Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (74) / 2007

Jacek Uglik,

WSZYSTKO SIĘ ZMIENIA, ALE NIC NIE WIDAĆ

A A A
„Wszystko się zmieniło, ale nic nie widać” (T. Różewicz, „Proza”, t. 1, Kraków 1990, s. 285) – powiada Henryk; rzeczywistość się nie zmieniła, tylko została inaczej oznaczona (B. Hrabal, „Kim jestem”, przeł. A. Jagodziński, Gdańsk 1994, s. 40) – mówi Bohumil Hrabal. To jak się rzeczy faktycznie mają? Prawda należy do Różewicza czy Hrabala? Wątpię, by oni sami wiedzieli. Nie wie tego również Andrzej Barański – autor scenariusza spektaklu Teatru Telewizji opartego na „Mojej córeczce”. Wyłuskując dla siebie Różewiczowskie słowa Barański buduje odpowiedź (być może wyłącznie na prywatny użytek) na pytania dręczące współczesnego człowieka, próbuje odnaleźć się w tym świecie absurdu, dla którego trudno znaleźć usprawiedliwienie, a próbuje w tekście uniwersalnym – opowiadaniu Tadeusza Różewicza, powstałym w latach 1964-1966.

Jesteśmy – Ja, Ty, On – w tym sensie nic się nie zmienia. Jest Henryk, jest Mireczka i rację ma Hrabal, bo oni są, tylko inaczej – Henryk zamienia się w „prowincjonalnego jelenia”, u którego Mariolka czuje coś twardego w spodniach, a Mireczka staje się Mirabelką, proszącą tatusia by ukłonił się Żorżowi, który zwraca się do tegoż tatusia per „ty stara szmato”! Rzeczywistość się nie zmieniła, oni są, tylko inaczej oznaczeni. Barański pozwala Henrykowi drążyć ten temat (scenariusz inne ważne kwestie omija): „nie jestem tym samym człowiekiem, choć nikt tego nie zauważył” (Różewicz, s. 285). Znów docieramy do punktu wyjścia – nie dostajemy klarownej odpowiedzi co do natury rzeczywistości.

Mireczce, rozkochanej, rozpieszczanej, nic nie brakowało, a jednak niewiasta ta skurwiła się, odwróciła od ojca i świata przykładnego porządku, by klęczeć i całować po rękach Żorża, „dobrego chłopaka, który zrobi z niej człowieka” (Różwicz, s. 341). Henryk nie rozumie, że w tym świecie diabelnie ciężko jest zrobić z dziewczyny człowieka. On ich pstrokatego, beznamiętnego świata nie pojmuje, ale i do nich nie dociera lęk Henryka, on w ogóle jest dla nich jakiś „nie tego”, miast okazywać wdzięczność potrafi wymierzyć Żorżowi, alfonsowi Mirabelki, policzek. Czy te światy, tak sobie obce, można tłumaczyć jednym językiem? Czy one do siebie w jakiś sposób przystają? W rozumieniu Żorża i jego przyjaciół Henryk to zero – nie zna reguł cywilizowanego świata, żywi urazę do ludzi, którzy mu bezinteresownie „pomagają”, boć nie wie nieszczęsny, że „dziecko powołać do życia to betka, ale ulepić człowieka z tej gliny, to wielka robota” (Różewicz, s. 362).

