiamy u stóp naszych choinek. Nawet światło gwiazdy padające wprost na legowisko, na którym spoczywa Maria z Jezusem, nie ukrywa swojej teatralności i konwencjonalności. Czy może zatem dziwić, że jedynym „radykalnym” przesunięciem fabularnym względem tekstu Ewangelii jest przeniesienie pochwalnego hymnu „Magnificat” ze sceny nawiedzenia Elżbiety do kończącej film sekwencji podróży Świętej Rodziny do Egiptu?

Filmowcy, którzy podejmują się zadania zekranizowania części wciąż chyba jeszcze najważniejszego, a przez to najtrudniejszego, tekstu kultury śródziemnomorskiej, bywają na ogół pechowcami. Oczywiście, gromy, które spadały na głowę Martina Scorsese po premierze „Ostatniego kuszenia Chrystusa” czy posądzenia o antysemityzm, jakich nie szczędzono Gibsonowi, przysłużyły się z pewnością ich sławie. Problem, z punktu widzenia sztuki filmowej, leży jednak gdzie indziej: adaptowanie jakiegokolwiek fragmentu Biblii bywa często igraniem z jednej strony z artyzmem, z drugiej – z religijnym kiczem. Teologowie podkreślają czasem, że kluczem do Pisma Świętego jest pojęcie języka symbolicznego. Fanaberie członków LPR-u próbujących podważać teorie Darwina poprzez dosłowne odczytanie opowieści o stworzeniu świata, stanowią na naszym własnym podwórku jaskrawe memento: Biblii nie powinno się czytać literalnie. Symbol religijny z kolei odnosi do czegoś, co tak naprawdę umyka werbalizacji, jest „inne”, nienazwane, zakryte niczym imię Boga. I tutaj pojawia się problem: jak mówić o Tajemnicy w filmie, którego domeną jest wszak pokazywanie, a nie ukrywanie? Jak zrobić to w czasach współczesnych, w których symbole ulegają jeden po drugim dewaluacji? W braku jednoznacznej odpowiedzi na te pytania kryje się, jak sądzę, powód, dla którego – pomimo (a może właśnie z powodu) swej dbałości o szczegół – jest „Narodzenie” filmem w jakiś sposób niespełnionym – ani dobrym, ani złym, ani tak kontrowersyjnym jak „Pasja”, ani – tym bardziej – tak przejmującym jak „Ostatnie kuszenie Chrystusa”.

Twórcy „Narodzenia” najwyraźniej chcieli pójść dwiema wykluczającymi się ścieżkami równocześnie. O pierwszej z nich już wspomniałam: wiąże się ona z przytoczeniem bożonarodzeniowej konwencji szopki betlejemskiej, trzymaniem się litery tekstu i świątecznej tradycji. Drugą ścieżkę Catherine Hardwicke przejęła – ale w wersji stonowanej – od Gibsona. Jednym z powodów, dla których „Pasja” była tak szeroko komentowana, stało się wizualne okrucieństwo – twórca filmu postawił na daleko idącą poetykę konkretu, weryzm, w imię którego przez znaczną część filmu na ekranie widać było przypominające bardziej kawał krwawiącego mięsa niż człowieka ciało skatowanego Chrystusa. W „Narodzeniu” dążenie do ukonkretnienia historii jest bardziej subtelne: do historii biblijnej Catherine Hardwicke dopisuje trzy dodatkowe opowieści-konteksty: o rzymskiej okupacji Palestyny (zagrożenie ze strony żołnierzy staje się jedną z motywacji oddania ręki Marii Józefowi), o Herodzie próbującym w swych despotycznych zapędach zawczasu uniemożliwić realizację przepowiedni o nadejściu Króla Królów i o Trzech Mędrcach w tajemniczych manuskryptach, dawnych przepowiedniach i badaniach astrologicznych szukających odpowiedzi na pytanie o miejsce narodzin Zbawcy. Ten ostatni motyw miał najwyraźniej w zamierzeniu pełnić dodatkową funkcję jako wątek poniekąd komiczny. Do tego wszystkiego dochodzi zbiór niezbyt przekonywujących przez swoją szkicowość obrazków natury obyczajowej (z życia Nazaretu i Jerozolimy) oraz psychologicznej (wątpliwości Marii związane z małżeństwem i powołaniem). Niestety, nie sposób kroczyć dwiema ścieżkami równocześnie: pomieszanie abstrakcji i konkretu, konwencji i psychologizmu połączonego z historyzmem, raczej nie wychodzi filmowi na dobre, czyni go nieprzekonywującym zarówno jako opowieść o zrealizowanym proroctwie, jak i jako historyczną fabułę.

Podobno każda epoka ma właściwe sobie objawienia. Nasza stopniowo wykształciła ich wersję popkulturową. „Narodzenie” jest bowiem częścią tej samej rzeczywistości, co medialny „zestaw świąteczny”, filmem, który za kilka lat z pewnością bez żadnych obaw i wątpliwości będzie można zaserwować w dogodnym czasie antenowym, gdzieś pomiędzy wieczerzą wigilijną a pasterką. Mówiąc inaczej, jest częścią tego samego rytuału opartego na tym, co dobrze nam znane, powtarzalne, zrozumiałe. I w zasadzie nie ma powodu, by zżymać się na tego typu przeciętne produkcje, są one bowiem odpowiedzią na potrzeby współczesnego widza, który święta spędza familijnie, kulinarnie i medialnie w znacznie większym stopniu niż duchowo. Być może jednak jest to ostatni moment, by powiedzieć „szkoda” – że poza ładną, świąteczną otoczką nie ma autentycznego Piękna, że za historią narodzenia nie czuć już Tajemnicy. Ale jak tu znaleźć dla Niej miejsce, skoro Bóg ostentacyjnym basem przemawia po angielsku z ciemności lub obłoku?
„Narodzenie” (Nativity Story) Reż.: Catherine Hardwicke. Scenariusz: Mike Rich. Muzyka: Mychael Danna. Gatunek: dramat, historyczny, obyczajowy. USA 2006, 101 min.