Spójrzmy jeszcze raz na Henryka, czułego ojca, wzorowego obywatela. Spójrzmy na niego, stawiając go w relacji do Brudasa (świetna kreacja Zapasiewicza, na tyle zapadająca w pamięć, że kiedy widzę na rogu ulicy człowieka sprzedającego lśniące jabłka przyspieszam kroku): „kiedy patrzałem na tego brudnego pijaka, zawsze myślałem, że ten przegrał. (…) Ten przegrał – myślałem patrząc na jego brudne ręce, na siwiejącą szczecinę”(Różewicz, 286-287). Pastwi się od zawsze w myślach nad Brudasem, którego jedynym przestępstwem był brud go oblekający. Chce go zgnieść jak wesz, tego pijaczynę bez rodziny, bez korzeni; tego lenia, którym bez obaw można pomiatać, bo czymże on jest, czego dokonał, co wniósł do pięknego świata? On nie jest nawet człowiekiem, nie warto na niego splunąć. Moralność Henryka, który w tym kontekście dawno przed konfrontacją z Żorżem i jego świtą okazuje się „prowincjonalnym jeleniem”, moralność jego jest fałszywa i obłudna. Prawiąc kazania potrafi zniszczyć człowieka, bo ten żyje na marginesie, poza etykietą. Trawiąca wnętrze nienawiść nie przeszkadza mu ględzić córce o miłości i pięknie. To tak jak z ojcem, który okłada pięściami i wyzywa matkę swych dzieci, a potem zwołuje ich na rozmowę, tłumacząc, że muszą się szanować. Tak też wygląda świat Henryka, który jednak tym różni się od owego bijącego ojca, że nienawiść chowa w sobie, nie uzewnętrznia jej. Patrzy na Brudasa leżącego na stole w barze i myśli: „zamienił się w szmatę”. Fakt! Oglądając Brudasa nie dostrzegamy w nim żadnych wartości, jest zasmarkany, tłusty, podarty, zapijaczony. Ale przecież Henryk córce wtłacza do głowy złote myśli; mówi, że istota człowieka jest w nim, a nie na nim. Brudas to szmata i niemalże rzecz – jedno nie przeszkadza drugiemu: zbrodniarze hitlerowscy potrafili przecież być poetami.

Kiedy Henryk przechodzi kolejne etapy poszukiwań Mireczki, kiedy słyszy, że widziano ją gdzieś z jakimś „wujkiem”, kiedy Mariolka siada mu na kolanach prosząc o dwa „tatusie”, a on, stary dziad, uprzytamnia sobie, że „ona mu się podoba, jej piersi i zapach”, kiedy wreszcie nazywa całą tę bandę Żorża „śmierdzącymi dupkami i zrozpaczony rzecze: nic nigdy się nie zmieni. Nie ma mojego dziecka. Nie ma na świecie mojej małej córeczki. Znaleźli ją o świcie pod ścianą tego wielkiego domu. Leżała sama pod murem. Naga. Taka jak przyszła na świat. Tylko że miała zmienioną twarz” (Rózewicz, s. 372), wtedy właśnie coś się zmienia. Cierpienie bowiem oczyszcza i Henryk widząc znów tę szmatę, Brudasa, widzi inaczej, spogląda jak poniżony, skrzywdzony i przegrany. Brudas w ostatecznym rozrachunku jawi się zwycięzcą – myśl to niemożliwa wręcz do strawienia. Więc jednak coś się zmienia, pojedyncze zdarzenia coś tłumaczą, coś budują między nami – cierpienie wynosi ponad głupotę i uszlachetnia.

Jaki jest spektakl Barańskiego? Dobry. Trudno powiedzieć coś więcej o teatrze z telewizora poza określeniami dobry – zły. Aktorzy udźwignęli ciężar treści zawartej w „Mojej córeczce”, ale mówić coś więcej byłoby nieprawością, wszak rzecz dzieje się „na żywo, ale w studio”, wszystko da się poprawić. Trudno tu także mówić o dekoracjach, bo mieszkanie Mariolki było mieszkaniem rzeczywistym, a nie wykreowanym. Scenografię okrywał ekran mojego telewizora, były one za szybą, dalekie od realności, gry świateł i palety barw.

Teatr telewizyjny, opowiadanie o takim teatrze, o sztuce telewizji, nie wiąże się z tradycyjną oceną aktorów i ekipy, bo tego typu widowisko pozbawione jest zapachu – aury, jaka unosi się w rzeczywistym teatrze. Staram się uciekać od etykiety dewiant seksualny, stąd nie chcę by ktoś nakrył mnie wąchającego telewizor. W teatrze telewizji ważna staje się treść, opowieść o nas i o świecie, próba odnalezienia siebie i świata w kreacji autorów i aktorów spektaklu. Wywód ten jak każdy inny jest wywodem subiektywnym, toteż nie staram się niczego narzucać. Uważam jednak, że „Moja córeczka” dotyka pewnego frapującego zagadnienia, na które każdy z widzów odpowiedzieć musi sam, mianowicie: rzeczywistość się zmienia, czy też zostaje tylko inaczej oznaczona?
Tadeusz Różewicz: „Moja córeczka” Reż.: Andrzej Barański. Scenografia: Albina Barańska. Muzyka: Henryk Kuźniak. Teatr Telewizji. Premiera 10 grudnia 2000.